» joszko | czwartek, 16-3-2006 10:47 |
|
W roku 2046 ogromna sieć kolejowa oplata całą planetę. Tajemniczy pociąg wyrusza do 2046 raz na jakiś czas. Każdy pasażer jadący do 2046 ma taki sam cel: chce odzyskać stracone wspomnienia. Ponieważ w 2046 nigdy nic się nie zmienia. Nikt jednak tak naprawdę nie wie, czy to prawda, czy nie. Ponieważ nikt nigdy stamtąd nie powrócił. Nikt, oprócz mnie.
Czym tak naprawdę jest 2046? Numerem pokoju, w którym po raz ostatni pisarz widział swoją przyjaciółkę żywą. Numerem pokoju, w którym poznał kolejną, ważną dla siebie kobietę. Nazwą dzieła jego życia. Najzwyklejszym ciągiem cyfr. Miejscem, które stało się dlań symbolem. Niczym w Raju, każdy chce tam dotrzeć, ale nikt stamtąd nie wraca. Jak śmierć zupełnie, lecz śmierci pragnie mało kto tak mocno, jak jego bohaterowie 2046 w reżyserii Wong Kar Waia.
Pomimo, że jest to wytwór zupełnie innej kultury, 2046 w odróżnieniu od indyjskiego Czasem słońce, czasem deszcz nie wygląda ani przesadnie obco, ani kiczowato: postacie ubierają się tak samo jak my, jedzą to samo, co my - tak samo się zachowują. Jednak jeśli przyjrzeć się filmowi bliżej, słychać w nim wyraźną nutę niepokoju. To, co bliskie i prawdziwe, staje się coraz bardziej nieznane i odległe. A może wręcz przeciwnie? Może brak typowego dla filmów o miłości happy endu wcale nie jest wyrazem odmienności, lecz wydaje się taki ze strachu przed podobnymi sytuacjami w prawdziwym życiu? Przecież filmy są od tego, aby poprawiać nam nastrój, czyż nie?
Oglądając film, zagłębiamy się jakoby w trzech światach na raz. Pierwszy, najbardziej na zewnątrz i zdystansowany, to czarno-białe, archiwalne zdjęcia. To ten świat „najprawdziwszy”, bo wszystko przecież się w nim już zdarzyło. Drugi to świat Wanga (Wang Sum) i jego rodziny, świat Chowa (Tony Leung Chiu Wai) i Lu Lu (Carina Lau) - ludzi „z krwi i kości”, którzy „dzieją się” tutaj i teraz. Ostatni, ten najbardziej w środku, to świat bohaterów powieści 2046. Uniwersum prawie bez słów. Jak sam Chow je określił, świat udziwniony i erotyczny do granic dobrego smaku. Im bardziej wgłębiamy się jednak w akcję, tym bardziej dwie ostatnie sfery istnienia przeplatają się ze sobą. Ta „udziwniona” zaczyna stawać się bardziej realna. Tam ludzie nie ukrywają się za maskami i konwenansami. Tylko dzięki obrazom ze świata powieści możemy dowiedzieć się, kim naprawdę jest jej autor.
On. Chow. Pisarz i kobieciarz. A raczej: kobieciarz i pisarz. Człowiek, który mógłby mieć tak wiele, a jednak wszystko dokoła siebie niszczy. Nie wiedząc, czego chce, jest jak małe dziecko. Rani wszystkich, bez wyjątku. A jednak, zastanawiające, kobiety do niego lgną. Oglądamy urywki kilkunastu lat jego życia, przyglądamy się najważniejszym dla niego momentom. Chwilom, z których zbuduje później najlepszą swoją powieść.
Siadając w fotelu spodziewałam się futurystycznego, pełnego seksu filmu. Zabawne, bo zarazem miałam i nie miałam racji. Muzyka, kolory, cały klimat przesycony jest, na swój sposób, pewną erotyką. Ale nie tą wulgarną, tanią, bazarową, lecz tą bardziej tajemniczą, ukrytą za wilgotnymi, próchniejącymi ścianami hotelu; tam, gdzie pokój 2046. Wong Kar Wai oszczędza nam wielu scen łóżkowych, zastępując je niedomówieniami. Dosyć ciekawy zabieg, pozwalający na bardziej dowolną, indywidualną interpretację filmu.
Czy to ważne, że gra aktorska pozostawia momentami wiele do życzenia? I czy to naprawdę ważne, że dialogi niekiedy ciągną się i dłużą? Co tak naprawdę składa się na dobry film? Aktorzy, ujęcia, dźwięki, reżyser? Czy może też ogólne przesłanie: to, co film mówi sam za siebie? Jeżeli uważacie, że pierwsza odpowiedź jest prawidłowa – znajdziecie film dosyć nudnym romansidłem. Jeżeli jednak chylicie się, jak ja, ku drugiej odpowiedzi – ryzykujcie śmiało, bo po prostu warto.
a_meba









