» DeDark | środa, 23-8-2006 22:57 |
|

Powiedzenie „dobre, bo polskie” niestety nie dotyczy gier komputerowych. Do naszych kiosków prawie codziennie trafiają tandetne minigierki sprzedawane w „kartonikach” po kilkanaście złotych. Co prawda są coraz lepsze, a w niektóre można nawet pograć. Nie zmienia to jednak faktu, że bardziej opłaca się produkować tanim kosztem hurtowe ilości gier (np. „celowniczki”), niż poświęcić kilka lat na jeden tytuł. Na szczęście mamy w naszym pięknym kraju kilka firm tworzących gry, które można wydać za granicą. Jedną z nich jest Techland.
Pierwszą poważną grą o której usłyszał świat była Crime Cities. Co prawda nie był to megahit, ale przynajmniej mogliśmy się do niej bez wstydu przyznać. Następnym wielkim krokiem był Chrome, który po wypuszczeniu kilku łatek eliminujących dziesiątki błędów i niedoróbek okazał się być bardzo grywalny. Nie jest to gra, którą pamięta się latami, ale był to pierwszy polski FPS na poziomie. Powstał na autorskim silniku o takiej samej nazwie. Dziś napędza on wszystkie nowe tytuły ze stajni Techland: Specforce, Xpand Rally, GTI Racing oraz omawiany Call of Jaurez.
Dzięki uprzejmości firmy Techland mogłem zagrać w prasową wersję beta zawierające pięć misji singleplayer. Tryb dla wielu graczy był niedostępny.
Dziki zachód wiele lat temu zafascynował filmowców do tego stopnia, że świat zalała fala westernów. Jedne były lepsze, inne gorsze. Pewnego dnia ktoś postanowił przenieść magię strzelanin w samo południe do gier komputerowych. Okazało się że uzyskanie klimatu doskonale znanego z filmów jest bardzo trudne. Wielu próbowało, większość poległa. Nawet ci najwięksi, znani w branży. Nic więc dziwnego, że nie wiązałem z Call of Juarez większych nadziei. Ba! Pogodziłem się z myślą, że dołączy ona do zacnego grona polskich tandet. Cóż… pomyliłem się.
Call of Juarez to typowy „shooter”. Jeśli ktoś liczył na przełom i nową generację, może śnić dalej. Tak jak każdy FPS jest liniowy, ale grając w CoJ odniosłem wrażenie, że nikt nie starał się tego ukryć. W pierwszej misji, w której mamy przejść niezauważeni obok farmera mamy tylko jedną słuszną drogę. Co gorsza, ta zaplanowana przez twórców wymaga kombinowania. Okazuje się jednak, że jest znacznie prostsza droga, ale możemy o niej zapomnieć. Metrowy płotek jest przeszkodą nie do pokonania dla naszych bohaterów: Ray’a i Billy’ego.
Wielebny Ray to bezwzględny i brutalny rewolwerowiec. Poznajemy go w trakcie mszy, którą mamy okazję przez chwilę poprowadzić. Niestety zaistniała sytuacja zmusza go do opuszczenia kaplicy i głoszenia woli Pana, za pomocą ołowiu – dosłownie. W lewej ręce trzymamy rewolwer, w prawej Biblię. Zabijanie przeciwników w trakcie recytowania Pisma Świętego – tego jeszcze nie było. Coś mi mówi, że gra może wywołać sporo zamieszania w mediach.
Strzelaniny są bardzo emocjonujące. Przypominają to co mogliśmy obejrzeć w telewizji. Zapomnijcie o diabelnie szybkich wymianach ognia, broń z epoki nie pozwala na to. Przygotujcie się na krycie za przeszkodami i częste przeładowania. Nie zabrakło za to trybu bullet time. Niestety użyłem go tylko kilka razy gdy zaproponowała mi to gra, później zupełnie o nim zapomniałem. Prawdę mówiąc, „spowolnienie czasu” najlepiej sprawdza się w szybkich grach gdzie strzelaniny są dynamiczne. Techland chciał dobrze, ale moim zdaniem taki „bajer” do westernu nie pasuje.
Na uwagę zasługuje AI – przeciwnicy nie pchają się pod lufę, kryją za przeszkodami, wychylają się tylko po to żeby do nas strzelić. Walka z myślącym wrogiem to czysta przyjemność.
Call of Juarez to western „pełną gębą”: broń, lokacje, strzelaniny, muzyka – wszystko jest takie jak na filmach. Nie zabrakło nawet jazdy konnej i walk „z siodła”! Wyobraźcie sobie taką sytuację. Zostajecie otoczeni przez przeciwników w stajni, dostrzegacie konia. Niewiele myśląc podbiegacie, dosiadacie i zaczynacie pędzić przed siebie strzelając z dwóch rewolwerów na raz.
W arsenale znajdziemy między innymi strzelbę, łuk, dynamit a nawet „westernowy” minigun na korbkę! Ten ostatni jest naprawdę znakomity. Oczywiście nie jest tak skuteczny jak jego XXI wieczne odpowiedniki, ale walka nim sprawia mnóstwo frajdy. A o to przecież chodzi – żeby dobrze się bawić.
W trakcie ładowania misji możemy posłuchać monologów każdej z postaci. Historia Ray’a może być naprawdę ciekawa. Mam tylko nadzieję, że Techland wyda grę w polskiej kinowej wersji językowej. Głos głównego bohatera jest znakomicie dobrany do postaci, nie wierzę aby można było znaleźć równie dobry polski odpowiednik. Billy to z kolei „ofiara”, która najlepiej radzi sobie unikając ostrych strzelanin. Skradanie się jest bardzo emocjonujące, ale i trudne. Nie mamy żadnego „wskaźnika ukrycia”, musimy liczyć na własną intuicję co jest trochę frustrujące. Być może miłośnicy „skradanek” będą mieli inne zdanie. Czas pokaże. Niestety Billy nie jest tak ciekawą i oryginalną postacią jak Ray, którym grało mi się znacznie przyjemniej (w zasadzie mógłby być jedyną postacią).
Gra jest śliczna. Posiadacze najnowszych kart graficznych będą mogli nacieszyć oko realistyczną fizyką, efektami oferowanymi przez DX9 oraz Pixel Shadery 3.0: rozmycia, dynamiczne cienie, HDR etc. Jedną z ciekawszych nowości oferowanych przez Chrome Engine jest możliwość wzniecania i gaszenia ognia. Brzmi zachęcająco, ale nie miałem zbyt wielu okazji do zabawy w piromana. Może w pełnej wersji będzie inaczej? Oczywiście taki rozmach graficzny ma swoją cenę – wymagania sprzętowe są wysokie i nieadekwatne do tego co możemy zobaczyć na ekranie. Bez 1GB pamięci RAM możecie zapomnieć o płynnym obrazie nawet na najniższych detalach. Nie podobało mi się także koszmarnie długie wczytywanie poziomów. Mapy nie są tak rozległe jak na przykład w Far Cry, a wczytują się znacznie dłużej. Nawet kilka minut. Znam tylko jedną, bardziej wymagającą grę – Ghost Recon. Ale przecież tam mapy są ogromne, a sama gra działa płynnie nawet na 512 MB Ram. Techland obiecał jednak poprawę. Sprawdzimy :)
Na uznanie zasługuje oprawa audio. Utwór, który możemy usłyszeć w menu głównym jest po prostu piękny. Pozostałe motywy są równie dobre: pasują do gry, znakomicie wpływają na grywalność, ale przede wszystkim tworzą odpowiedni „westernowy” klimat. Pozwólcie że, zaproponuję coś wydawcy: może by tak dorzucić do pudełka z grą oficjalny soundtrack? Gracze by się ucieszyli.
Jak na nową grę przystało, CoJ korzysta z dobrodziejstw EAXa i dźwięku przestrzennego. Robi to całkiem nieźle, ale niestety nie pobił Half Life 2 i Myst V, które zajmują pierwsze miejsce w moim prywatnym rankingu.
Call of Juarez to gra, której nie musimy się wstydzić. Po kilku godzinach testowania wiem, że będzie to po prostu bardzo dobry i grywalny shooter. Nic więcej. Nie ma mowy o nowej generacji, rewolucji, przełomie. W wersji, w którą miałem przyjemność zagrać nie wszystko jest dopięte na ostatni guzik ale to w końcu tylko beta. Z ostateczną oceną poczekamy do premiery gry.
Już dziś mogę Wam powiedzieć, że warto było czekać tyle lat na Call of Juarez. To jeden niewielu udanych „westernowych FPSów”, a zarazem kolejna znakomita polska produkcja.
Składam podziękowania za współpracę firmie Techland
Paweł “djsound” Jankowski


























sierpień 24th, 2006 o 10:01
Zapowiada się bardzo ciekawie, widac, że Techland przykłada się do tego tytułu. Mam nadzieję, że nie okaże się to kolejny Chrom, piękny, ale z bugami.