» joszko | czwartek, 16-3-2006 10:48 |
|
Wyszłam z kina zawiedziona – nie miałam się do czego przyczepić! Jak na filmowy debiut reżyserski Gartha Jenningsa, człowieka od klipów muzycznych, obraz okazał się nad wyraz udany. Krótko mówiąc, jest to najlepsza i najwierniejsza adaptacja książki, jaką ostatnio zdołałam zobaczyć.
Humor, na szczęście, plasuje się daleko od nachalnych gagów rodem z amerykańskich komedii dla nastolatków (American Pie i spółka). Jest się z czego pośmiać, zarówno z dialogów, jak i z sytuacji, czy postaci. Wierzę, że jedną z tych ostatnich, które najbardziej przypadną widzom do gustu, nie będzie ani Slartibartfast, ani Arthur Dent, tylko biedny, maniakalno-depresyjny robot o imieniu Marvin (głos: Alan Rickman).
Głęboki ukłon dla twórców filmu za przebogatą wyobraźnię. Najbardziej urzekła mnie nietypowa planetarna „pracownia” Slartibartfasta. Vogoni i ich statki natomiast wyglądają nad wyraz przekonująco… to znaczy odpychająco. Sam „Poradnik autostopowicza” jest „napisany” zabawnie i zawiera wiele użytecznych rad, a najbardziej zagadkowym i niezbędnym przedmiotem w całym Wszechświecie okazuje się być… ręcznik. Zwykły ręcznik. Boją się go nawet nieprzyjaźni Vogoni.
Film stanowi bardzo miłą odmianę po nieudanych Gwiezdnych Wojnach – nie ma w Autostopem… ani krzty dramatyzmu, chociaż okoliczności, w jakich znajdują się główni bohaterowie, do wesołych się nie zaliczają. Biedny pan Dent traci przecież całą planetę, a Zaphod głowę (drugą, co prawda, ale jednak traci). Być może fakt, że film jest produkcji brytyjskiej, a nie amerykańskiej, czyni z niego optymistyczną i po prostu sympatyczną wizję Wszechświata, bo Brytyjczycy, w przeciwieństwie do Amerykanów, nie wydają się być uzależnieni od łez i napięcia na srebrnym ekranie.
Byłam nastawiona dosyć sceptycznie do gry rapera Mos Defa; jakoś nieczęsto się zdarza, że talent wokalny i aktorski idą w parze. Miło się jednak zaskoczyłam, gdyż Ford Prefect w jego wykonaniu okazał się wystarczająco zakręcony i „nie z tego świata”. Tak samo pozytywnie nastraja gra Billa Nighy jako Slartibartfasta – chociaż pojawia się dopiero pod koniec, Nighy’owi udało stworzyć bardzo ciepłą i sympatyczną postać. Arthur Dent, czyli Martin Freeman, jest zabawnie nieporadny, a Humma Kavula (John Malkovich) tajemniczy i groźny. W Zaphoda Beeblebroxa wcielił się Sam Rockwell, któremu już chyba z zasady dobierają role świrów-półgłówków. No cóż, jest w tym po prostu dobry.

Tak się złożyło, że w rzędzie za mną usadowiła się grupa nastolatków, wielce zadowolonych z rozdania świadectw i początku wakacji. Byli dosyć krzykliwi, ale dzięki ich uwagom zauważyłam, że polskie napisy często bywają na tle rzeczonego filmu nieczytelne. Sama nie zwróciłam na to uwagi, gdyż mój angielski zezwala mi na ignorowanie napisów.
Recenzja nie jest być może długa, ale po prostu z zasady nie lubię prawić komplementów. Niech to stanie się jednak wystarczająco zachęcającym powodem, by wybrać się do kina i zapoznać bliżej z poradnikiem autostopowicza.
a_meba














