» joszko | czwartek, 16-3-2006 10:50

Nie jestem wielką komiksową fanką. Nie jestem również komiksową ignorantką. Mam parę ulubionych komiksów netowych, słyszałam o, tudzież czytałam, co najmniej kilka różnych papierowych, swego czasu zaczytywałam się w X-Men’ach, uwielbiam Jeża Jerzego, Wilqa, i tak dalej… Jednak z dziełem Franka Millera nie miałam nigdy wcześniej do czynienia. Nie moja półka, że się tak wyrażę. Maniaczka ze mnie żadna.

Po obejrzeniu Sin City – Miasto grzechu Roberta Rodrigueza udałam się „w teren” w celu poszukiwań i zaznajomienia się z oryginałem (co mi się nawet udało) aby nie wyjść na kompletną ignorantkę ani nie palnąć jakiegoś głupstwa. I muszę oddać autorowi sprawiedliwość – komiks jest nawet niezły (proszę wszelkich prawdziwych fanów komiksu o wybaczenie za niezauważenie geniuszu autora i nazwanie go „jedynie” niezłym).

Frank Miller nie był chętny do filmowania własnych graficznych powieści. Uległ jednak Rodriguezowi, swojemu wieloletniemu fanowi. Aby przekonać twórcę, Rodriguez zekranizował w tajemnicy krótkie opowiadanie Millera, Klient ma zawsze rację (The Customer Is Always Right), które mu później oczywiście pokazał, razem z garścią argumentów przemawiających za ekranizacją papierowego Sin City. O dziwo, produkt końcowy Rodrigueza spodobał się Millerowi, a Klienta… możemy podziwiać w początkowych scenach filmu, z Joshem Hartnettem i Marley Shelton. Nie dziwie się, że Klient… przypadł do gustu Millerowi; według mnie to jedne z najlepszych scen w całym filmie. A im dłużej ów trwał, tym bardziej mi się podobały.

Obraz składa się, poza początkowym epizodzikiem, z trzech opowiadań. Poznajemy je według kolejności wydawania zeszytów: The Hard Good-bye, The Big Fat Kill, That Yellow Bastard. Każdy epizod to nowi bohaterowie, chociaż mający ze sobą trochę wspólnego: po pierwsze i najbardziej oczywiste, wszyscy żyją w tym samym mieście. Po drugie, także dosyć oczywiste, każdy z nich ma niemały problem.

Poznajemy bliżej Hartigana, policjanta mającego odejść na emeryturę (Bruce Willis), zbyt uczciwego jak na warunki, w których przyszło mu pracować. Poznajemy Marva (Mickey Rourke), faceta niespełna rozumu, który chce się za wszelką cenę zemścić za śmierć pewnej prostytutki o wdzięcznym i jakże głębokim imieniu Goldie (Jaime King). Poznajemy Jackie Boya (Benicio Del Toro), policjanta w gorącej wodzie kąpanego, który bardzo marnie kończy, oraz Dwighta (Clive Owen) – jego oprawcę. Poznajemy także prostytutki, takie jak Gail (Rosario Dawson), rządzące wyjętym spod prawa Starym Miastem.

Rodriguez chciał, aby świat filmu był jak najbardziej podobny do komiksu. Efekt końcowy jest imponujący: czarno-białe zdjęcia z odrobiną koloru tu i ówdzie. Krew: czerwona, biała, lub żółta, wygląda jak nie z tego świata. Tak samo jak kolorowe tęczówki postaci. Łamanie monochromatyczności nadaje oglądanym scenom naprawdę fenomenalny klimat. Nakazuje zarazem zachować dystans, nie pozwala utożsamiać się z bohaterami.

Jeżeli chodzi o aspekty nie-artystyczne, jestem zdecydowanie na „nie”. Dawka krwi (nawet tej białej), przemocy, odcinanych kończyn, i tak dalej, jak na czas trwania filmu jest dla mnie definitywnie zbyt duża. Szczególnie, kiedy do akcji wchodzi drobna Azjatka Miho (Devon Aoki). A dziewczyna potrafi naprawdę sporo (ech, te japońskie sztuk walki…). Przyznam się, że kiedy tylko pojawiała się w kadrze, zaciskałam oczy. Wiele nie pomagało, bo dochodzące mnie dźwięki były aż zbyt sugestywne.

Wymieniając minusy dalej: Akcja bywa mało spójna. Film się dłuży. W czterech momentach miałam przeczucie, że wszystko się właśnie kończy, i cztery razy byłam w błędzie. Przejście między historiami nie jest płynne, przypomina raczej niezdarny przeskok. Nie mogłam nawet skosztować popcornu. Ze strachu, czy się nie udławię…

Nie jestem w stanie powiedzieć, że poznani przeze mnie bohaterowie byli przekonujący. No, może Hartigan. Wydawał się być najbardziej z nich wszystkich ludzki – jedyną jego pobudką do działania było ocalenie małej Nancy Callahan przed pedofilem, mordercą, i kto wie, jakim jeszcze zwyrodnialcem. Miał facet dobre serce… A cena, jaką przyszło mu za to zapłacić, do małych się zaliczyć nie może. Natomiast chęć zemsty, która zaślepiła Marva, w ogóle do mnie nie przemawia. Może i miał bogate wnętrze, ale umknęło ono mojej uwadze. Dla mnie pozostanie średnio rozgarniętą, „przystojną inaczej”, kupą mięśni. Co do pary Kevin i Jackie Boy, nie mam zdania. Fakt, są przystojni, ale nic więcej nie jestem w stanie o nich powiedzieć.

Natomiast kobiety w Sin City to według mnie bardzo (nie?)ciekawe zjawisko. Po pierwsze, każda jest wyjątkowo ładna, zgrabna, atrakcyjna, praktycznie chodzący ideał kobiecości; nieważne, czy jest prostytutką, kelnerką, panią prokurator. Po drugie, każda ubiera się kuso albo w ogóle. Do wygłaszania mają skąpe kwestie, robią to dosyć sztucznie… Słowem: nie przypadło mi do gustu takie przedstawianie płci tzw. pięknej, chociaż to już bardziej wina Millera niż Rodrigueza, gdyż ów drugi po prostu chciał być wierny.

Powiedzmy, że aktorzy się spisali. Chociaż granie bohatera komiksu wydaje się być sztuką raczej nietrudną: minimalizm w okazywaniu emocji, oszczędność ruchów, etc… Z tego, co pamiętam, irytował mnie sposób, w jaki wszyscy prowadzili samochody. W Sin City wykorzystano technikę nieruchomy samochód – ruchome tło. Z początku machanie kierownicą Bruce’a Willisa na prostej drodze było zabawne, szybko jednak zrobiło się drażniące.

Znajdzie się w filmie pośród tego wszystkiego także wątek humorystyczny. Mile mnie to zaskoczyło, a chociaż humor jest raczej z tego ciemniejszego gatunku, nie jest w żadnym wypadku głupkowaty. Dobrze to czy niedobrze – jest to już rzecz gustu widza, ale co byście sobie nie uważali, gadająca głowa Benicio Del Toro rządzi. Serio.

a_meba

PS.: recenzję tę chciałabym wyjątkowo opatrzyć krótką acz wdzięczną dedykacją dla pewnego wybryku natury… kmh, buziaczki ;)


« Władca Pierścieni - Dwie wieże Dark Water: Fatum »

1 komentarz do “Sin City: Miasto grzechu (Sin City)”

  1. NeneQ napisał:

    Witam:) Dopiero co sciagam Film ten. Sie zobaczy czy jest fajny. Jak jest fajny to ocenie 5:)

Zostaw komentarz