» joszko | czwartek, 16-3-2006 10:51 |
|
Hollywood ostatnio wręcz pokochało słowo „remake”. Mogliśmy już obejrzeć nowe wersje Wojny Światów, The Ring czy też Garbi, który w tegoroczne wakacje zrobił niezłą furorę. Najpopularniejsze są jednak nowe wersje azjatyckich horrorów. Wszystko zaczęło się od doskonałego The Ring, potem była jeszcze lepsza (oczywiście według mnie) Klątwa, a 19 sierpnia do kin trafiła nowa wersja rewelacyjnego Dark Water.
Z poprzednimi filmami bywało różnie. Nowa Klątwa jest znacznie lepsza i straszniejsza od pierwowzoru. The Ring podzielił miłośników skośnookich horrorów na dwa obozy. Jedni twierdzą, że jest lepszy niż oryginał, Ci drudzy natomiast, że nieco gorszy. Nikt jednak nie mówił, że to słaby film. Jak jest z nową wersją Ciemnej Wody? Cóż. Z przykrością muszę stwierdzić, że nowa wersja nie powinna nigdy powstać. Film jest po prostu nudny i niedopracowany, a znakomity klimat oryginału w remake’u nie występuje w ogóle. Dark Water: Fatum jest zaledwie marną popłuczyną azjatyckiego oryginału. Poważny zarzut, prawda? Na szczęście mam mnóstwo dowodów, które udowodnią jak słabym filmem jest ten remake.
Zacznijmy od fabuły, która sama w sobie jest znakomita, ale beznadziejnie opowiedziana. W pierwowzorze jest identyczna, ale za to znacznie lepiej i sensowniej przedstawiona. A zatem, o czym to jest? Młoda kobieta – Dahlia (w tej roli J. Connelly) walczy o prawa do opieki nad córeczką. Wynajmuje mieszkanie w obskurnym i przepełnionym wilgocią apartamentowcu. Nie dane im jednak będzie zaznać spokoju, bowiem pewna zaginiona, mała dziewczynka da o sobie znać. I to jak! Zacznie się od małej plamy na suficie, a skończy czymś, co można by już nazwać powodzią. Opisywanie fabuły pozwolę sobie zakończyć w tym miejscu. Nie lubię psuć komuś zabawy z oglądania.
Nowa wersja to także nowe efekty specjalne (bardzo nieliczne, ale jednak) i nowe udźwiękowienie. Tu film trzyma klasę. Nie raz zdarzy się, że nagły i dziwny dźwięk za plecami, czy niepokojąca muzyka podniosą poziom Waszej adrenaliny we krwi. Szkoda tylko, że zostaje on zaraz zredukowany przez przesadzone i wciśnięte na siłę straszaki, ale o wpadkach filmowców poczytacie nieco później. Muzyka jest jedną z silniejszych stron tej produkcji. Trzyma klasę i znakomicie buduje fundamenty pod budynek zwany strachem. Dialogi także trzymają klasę i zapewniam Was, że aktorzy stanęli na wyskości zadania, dzęki czemu ich gra wygląda dobrze. Może nie perfekcyjnie, ale znacznie lepiej, niż odgrywający Anakina w Zemście Sithów Hayden Christensen (autor tekstu jest wielkim fanem Star Wars, stąd to czepianie się roli Anakina ;) – przyp. red.).
Chciałbym teraz zacząć wymieniać zalety tego filmu, napisać jak doskonały jest, ale niestety Dark Water: Fatum nie ma praktycznie żadnych pozytywów. Tak naprawdę nie ma w nim nic godnego polecenia. Pierwszą zauważalną wadą filmu jest, jak to mówią meteorolodzy, „okresowo, przejściowo - przelotny” klimat. W wersji oryginalnej strach i napięcie narastały stopniowo z każdą minutą, a klimat sączący się z ekranu był naprawdę niesamowity i bardzo mocno odczuwalny. Żeby było ciekawiej, na końcu czeka na nas zakończenie, którego nikt by nie mógł się spodziewać. W remake’u jest całe mnóstwo scen, które rozpoczynają się dobrze (tu dużą rolę odgrywa muzyka), ale marnie kończą, a zakończenie sprawia wrażenie zrobionego na siłę, „bo tak było w oryginale i tak będzie u nas. A że nie trzyma się kupy? Kogo to obchodzi”. Aby nie być gołosłownym, opiszę kilka zmarnowanych scen.. Ot chociażby ta w łazience, która jest odpowiednikiem rewelacyjnej sceny z oryginału w szkole, gdy dzieciaki grały w chowanego. Mój znajomy, z którym byłem na filmie o mało co nie wybuchł śmiechem widząc coś, co miało nas nastraszyć. To, co napisałem jest chyba aż nadto wymowne. Kolejna „ciekawa” scena rozgrywa się w pralni. Początek bardzo dobry, ale po chwili skacząca pralka zaczęła mnie śmieszyć. Takich „perełek” jest niestety więcej. Przez te wszystkie nieudane sceny napięcie skacze niczym piłeczki z numerkami podczas losowania totolotka, a dolepione na siłę zakończenie nie poprawia sytuacji. Kolejna sprawa to plama na suficie. W oryginale z czasem stawała się coraz większa, a pod koniec filmu była tak wielka, że sprawiała wrażenie tworu nie z tego świata. Dopiero pod koniec widz dowiadywał się, skąd się wzięła. Wcześniej mógł sobie jedynie zadawać pytania, które przez długi czas pozostawały bez odpowiedzi. Do samego końca mogliśmy tylko sobie wyobrazić, co działo się w mieszkaniu powyżej. W remake’u jest znacznie gorzej. Plama pojawia się kilka razy, a do tego zbyt szybko wyjaśniono jej powstanie. Pod koniec filmu nie robiła już większego wrażenia, bo doskonale wiadomo skąd się wzięła i czym jest. Brakowało tej nutki tajemniczości i pytania „skąd to się bierze i czym jest?”.
Mnie, miłośnika azjatyckich horrorów najbardziej zdenerwowała chęć wytłumaczenia wszystkiego, co wytłumaczyć w ciągu 107 minut się dało. Jedną z większych zalet azjatyckiego DW są niedopowiedzenia. Widz sam musi się domyślić, o co chodziło na końcu i dlaczego główna bohaterka postąpiła właśnie tak, a nie inaczej. Zachęcało to do ponownego obejrzenia filmu. Rozumiem, że przeciętnym widzem jest amerykański nastolatek, który nie wie nawet, gdzie szukać swojego kraju na mapie świata, ale do diaska…ten gatunek w końcu rządzi się własnymi prawami, a na tym świecie są ludzie, którzy chcą od czasu do czasu pogłówkować. I druga sprawa. Czy tu koniecznie musi być na siłę dodany happy end? W tym konkretnym filmie takie łopatologiczne tłumaczenie bardzo mu szkodzi, a do tego denerwuje nieco starszego widza. Zresztą widać to po ostatnim dialogu, który po prostu zwalił mnie z nóg swoją głupotą, tandetą i idiotycznością. Daleko mu do autentycznie wzruszającego zakończenia azjatyckiego oryginału.
Najgorsze jednak jeszcze przed Wami. Największą wadą jest to, że historia opowiedziana w Fatum nie trzyma się, za przeproszeniem, kupy. Chęć tłumaczenia zbyt wielu rzeczy kompletnie rozbiła spójną historię oryginału. I niech ktoś mi wyjaśni, dlaczego zaginiona dziewczynka jest Rosjanką i dlaczego w ogóle się nie zmieniła leżąc tyle czasu w wodzie? Oglądając oryginał zamarłem z przerażenia widząc twarz tego czegoś, co kiedyś było dzieckiem. I ten jej głos…
Remake to zupełnie inna para kaloszy. Dziewczynka, wygląda tak jakby przed chwilą wzięła prysznic i chciała się przytulić do mamusi. Nie widać po niej, kim, a raczej, czym jest. Nie jest ani trochę straszna, i tajemnicza. Czyżby zabrakło pieniędzy na odpowiednia charakteryzację? Ktoś zapomniał to zrobić? A może jakiś „geniusz sztuki filmowej” uznał, że straszniejsza jest „nienaruszona” dziewczynka. Otóż mój drogi geniuszu - nie jest.
Nowe wersje hitów cieszą się o dawna i cieszyć się będą nadal niemałą popularnością. Każdy, kto widział oryginał jest ciekaw nowej wersji, a to już wystarczający powód, aby iść do kina. W przypadku The Ring czy Klątwy autorzy nowych wersji starali się jak mogli, by przebić oryginał. Skutek jest taki, że obie wersje są równie dobre, a nie raz remake przebija oryginał (np. Klątwa). Płaciliśmy drugi raz za obejrzenie tej samej historii, ale w zamian dostawaliśmy porządną dawkę emocji. Nie mogę się jednak oprzeć wrażeniu, że w przypadku Dark Water zupełnie o tym zapomniano. Nakręcono niedopracowany, nudny, chaotyczny film, będący niezamierzoną parodią oryginału, która ma tylko napompować kieszenie ekipy odpowiedzialnej za to „dzieło”. Nowy Dark Water strasznie mi się dłużył. Trwał tylko 107 minut, a miałem wrażenie, że minęło kilka dobrych godzin. Dla porównania dodam, że rozszerzona wersja Władcy Pierścieni trwająca 240 minut nie dała mi o sobie znać. Po seansie miałem wrażenie, że minęło góra dwie, a nie cztery godzinki.
Niestety, film odniesie kasowy sukces zachęcając do nakręcenia kolejnych marnych produkcji, co nie najlepiej zarówno dla nas, jak i tych filmów się skończy. Nie oszukujmy się. Nowe wersje nie tak starych, azjatyckich horrorów powstają tylko i wyłącznie w jednym celu – aby zarobić dodatkowe pieniądze po raz drugi na tej samej historii. Nie będę miał nic przeciwko, jeśli filmy te będą równie dobre co oryginały. Dożyliśmy jednak czasów, gdy liczy się tylko pieniądz. Nikogo już nie obchodzi to, aby w zamian odwdzięczyć się dobrym filmem.
Na koniec muszę jeszcze Was ostrzec. Jeśli koniecznie chcecie zobaczyć coś z Dark Water w tytule, udajcie się do najbliższej wypożyczalni lub sklepu z płytami. Za takie same pieniądze przyniesiecie do domu na DVD azjatycki oryginał i gwarantuję Wam, że będziecie się świetnie bawić. Do kina wybierzcie się na cokolwiek innego. Oglądanie nowej wersji to strata czasu, nerwów i pieniędzy.










kwiecień 17th, 2008 o 11:57
kapeć
kwiecień 17th, 2008 o 14:45
głupszy komentarz, czy nick? hm? ;P