» joszko | czwartek, 16-3-2006 10:52

Żałowałam, że trwało to tak krótko – zaledwie 80 minut. Dla mnie trwać by mogło nawet dwa razy dłużej! Jestem zachwycona i poruszona. Po wyjściu z kina czułam się naprawdę pozytywnie. Ostrzegam więc, że wszystko, co napiszę poniżej, będzie utrzymane w podobnym klimacie. Nie wbiję żadnej szpilki. Reklamacji nie uwzględniam.

Tim Burton jest czarodziejem. Potrafi stworzyć iście baśniowy nastrój – nieważne, czy robi to używając animacji komputerowych, czy osadzając akcję w „prawdziwym świecie”.

Pierwszym filmem Burtona, jaki obejrzałam, był Edward Nożycoręki. Do dzisiaj wspominam sobie lekką dawkę surrealizmu, trochę groteski, ale również wszechobecny klimat baśni występujący w tym obrazie. Smutny i przejmujący Johnny Depp w roli nieudanego eksperymentu poruszał serca. Nawet wplątawszy w to wszystko historię nieszczęśliwej miłości, Burton potrafił zachować umiar i nie zamienić filmu w ckliwy wyciskacz łez, tudzież typowy amerykański melodramat.

Potem był Sok z żuka (Beetlejuice), trochę zbyt zwariowany, ale za to pełen czarnego humoru.

Ostatnim filmem reżysera, z jakim zetknęłam się przed Gnijącą Panną Młodą, była Duża Ryba (Big Fish). Według mnie, to najlepszy film, jaki Burton mógł kiedykolwiek zrobić. Najcieplejszy, najradośniejszy obraz, jaki obejrzałam. Bije nawet najnowsze dzieło reżysera. Lepszego filmu Burton już nie stworzy. Czy to jednak źle?

Skądże! Gnijąca Panna Młoda, chociaż nie jest to jego dzieło życia, nadal bije o głowę wiele innych produkcji amerykańskich. Nie ma w niej kiczu, nie ma przesadyzmu, nie ma sztuczności.

Wiktor (Johnny Depp) zostaje wplątany w nietypowy trójkącik – jednym z jego ramion jest tytułowa Gnijąca Panna Młoda (Helena Bonham Carter). Biedny, zagubiony romantyk zupełnie nie wie, co ma w takiej sytuacji zrobić. Czuje się co najmniej nieswojo (nic dziwnego…), nie wspominając o jego „żywszej” narzeczonej, Wiktorii (Emily Watson). Na szczęście, ktoś nieoczekiwanie przychodzi mu z pomocą.

W filmie istnieje podział na świat żywych i umarłych, ale u Burtona jest on bardzo przewrotny. Wszyscy żywi tak czy tak wyglądają jak trupy: wychudzeni, powyginani, bez wyrazu… Powiem więcej – nieżywi są pełniejsi barw niż cały szarobury świat „tam, na górze”. Daje do myślenia, nieprawdaż? Nieżywi, pozbawieni trosk (poza tytułową Panną), mogą nareszcie cieszyć się… życiem (raczej jego brakiem, ale cóż, jest to przewrotność języka polskiego).

Dane nam jest poznać tylko fragment świata podziemnego. Oczywiście czerw, czarne wdowy, zgnilizna, kruki i wrony to być może mniej radosne elementy tego świata, ale dla kontrastu mamy całkiem częste imprezy. Udane imprezy – warto zaznaczyć. Coś, co nie zawsze dane jest nam doświadczyć (ech, ta drętwa atmosfera imienin u cioci). Wiktor zostaje przyjęty o niebo sympatyczniej i cieplej przez garść szkieletów niż przez przyszłych teściów.

Utrzymanie w konwencji musicalu dodało filmowi wiele wdzięku. Piosenki są napisane z polotem i dowcipem. Humor to raczej czarny, ale nie makabryczny. Dowcipy sytuacyjne – pierwsza klasa.

Fakt, że w polskich kinach możemy podziwiać wersję bez dubbingu, a z napisami, nie powinien nikogo odstraszać. Dla osób, które nie muszą korzystać z napisów, będzie to nie lada gratka. W końcu zawsze coś się gubi w tłumaczeniu.

Kończę, bo rozpływanie się w zachwycie mi nie służy. Idę ostrzyć szpilki na coś gorszego.

a_meba


« Wyspa Zemsta Sithów DVD »

Zostaw komentarz