» joszko | czwartek, 16-3-2006 10:53 |
|
Dawno, dawno temu w odległych Stanach Zjednoczonych, żył sobie niejaki George Lucas, w którego głowie zrodziła się historia, którą dziś zachwycają się miliony.
W czasach, gdy wszyscy stawiali na filmy pokroju Brudnego Harego z anty bohaterem, łamiącym wszelkie zasady w roli głównej, on postanowił nakręcić typową historię walki dobra ze złem. Niestety żadne studio nie chciało wyłożyć pieniędzy na zrealizowanie jak to mówili „dziecinnej historyjki”. Owszem, padały propozycje sprzedaży scenariusza, ale Lucas nie chciał się na to zgodzić. W końcu znalazł się ktoś, kto postanowił zaryzykować.
Był nim Alan Ladd Junior – szef studia 20th Century Fox.
Jak wiemy film odniósł ogromny sukces, a po niemal 30 latach przyszła kolej ujawnienie największej tajemnicy – jak i dlaczego obiecujący rycerz Jedi (Jedi to ci dobrzy) przydział czarny kombinezon i stał się bezwzględnym Sithem (Sithowie to ci źli) – Darth Vaderem.
Zemsta Sithów jest już szóstą z kolei częścią, ale możemy przy niej zobaczyć numer “III”
O co w tym chodzi? Gdy pierwsza część w 1973 roku odniosła spektakularny sukces oczywiste było, że prędzej czy później powstanie ciąg dalszy. I tak też było.
Nikt nie mógł się jednak spodziewać, że przy okazji zapowiedzi kontynuacji, część pierwsza została przemianowana z “Gwiezdne Wojny” na “Gwiezdne Wojny część 4: Nowa Nadzieja”.
Kilka lat później świat poznał ostatnią część “klasycznej trylogii”, czyli “Część 6: Powrót Jedi”.
Minęło wiele lat zanim G. Lucas rozpoczął pracę nad pierwszymi trzema epizodami.
Stara trylogia (pozwolę sobie skrócić to do – ST) opowiadała historię walki dobrych Rebeliantów ze złym Imperium. Jej bohaterem był Luke Skywalker, który postanowił zgłębić tajniki zapomnianej już sztuki Jedi. Czarnymi charakterami serii byli Darth Vader – pół robot pół człowiek będący prawą ręką Imperatora – Darth Sidiousa.
Imperator niczego nie pragnął tak jak przeciągnąć Luke’a na swoją stronę, tak jak kiedyś zrobił to z Anakinem (dawne imię Vadera). Tak w telegraficznym skrócie przedstawia się fabuła trzech ostatnich części (IV-VI).
Nowa trylogia miała pokazać jak wybraniec, mały chłopiec - Anakin stał się jednym z najlepszych Jedi, jak Imperator doszedł do władzy i wreszcie, dlaczego młody Jedi stał się tym, kogo miał według przepowiedni zniszczyć.
Mroczne Widmo (epizod I) rozpoczyna się, gdy Republika miała się całkiem nieźle.
Nikt nie spodziewał się, do czego doprowadzi pozornie niegroźna blokada dostaw żywności na małą planetę Naboo zorganizowana przez Federację Handlową, która wraz z innymi układami stanie później przeciwko Republice nazywając się Separatystami.
Pierwsza część kończy się rozpoczęciem przez Anakina treningu na rycerza Jedi.
Epizod drugi rozpoczyna się 10 lat po zakończeniu pierwszego.
Anakin, dorósł i jest teraz obiecującym aczkolwiek buntowniczym uczniem.
Tu też rozpoczyna się jego powolna wędrówka na Ciemną Stronę.
Młody Padawan (czyli uczeń) łamie bardzo ważna zasadę i zakochuje się w Padme (to uczucie jest dla Jedi zakazane, podobnie jak gniew czy nienawiść).
“Dwójka” kończy się potajemnym ślubem zakochanych oraz wybuchem Wojny Klonów, w której walczą ze sobą droidy Separatystów ze sklonowanymi żołnierzami Republiki.
I tak oto dotarliśmy w wielkim skrócie do części trzeciej, czyli omawianej Zemsty Sihtów.
Przepraszam Was za ten nieco przydługi wstęp, ale zdaję sobie sprawę, że tekst mogą czytać osoby, które nigdy nie widziały Gwiezdnych Wojen. Taki wstęp wyjaśni co nieco i być może zachęci do obejrzenia całej sagi, co serdecznie polecam. Ale wróćmy do recenzji.
Epizod trzeci rozpoczyna się kilka lat po zakończeniu poprzedniego.
Wojna Klonów dobiega końca. Generał Grevious (nowy czarny charakter) – przywódca armii droidów wykorzystuje zamieszanie wywołane bitwą nad Courscant (planetą – miastem) aby porwać Kanclerza Palpatine. Na ratunek wyrusza dwóch rycerzy Jedi – Obi Wan Kenobi oraz jego uczeń Anakin. Żaden z nich nie spodziewa się jak bardzo ta misja odmieni losy całej Galaktyki.
Anakin poczuje się rozdarty pomiędzy swoim mentorem i najlepszym przyjacielem Obi Wanem, a kanclerzem Palpatine, który tak bardzo pomógł mu, gdy był jeszcze dzieckiem.
Młody Jedi będzie musiał wybierać pomiędzy lojalnością wobec mentora, a kanclerzem obiecującym potęgę, władzę (i nie tylko). Niestety ten wybór jest tak oczywisty jak zatoniecie Titanica w głośnym filmie Camerona. Ktoś w końcu musi zostać tym Vaderem prawda?
Alfred Hitchcock powiedział kiedyś, że dobry film powinien rozpocząć się od trzęsienia ziemi, a akcja i napięcie miały narastać powoli.
Zemsta Sithów nie zaczyna się może dosłownym trzęsieniem, ale wielką bitwą nad planetą Courscant, która jest naprawdę bardzo widowiskowa.
Niestety już na samym początku pojawia się coś, czego nie powinno być w tym filmie w ogóle.
Epizod trzeci był zapowiadany jako ten najmrocznjeszy, najbardziej brutalny i dramatyczny. Słowa dotrzymano, ale scena, w której pojawiają się małe “driody bzykacze” (ang. Buzz droids – “piękne” tłumaczenie prawda?), rozkładające myśliwiec Obi Wana na czynniki pierwsze jest po prostu żałosna i wątpię aby rozśmeszyła kogoś kto ma więcej niż 14 lat. Dodajcie do tego ograniczenie wiekowe – od 13 lat i macie już pełny obraz tej bezsensownej sytuacji. Na szczęście później jest już znacznie lepiej i naciągany humor ustępuje mrocznej i posępnej atmosferze przemiany Anakina w Vadera.
Kolejnym grzechem filmu jest gra aktorska, co poniektórych postaci. O ile trudno czepiać się Ewana Mc Gregora (Obi Wan) czy Natlaie Portman (Padme) to Hayden Chrisntensen (Anakin) zagrał bardzo słabo. Prawdę mówiąc to nie wiem czy słowo “przeczytał” nie będzie lepsze.
Owszem, od czasu do czasu było dobrze, ale zastanawiam się, kto przepuścił scenę ostatniej rozmowy Anakina i Padme? Przecież Hayden zagrał tak jakby był na jakimś castingu do n-tej edycji reality show typu “zostań aktorem”. To, co mówi jest sztuczne, nienaturalne i wręcz śmieszne. Na szczęście całą scenę ratuje Portman oraz Mc Gregor, którzy zagrali o wiele lepiej.
Na szczęście nie można mieć żadnych zastrzeżeń do muzyki czy efektów specjalnych.
Dzięki komputerom możemy oglądać tak monumentalną bitwę nad Courscant, walkę na Kashyyyku czy niesamowity, finałowy pojedynek na miecze świetlne.
Za muzykę odpowiada jak zwykle John Williams i to, co stworzył tym razem przechodzi najśmielsze oczekiwania. Doskonała chóralna muzyka, świetnie buduje napięcie, wzrusza czy nadaje tempa akcji. Utwory takie jak “Battle of the Heroes” czy “Anakins Betrayal” są po prostu doskonałe. Ścieżka filmowa z Zemsty Sithów jest jedną, z tych, które warto mieć na oddzielnej płycie CD.
Wydaniu DVD Zemsty Sithów towarzyszyło niewielkie zamieszanie. Światowa premiera miała odbyć się 1 listopada, a jak wiemy w Polsce tego dnia obchodzimy bardzo ważne święto. Imperial (rodzimy dystrybutor) zaskoczył wszystkich ogłaszając, ze film będzie można kupić dzień wcześniej – już 31 października. Niestety to było zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe.
Kilkanaście dni później dystrybutor ogłosił, że polscy fani muszą poczekać do 1 grudnia, ponieważ trwają prace nad polskim dubbingiem. Dla poprawy nastroju cenę obniżono o 10 zł, a niektóre hiper markety sprzedawały go za 49.90 czyli o 20 zł mniej.
Niestety ta obniżka to tylko i wyłącznie “kiełbasa wyborcza”, bo dystrybutor owszem obniżył cenę, ale kosztem jakości.
Film został wydany na dwóch płytach DVD w nieprzeźroczystym złotym pudełku.
To naprawdę bezsensowny pomysł, bo po pierwsze wyróżnia się spośród pozostałych części, a do po drugie na wewnętrznej stronie okładki znajdziemy spis scen.
Pierwsza płyta to film w kinowej wersji oraz komentarz audio (oczywiście angielski).
Do wyboru mamy kilka ścieżek językowych: angielski DD 5.1 EX oraz polski, czeski, słowacki i turecki 2.0. Do tego napisy polskie, słowackie czy tureckie.
Zemsta Sithów jako pierwsza cześć sagi, została w całości nakręcona cyfrowymi kamerami i to widać. Obraz jest ostry jak brzytwa, kolory soczyste i intensywne, ziarna brak.
Po prostu ideał.
Również do dźwięku nie mam żadnych zastrzeżeń. Ścieżka DD 5.1 otacza widza dźwiękiem z każdej strony. Sceny bitew czy pojedynki na miecze, to po prostu mistrzostwo świata.
W trakcie bitwy nad Courscant przez cały czas gdzieś w oddali słyszymy wybuchy, wystrzały i przelatujące statki. Do naszych uszu przez cały czas docierają najróżniejsze detale mówiące, że wokół toczy się ogromna bitwa.
Nawet bardzo spokojne sceny obfitują w drobne dźwięki słyszane gdzieś w tle. Rozmowom w wielkich hangarach towarzyszy bardzo realistyczne echo, a krystalicznie czysta muzyka znakomicie buduje klimat. Widz przez cały czas ma wrażenie, że jest w centrum wydarzeń.
Niestety nie można tego powiedzieć o polskim dubbingu, który jak już wspomniałem jest tylko w stereo. Decydując się na niego rezygnujemy z doskonałych efektów przestrzennych na rzecz znacznie gorszego “płaskiego” dźwięku. Różnica jest ogromna, dlatego moim skromnym zdaniem oglądanie wersji z dubbingiem polecam tylko i wyłącznie osobom, które mają wielkie problemy z czytaniem i nie znają angielskiego.
Zemsta Sithów jest tak przeładowana akcją, że udźwiękowienie jej tylko w stereo jest pomysłem poronionym (delikatnie mówiąc).
Dubbing, jaki mamy w Zemście Sithów jest naprawdę bardzo słaby. Aktorzy, urzycający głosu najwidoczniej nie wiedzieli, do jakiego filmu podkładają głos, bo zrobili to w typowy “bajkowy” sposób. O ile w kreskówce w ogóle to nie przeszkadza to w poważnym filmie bardzo kłuje w uszy. Głos “polskiego” Obi Wana zupełnie nie pasuje do postaci, a w wielu scenach zabrakło odpowiedniego wyrażenia emocji (np. Zbyt spokojnie mówi do Anakina: “byłeś wybranym”) Palpatine mówi zbyt delikatnie i spokojnie. Mistrz Yoda zapomniał o swoim nietypowym stylu mówienia. Najgorszą chyba postacią jest Generał Grevious.
O ile w oryginale jego głos jest rewelacyjny, a kaszel naturalny to tu brzmi jakby ktoś chciał wypluć swoje płuca.
Miłośnicy starej trylogi mogą przeżyć szok, gdy usłyszą, co “geniusze polonizacji” zrobili z Vaderem. Tego nie da się opisać – to trzeba usłyszeć.
Muszę też wspomnieć o bardzo dziwnym wymawianiu nazw własnych. Czy usłyszenie słowa “sith” w oryginale i wierne jego powtórzenie sprawia tyle trudności? Chyba tak, bo zamiast “syczącego sitch” mamy “twarde sitH”. To samo tyczy się Wookie i nazwy planety Kashyyyk. Powinno być “łuki” i “kaszik” a mamy “łukis” i “kaszyk” (gryczanyk?).
Równie “dobre” są odzywki droidów, a już szczytem szczytów jest głos dziecka w jednej ze scen. Brzmi jakby ktoś przez tydzień oddychał helem. Zero naturalności. Żyję na tym świecie ponad 20 lat i nigdy nie widziałem żeby kilkuletnie dziecko miało tak piskliwy głos.
Polski dystrybutor nie uniknął wielu wpadek przy tłumaczeniu. W jednej ze scen w oryginale droid widząc myśliwiec Jedi mówi do drugiego: “Those are Jedi fighters, right?”, a nasi “geniusze” przetłumaczyli to na “To są wojownicy Jedi, wiesz?”. Owszem “fighter” to wojownik, ale i myśliwiec. W tym przypadku chodzi o to drugie.
Tłumacze zniszczyli też jedno z subtelniejszych nawiązań do następnej części. Po walce z Greoviusem, Obi Wan odrzuca karabin laserowy mówiąc: “jakie to niecywilizowane”, a w następnej części filmu podając miecz świetlny stwierdza: “To miecz świetlny twojego ojca. To broń rycerza Jedi, z bardziej cywilizowanych czasów”. Ekipa odpowiedzialna za dubbing zastąpiła to: “I o co tyle krzyku?” co jest zabawniejsze, ale jak już wspomniałem niszczy jeden ze smaczków.
Niestety nie tylko Imperial popełnił wiele błędów. Wystarczy spojrzeć na okładkę, aby zobaczyć pierwszy z nich – Anakin powinien mieć wielką bliznę na oku, a jej nie ma. Nonsens. Ale to drobiazg w porównaniu do największej wpadki Lucasa – doboru scen.
Nie wiedzieć, czemu wyrzucił tak doskonałe ujęcie jak śmierć Shaak Ti czy lądowanie Yody na Dagobah, a zostawił „droidy bzykacze”. W pierwszej wspomnianej scenie jesteśmy świadkami świetnego dialogu pomiędzy Anakinem a Obi Wanem. Jest on nieporównywalnie śmieszniejszy od sceny rozkładania myśliwca w powietrzu. Szkoda, że Lucas nie dostrzegł, jakie możliwości daje DVD. Można było wydać dwa wydania: z filmem w wersji kinowej, oraz rozszerzonej o usunięte sceny tak jak to było w przypadku Władcy Pierścieni.
Być może za kilka lat zobaczymy „super mega edycję kolekcjonerską”, w której znajdziemy dodatkowe ujęcia. Cóż. Taka polityka Lucas Film.
No dobrze, ale dajmy już spokój wpadkom i niedoróbkom. Rzućmy okiem na drugą płytkę, która jest wypełniona bardzo ciekawymi dodatkami. Oczywiście osoby nieznające angielskiego mogą ją sobie powiesić w samochodzie na lusterku, ewentualnie potraktować jako podstawkę pod napój (bezalkoholowy), bo i tym razem nie ma polskich podpisów. A szkoda.
Jednym z najciekawszych dokumentów jest „Within a minute – the making of EP III”, który pokazuje ile wysiłku trzeba było włożyć w scenę, która trwa niecałą minutę. Stał za nią ogromny sztab ludzi. Przytoczę tylko kilka liczb: scena na Mustafarze to 49 sekund filmu, 26 ujęć, 1185 klatek, 910 artystów, 70441 godzin pracy. Imponujące prawda?
Warto też rzucić okiem na film udowadniający, że pojedynki na miecze są jak najbardziej prawdziwe. Ewan Mc Gregor i Hayden Christensen przez trzy miesiące ćwiczyli po 8 godzin dziennie! Ostatnim wartym polecenia jest 15 minutowy film opowiadający o przepowiedni i wybrańcu, czyli Anakinie.
Wśród dodatków nie zabrakło zwiastunów, usuniętych scen (sztuk 6), reklamówek telewizyjnych (dwie z nich są naprawdę znakomite), galerii zdjęć czy krótkich filmów dokumentalnych dostępnych do tej pory wyłącznie dla zarejestrowanych członków płatnej strefy Hyperspace.
Pora na podsumowanie. Wydanie to bardzo trudno jednoznacznie ocenić. Z jednej strony mamy doskonale udźwiękowione DD 5.1, obniżoną cenę, świetne dodatki, a z drugiej koszmarny dubbing, gorszą jakość wydania i brak podpisów w dodatkach.
Czy warto je kupić dla kogoś, kto nie jest fanem serii? Jeśli chciałbyś obejrzeć dobry film, przepełniony wartką akcją i ciekawą fabułą odpowiedź brzmi TAK! Warto go kupić chociażby po to żeby usłyszeć jak doskonale brzmi ścieżka DD 5.1. i jak śmieszny jest czeski dubbing. Polecam.
djsound
























