» joszko | czwartek, 16-3-2006 10:57 |
|
Najgorszą rzeczą, jaką można zrobić, jest pójść na ten film przed południem. Cóż, szczerze mówiąc, najgorszą rzeczą, jaką można zrobić, jest w ogóle pójść na ten film. Niestety, nie jestem w stanie powiedzieć, czy jest
gorszy, czy jednak troszkę lepszy, niż nowe, podobne do niego polskie superprodukcje typu „Tylko mnie kochaj”, „Ja wam pokażę” czy ten wytwór z Olą Lubicz (to na wypadek, gdyby ktoś te filmy widział i chciał sobie porównać). Na pewno jest równie durny. „Przedurny”, powiedziałabym, ale o ile mi wiadomo, nie ma takiego słowa. W każdym razie nie było, do
teraz. Brzmi zachęcająco?
„Film oparty na prawdziwej plotce” – tak mówił miły szept w telewizji. W filmie chodzi o to – o ile się nie zgubiłam – że Sarah Huttinger (Jennifer Aniston), dzięki jakiejś zasłyszanej plotce, odkrywa, że dzieje jej rodziny stały się inspiracją dla
autora książki „Absolwent”, która doczekała się również całkiem głośnej ekranizacji. Sarah postanawia sprawdzić, czy to faktycznie prawda – nie wiem szczerze mówiąc, po co to robi, widocznie uwielbia wszystko niepotrzebnie komplikować – i przy okazji niszczy swój związek.
W każdym razie, mamy tutaj Jennifer Aniston w roli dobiegającej do trzydziestki kobiety cierpiącej na wieczne PMS. Mamy też Marka Ruffalo, jej
narzeczonego, słodkiego niedorajdę tudzież łechtaczkowego ignoranta. Mamy też dosyć mocno zirytowaną wszystkim autorkę tegoż tekstu, której sam pomysł filmu może nawet by się
spodobał, ale wykonanie uważa za wystarczająco od niego odpychające i ogólnie pożal się Boże.
Cóż, Sarah zachowuje się jak typowa histeryczka. Czyli jak typowa bohaterka amerykańskich komedii romantycznych. A jej partner – jak typowa ciapa.
Reklamowano „Z ust do ust” jako komedię pomyłek. Niezłe, ale lepiej brzmiałoby „komedia – pomyłka”. Takie moje skromne zdanie. A reżyser, Rob Reiner, maczał kiedyś palce w „Kiedy Harry poznał Sally”… Jak widać, talent to coś, co może się wyczerpać. Co by jednak nie powiedzieć, tych komediowych pomyłek jest mało, są dosyć głupie, no i wydają się być wymuszone.
Z której strony by na ten film nie spojrzeć, drętwota pełną gębą. Dosłownie. Gdyby wolno mi było używać tego brzydkiego słowa na „d”,
podsumowałabym wszystkie dialogi jednym, krótkim określeniem. A tak, przykro mi, muszę poświęcać im cały akapit. A, niech będą dwa.
Czułam się trochę niezręcznie, może nawet głupio, nie wiedząc, kiedy mam się śmiać. Film zaczęłam oglądać z przeświadczeniem, że śmiesznie będzie. A tu mijają kolejne – w zamierzeniu twórców przezabawne – gagi, a akompaniuje im cisza, i to nie tylko z mojej strony.
Shirley McLaine, grająca babkę głównej bohaterki to jedyne, co powstrzymało mnie od wyjścia z kina. Nie wiem, jak ona to robi, ale podczas gdy wszyscy inni wyglądają, grają i odzywają się w najbardziej beznadziejny sposób, z jakim ostatnio miałam do czynienia, wystarczy, że ona pojawi się w kadrze, i już robi się tak, jak w założeniach twórców miało być przez cały film. Czyli śmiesznie. Cóż, to chyba nazywa się klasą. Nawet Kevin Costner, będący przez chwilę ojcem Aniston, wypada przy McLaine całkiem blado.
Powinnam wspomnieć jeszcze o muzyce, ale czuję, że wyczerpałam właśnie swój dzienny, całkiem spory limit jadu. I to na jednym tylko filmie. W każdym razie można odnieść wrażenie, że część piosenek skomponowała i nagrała sama Aniston. Brzmią tak samo, jak ona gra.
Chodzenie do kina na filmy tego rodzaju nie jest wskazane dla osób samotnych (poprawność polityczna: prawdziwych kinomanów), które film zmuszone będą oglądać same. Lecz tak szczerze mówiąc, nawet konwersacja na praktycznie pustej sali kinowej się na tym filmie nie klei.
Miałam wątpliwą przyjemność zaznajomić się z tą produkcją relatywnie wczesnym porankiem i cały dzień uważam przez nią za zmarnowany.
Oby Jennifer Aniston grom z jasnego nieba trzepnął. Amen.
a_meba









