» DeDark | wtorek, 19-9-2006 20:16 |
|

Z czym kojarzą Ci się gry spod znaku „Star Wars”? Wiele osób odpowie, że z oddalającymi się żółtymi napisami, walkami na miecze świetlne, rycerzami Jedi, Mocą, lub niesamowitymi bitwami w przestrzeni kosmicznej. Teraz wyobraźcie sobie grę nawiązującą do sagi George’a Lucas’a pozbawioną tego wszystkiego. Niemożliwe? A jednak! Taką właśnie grą jest Star Wars Republic Commando.
War Has come to the Galaxy…
Akcja gry LucasArts osadzona jest pomiędzy drugim, a trzecim epizodem „Gwiezdnych Wojen” i pozwala nam wziąć udział w Wojnach Klonów. Czyli prościej mówiąc, wojną pomiędzy Separatystami, których siłą jest wielka armia droidów, a Republiką. Siły Separatystów bez trudu poradziłyby sobie z garstką Jedi, broniących Republiki, gdyby nie jeden „szczegół” - monumentalna Armia Klonów. Armia wyhodowana dla Republiki na „zaginionej” (ukłon w stronę drugiego epizodu) planecie Kamino.
You are Commando, an elite unit, something truly special.
Oprócz zwykłego mięsa armatniego w skład armii którą otrzymała Republika wchodzą jednostki specjalne. Te oddziały, to sama elita. Dzięki specjalnemu treningowi są oni silniejsi od „zwykłych klonów”, odznaczają się niezwykłą szybkością podejmowania decyzji, a także umiejętnością współpracy w niewielkiej grupie. Ściślej mówią, grupie liczącej cztery osoby. Jak zapewne się domyślacie postacią, którą przyjdzie nam animować podczas gry w Republic Commando będzie członek takiej właśnie grupy, a nawet więcej, bo dowódca jednej z nich.
(…) and most importantly, your brothers.
Jak już wspomniałem, będziemy dowódcą czteroosobowego oddziału. Więc wypada trochę miejsca poświęcić jego członkom. Jest o czym mówić, ponieważ mimo, że nasi towarzysze są klonami każdy ma odmienny charakter i styl bycia. Przejawia się to głównie komentarzami jakie padają z ich ust. Często są one humorystyczne. Przykładem może być sytuacja w której przedzieramy się przez zastępy wrogów i nagle słyszymy że za ścianą jest jeden z trudniejszych do pokonania przeciwników, a z głośników dobiega głos jednego z komandosów: Oby to nie był Spider Droid. Takich sytuacji jest w grze więcej. Sprawiają one, że przyzwyczajamy się do obecności naszych braci, uczymy się na nich polegać i wspierać się nawzajem. W etapach, które przyjdzie nam przemierzać samotnie, będziemy się czuli zagubieni, bezbronni i bardzo samotni. Oprócz odmiennego charakteru nasi towarzysze broni (nie, nie to nie recenzja Brothers in Arms :P) mają własne profesje, dzięki którym są bardzo przydatni. Tak więc Sav jest bardzo dobrym snajperem, Scorch ekspertem od materiałów wybuchowych, a Fixer - specem od komputerów.
You are Delta Leader.
Często jednak bywa tak, że nawet mimo najmądrzejszych pomocników wróg powali nas na łopatki. W innych grach tego typu skończyłoby się to koniecznością wczytania ostatniego save’a. Natomiast w Republic Commando developerzy postanowili rozwiązać tą kwestię w nieco inny, nietypowy sposób. Jeżeli „zginiemy” wystarczy, że któryś z braci podbiegnie i potraktuje nas elektrowstrząsem, i od razu nasza energia życiowa wynosi pięćdziesiąt procent. Tym samym my możemy odwdzięczyć się naszym kompanom, w przypadku, gdy któryś z nich będzie „niedysponowany”. Naturalnie, jeżeli cały nasz team „zginie” musimy wznowić rozgrywkę od ostatniego save’a. Mimo, że ten system jest bardzo ciekawy zaliczam go po stronie minusów. Głównie ze względu na to, że mamy możliwość zapisywania gry w dowolnym momencie, a możliwość „postawienia na nogi martwych” towarzyszy w połączeniu z quick save’m czyni grę banalną.
Your weapons, your armor(…)
Jedną z bardzo ważnych kwestii w FPS’ach - jest kwestia uzbrojenia. Tak, tak, żelastwo, które nie raz ratuje nam życie, jest tym co tygryski lubią najbardziej. Chłopaki z LucasArts także o tym wiedzieli i nie dali ciała w tym aspekcie gry. Broń, która posłuży nam w Republic Commando do eksterminacji wrogów jest bardzo zróżnicowana. Począwszy na wielofunkcyjnym karabinie DC-17M, który może być zwykłym blasterem, snajperką, a także „podręcznym” granatnikiem. Skończywszy na broniach naszych wrogów, na przykład ACP, który swoją budową, jak i działaniem przypomina popularny shotgun. Oprócz tego w nasze ręce wpadnie wyrzutnia rakiet i kusza, naszych włochatych przyjaciół – wookiech. Oczywiście, jak w każdym dobry shooterze, arsenał uzupełniają granaty, których w przypadku dzieła LucasArts jest trzy rodzaje: zwykłe, oślepiające i wykorzystujące efekt pola magnetycznego(te są najskuteczniejsze w starciach z Super Droidami). Często zdarza się, że wróg dostanie się do nas na odległość paru kroków. W takich sytuacjach niezwykle przydatna staje się możliwość pchnięcia niemilców ostrzem przymocowanym do naszego pancerza. Jest to szalenie efektywne i efektowne, ponieważ wróg od razu pada martwy, przy czym jego „krew” (nie jestem pewien, czy zieloną maź można tak określić) opryskuje nasz hełm i w efekcie na jakiś czas mamy ograniczoną widoczność. Przyznaję, że robi to kapitalne wrażenie.
Zero Hour – Clone Wars
Kampania single player podzielona jest na trzy długie misje. Wraz z resztą oddziału Delta Squad będziemy działali na tyłach Bitwy o Geonosis, przechylając szalę zwycięstwa na stronę Republiki. Zwiedzimy dryfujący w przestrzeni kosmicznej krążownik – Prekursor. Odwiedzimy także pobratymców Chewbacc’i na ich rodzimej planecie Kashyyyk. Nudzić się więc nie będziemy zważywszy na to, że „nie będzie czasu” na nudę… Twórcy gry przygotowali dla nas sporo przeciwników. Zmierzymy się z różnej maści droidami, Geonosianami, a także przypominającymi jaszczurki Trandoshanami. Na najwyższym poziomie trudności starcia z wrogami stanowią prawdziwe wyzwanie. Nasi przeciwnicy zachowują się dość mądrze, starają się unikać naszych strzałów, atakują prawie zawsze w grupie, współpracując ze sobą. Nieraz uda im się zapędzić nas w kozi róg. Trzeba przyznać programistom zajmującym się AI, że odwalili kawał dobrej roboty.
Along time ago in a galaxy far, far away…
Jedną z rzeczy, która zawsze wyróżniała gry z pod znaku „Star Wars” był niepowtarzalny klimat. Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że Republic Commando podtrzymuje tradycję. Niezwykle dynamiczna rozgrywka, przemierzanie ciasnych korytarzy w połączeniu z eliminowaniem kolejnych fal wrogów, których krew bryzga na hełm naszego komandosa ograniczając widoczność. Dodajmy do tego naszych braci, którzy po kilkunastu minutach gry przestają być botami, a stają się prawdziwymi ludźmi (chciało by się powiedzieć z krwi i kości :) ). Na dodatek to wszystko potęguje ścieżka dźwiękowa, której nie można określić innym słowem jak – „genialna”. Nie mogło być jednak inaczej, gdyż za muzykę w grze odpowiedzialni byli ludzie, którzy zajmowali się stroną audio w filmach takich jak Pitch Black, czy „Szeregowiec Ryan”.
Welcome, little one. We expect great things from you.
Oprawa graficzna, najnowszego dzieła LucasArts prezentuję się bardzo okazale. Nie uświadczycie tutaj tekstur w niskiej rozdzielczości, czy innych niedociągnięć. Wszystko zapięte jest na ostatni guzik. Szczególnie dobrze wygląda efekt rozmycia, który możemy zobaczyć, gdy nasz komandos nie jest zdolny do walki. Na uwagę (i swoje miejsce w recenzji) zasługują także modele postaci. Już przy pierwszym kontakcie z grą możemy zauważyć ile pracy graficy włożyli w dokładne odwzorowanie członków Delta Squad. Oczywiście animacje naszych wrogów też są dobre. Droidy, Super Droidy i inni wyglądają i poruszają się tak jak ich odpowiedniki z dużego ekranu. Według mnie najciekawszymi przeciwnikami byli Geonosis’ianie. Walki z nimi są naprawdę emocjonujące. Poruszają się oni bardzo zwinnie i w efekcie, bardzo trudno oddać celny strzał w ich kierunku.
(…) and the Republic will call you to defend and give your lives, if need be.
Star Wars Republic Commando posiada wiele zalet, jednak nie jest grą idealną. To trzeba przyznać. Na tle wszystkich zalet widnieje jedna, ale za to wielka wada. Wada która zaważyła nad moją oceną końcową, a jest nią… długość kampanii dla pojedynczego gracza. W tym aspekcie producenci zachowali się całkowicie nieprofesjonalnie. Z wielkim żalem muszę przyznać, że tę oto dynamiczną, wciągającą i klimatyczną grę można ukończyć w dziewięć, lub w przypadku mniej utalentowanych graczy dziesięć godzin. Toż to po prostu skandal, zważywszy na cenę gry, która w dniu premiery ustalona była na 169 złotych.
Jeżeli jednak dysponujesz odpowiednią kwotą, to czym prędzej nabądź tą grę, bo zabawa chociaż jest krótka, to przyjemność z niej płynąca - olbrzymia.
I tym oto optymistycznym akcentem pozwolę sobie zakończyć.
Krzysztof “Havret” Cebula























