» DeDark | czwartek, 7-12-2006 8:08 |
|

Wyobraź sobie grę o otwartej strukturze niczym najnowsza odsłona cyklu Grand Theft Auto, zamiast miasta wstaw dżunglę jak w „Predatorze” z grafiką robiącą dziś takie wrażenie jak kilka lat temu ta z Far Cry’a i bohatera, którego najłatwiej określić jako połączenie Jamesa Bonda i grajka-zabijaki z „Desperado” Roberto Rodrigueza. Niemożliwe? Cóż, to po prostu Just Cause!
Z grą szwedzkiego studia Avalanche pierwszy raz zetknąłem się jeszcze na wakacjach, kiedy to miałem przyjemność testować wersję beta tegoż cuda. Mimo, że miałem do czynienia z niedopracowaną jeszcze wersją, gra zrobiła na mnie naprawdę ogromne wrażenie. Już wtedy byłem praktycznie pewien, że finalna wersja będzie jednym z hitów tego roku. Teraz gdy piszę ten tekst jestem już po kilkudziesięciu godzinnej sesji z ostateczną wersją gry i mogę z ręką na sercu potwierdzić: Just Cause to największa, najbardziej emocjonująca i najdynamiczniejsza produkcja od czasu Grand Theft Auto San Andreas! Zacznijmy jednak od początku…
Bohaterem, w którego wcielamy się podczas naszej przygody z Just Cause jest niejaki Rico Rodriguez. Tajny agent pracujący dla amerykańskich służb wywiadowczych CIA. Nasz heros przybywa na złożony z kilku wysepek archipelag zwany San Esperito by wypełnić niezwykle ważną misję. Ma doprowadzić do obalenia dyktatorskich rządów generała Salvadora Mendozy. Oczywiście cała operacja jest ściśle tajna i prowadzona na pograniczu prawa. Dlatego też w razie wpadki Ricko nie może zdradzić, dla kogo pracuje. Nie oznacza to jednak, że może liczyć tylko na siebie. Podczas wykonywania kolejnych zadań jest cały czas w kontakcie ze swoimi lokalnymi łącznikami: agentem Sheldonem i jego bezczelną koleżanką Keane, która jak nietrudno się domyślić była niegdyś kochanką naszego macho. Po wykonaniu drugiej misji głównego wątku fabularnego do sojuszników Rico dołączy także przywódca lokalnej partyzantki, Jose Caramicas i jego siostra Esperanza, a wraz z nimi cały ruch oporu.
Jak widzicie fabuła nie powala na kolana. Jasno widać, że Szwedzi potraktowali ten element gry z lekkim przymrużeniem oka, jednak niema co rozpaczać. Przecież nikt nigdy nie obiecywał intrygi na miarę hollywoodzkich filmów. Ekipa Avalanche postawiła na inny aspekt gry. Mianowicie dynamiczną, intensywną i nie pozwalającą nawet na chwilę wytchnienia akcję!
O tak, Just Cause wprost kipi od akcji. W samej pierwszej misji jej stężenie jest tak ogromne, że z powodzeniem wystarczyłoby dla kilku innych produkcji. Przez te kilkanaście minut gra wygląda niczym naprawdę dobry film sensacyjny! Zaczynasz w powietrzu wyskakując z samolotu transportowego lecącego kilkaset metrów nad El Rosario, jedną z wysepek wchodzących w skład archipelagu. Kilkaset metrów pod tobą rozciąga się skąpane w słońcu San Esperito. Widać wzgórza porośnięte bujną tropikalną roślinnością, plaże pokryte złocistym piaskiem i ptaki kołujące nad błękitną taflą wody. Nie ma jednak czasu na podziwianie widoków! Na dole, na plaży wśród leżaków, parasoli i domków kempingowych agent Sheldon z trudem odpiera kolejne ataki uzbrojonych po zęby żołnierzy El Presidente. Nie ma ani chwili do stracenia. Lądujesz, wyciągasz swoje dwie ulubione spluwy i kolejnymi strzałami odsyłasz napastników do krainy wiecznej szczęśliwości. Udało się, jednak zaraz przybędą posiłki. Sheldon zasiada za kierownicą dżipa, tobie wskazując zamontowany na pace karabin. Rozpoczyna się szaleńcza ucieczka podczas której ostrzeliwujesz jadące za wami rządowe terenówki, które jedna po drugiej eksplodują w kuli ognia. Po kilku chwilach docieracie do prowizorycznej barykady. Wyskakujesz z samochodu i celnymi strzałami zdejmujesz żołnierzy siedzących w okopach, po czym wysadzasz zaporę w powietrze. Wracasz do samochodu. Nagle zza drzewa wyłania się plujący ołowiem śmigłowiec, a chwilę po nim następny. Robi się naprawdę gorąco, strzelasz jednak celnie. Mimo to, po chwili pościg staje się tak liczny, iż dalsza ucieczka staje się praktycznie niemożliwa. Jednak kiedy wydaje się, że to już koniec, z odsieczą nadciąga lotnictwo, cudem ratując wam skórę. Ta otwierająca grę sekwencja dosłownie powala na kolana, a to dopiero mały kęs ogromnego, ociekającego akcją tortu!
W pozostałych dwudziestu misjach głównego wątku fabularnego developerzy nie zamierzają nas oszczędzać! I bardzo dobrze, bo dzięki temu nie zabraknie całej masy momentów, które sprawią, że z trudem będziemy zbierać szczękę z podłogi. Pościgi, odbijanie więźniów, wyzwalanie wiosek, niszczenie plantacji kokainy… to tylko niektóre z rzeczy, jakie przygotowali dla nas programiści z Avalanche. Oprócz głównych misji gra oferuję także całe multum zadań pobocznych. Mogą to być wyścigi, kolekcjonowanie przedmiotów, szybkie robótki dla Riojasów czy pomoc rebeliantom w przejmowaniu kontroli nad kolejnymi prowincjami San Esperito, co nieprzypadkowo większości z Was natychmiast skojarzy się z przejmowaniem gangsterskich dzielnic Los Santos z ostatniej części Grand Theft Auto.
Przed premierą Just Cause dużo się mówiło o ogromie świata jaki został wykreowany na potrzeby gry. I rzeczywiście Szwedzi odwalili kawał solidnej roboty. San Esperito jest naprawdę olbrzymie. Oficjalne dane mówią o tysiąc dwudziestu pięciu kilometrach kwadratowych. Nie wiem, nie mierzyłem, ale tak na oko teren jest z trzy razy większy niż w konkurencyjnym GTA: San Adreas. Jednakże w tym momencie muszę napomknąć o rzeczy niejako oczywistej (biorąc pod uwagę realia przestawionego w grze świata), jednakże psującej wydźwięk całości. Chodzi mi mianowicie o miasta, a konkretniej o szczegółowość ich wykonania. Z przykrością muszę stwierdzić, że wyglądają one biednie przy metropoliach z produkcji Rockstar. Tutaj największa aglomeracja jest niedużo większa niż Staunton Island z trzeciej części GTA. Na dodatek wszystkie ulice przecinają idealnie pod kątem prostym, co przy zakręconym labiryncie dróg Los Santos wygląda po prostu śmiesznie.
Jeśli zaś chodzi o grafikę, to produkcja Avalanche wyprzeda większość do tej pory wydanych gier o całe lata świetlne. Powiem tak, gdy pierwszy raz odpaliłem Just Cause, gra zrobiła na mnie takie wrażenie, jak dwa lata temu produkcja innego debiutującego na rynku studia developerskiego o mało wtedy znaczącej nazwie Crytek… Szczególnie dobrze wykonane są krajobrazy i elementy środowiska takie jak: roślinność, woda, czy chmury. Jednak prawdziwym majstersztykiem są dopiero promienie słoneczne, które wyglądają praktycznie jak prawdziwe. Niestety przepiękna grafika została okupiona dużymi wymaganiami sprzętowymi, dlatego też posiadacze słabszego sprzętu mogą o Just Cause tylko pomarzyć, a i na najmocniejszych konfiguracjach momentami liczba wyświetlanych klatek na sekundę spada poniżej granicy płynności. Sporo do życzenia mam także do modeli pojazdów, żołnierzy oraz zwykłych wyspiarzy które są dużo prostsze i wyraźnie odstają od reszty. Co prawda w przypadku wehikułów może to być uzasadnione tym, że jest ich naprawdę sporo. W grze występuje 89 najróżniejszych pojazdów, w tym samochody, śmigłowce, łodzie, mini okręty podwodne, czołgi, a nawet odrzutowce. O tyle, za gorsze wykonanie tych drugich winę ponoszą tylko i wyłącznie graficy z Avalanche Studios.
W Polsce Just Cause został wydany przez Cenegę. Naturalnie w przypadku dystrybutora tej klasy gra została zlokalizowana. W sumie polonizacja stoi na wysokim poziomie, jednak trochę denerwuje pewnego rodzaju selektywność. Oryginalne angielskie dialogi, które słyszymy w głośnikach (gra została spolszczona kinowo) są dużo barwniejsze, niż przygotowane przez tłumaczy napisy. Nie stwarza to wprawdzie większych problemów z właściwym zrozumieniem sensu danej kwestii, niemniej jednak takie podejście polonizatorów nie za dobrze o nich świadczy.
Zróżnicowanie i duża ilość zadań, ogrom wykreowanego przez twórców świata, bajeczna oprawa graficzna i co najważniejsze niezliczone pokłady grywalności sprawiają, że po kilkunastu góra kilkudziesięciu minutach spędzonych przy Just Cause naprawdę trudno oderwać się od monitora. Co prawda gra nie jest pozbawiona wad, jednak nie wyobrażam sobie, aby gracz uważający się za fana gier akcji mógł przejść obojętnie obok produkcji Avalanche Studios!

Składam podziękowania za współpracę firmie Cenega Poland
Krzysztof “Havret” Cebula
























sierpień 18th, 2007 o 10:48
jak wezwac helikopter
styczeń 20th, 2008 o 10:57
trzeba zrobic duzo misji, no moze nie tak duzo