» DeDark | środa, 4-4-2007 1:29 |
|

„Nie tak dawno jeden z moich znajomych powiedział, że nawet gdybym dostał komputer A64 3200+ GF7900XTX przy 2GB RAMu to i tak znalazłbym w nim coś co można by skrytykować i wypominałbym to przez najbliższe tygodnie… No cóż, taki już jestem.”
The Elder Scroll IV: Oblivion – chyba najbardziej oczekiwana gra AD 2006. Już przez wielu okrzyknięta grą PRG wszechczasów a średnia ocen w Internecie wynosząca 95% karze sugerować, że coś w tym jest. Czy jednak gra jest naprawdę taka innowacyjna i zasługuje na noszenie jej na rękach i oddawanie programistom z Bethesdy boskiej czci? Tak, ale tylko poniekąd. Dlaczego? Zaraz się przekonamy.
Mam tak samo jak ty…
Nie da się niestety ukryć, że większość „rewolucyjnych” rozwiązań, jakie autorzy zastosowali w Oblivion’ie widzieliśmy już w innych grach. Rozległy i otwarty świat mieliśmy już choćby we wcześniejszych częściach TES’a (Daggerfall miał świat kilkanaście razy większy!), piękną grafikę i fizykę na silniku Havoka mogliśmy wypróbować w Half-Life 2, a mnogość questów choćby w Gothicu, czy nawet SW: Knights of the Old Republic. Natomiast to, czym najbardziej chwalą się autorzy, czyli niezaskryptowani NPC’e, którzy „żyją własnym życiem”, widzieliśmy już w Lure of the Temptress z… 1992 roku!. Tak więc o czym my tu w ogóle rozmawiamy? Otóż o tym, że Oblivion jest pierwszą grą, która tak doskonale łączy ze sobą wszystkie te rozwiązania i unowocześnia je, stając się wzorem do naśladowania dla innych gier tego typu. Oczywiście, taka ilość „zerżniętego” materiału może spowodować chwilowe odrzucenie, tak jak było w moim przypadku, ale kilka chwil z grą całkowicie zmieniło moje do niej podejście. Wszystko to za sprawą…
Miasto moje a w nim…
… wielkiego świata, które powala swoim ogromem zaraz po wyjściu z celi więziennej. Cóż za paradoks nie? Tam za oknem piękny i ogromny świat a pierwsze co widzimy to zatęchłe mury więzienia i współwięźnia za kratami po drugiej stronie korytarza. Wtedy też zdajemy sobie sprawę jaką to grą naprawdę jest Oblivion. Piękna mimika twarzy, ostre tekstury i możliwość poruszenia łańcuchami wiszącymi w naszej celi. Wszystko to sprawia, że chcielibyśmy tam pobyć trochę dłużej, ale cóż… swobodnie gnić w celi nie da nam sam Cesarz. Co on tu robi? Już śpieszę wyjaśnieniami. Otóż ktoś wymordował pół rodziny panującego i teraz czyha na jego życie a w naszej celi znajduje się przejście, które może mu umożliwić ucieczkę. Sprawa nabiera jednak jeszcze większego dramatyzmu, gdy okazuje się, ze Cesarz zna naszego bohatera… ze swoich snów. Sprawia to, że nagle ze zwykłego, szarego ludka stajemy się osobą, która ma, lub raczej będzie miała realny wpływ na losy otaczającego go świata. Świata, które wręcz poraża. I to nie tylko, przy pierwszym z nim zetknięciu, ale za każdym razem gdy się na niego spojrzy. Idąc w jakieś konkretne miejsce nie można nie ulec pokusie sprawdzenia co jest za tym kamieniem, albo dokąd prowadzi ta dróżka, co w ostateczności sprawia, że zapominamy o naszym zadaniu i zajmujemy się eksploracją świata. Ostatnią grą, która miała na mnie taki wpływ był Gothic, ale TES IV wyprzedza go o całą długość. Jeżeli połączyć wielkość świata z przepiękną grafiką mamy obraz gry epickiej… z ogromnymi wymaganiami sprzętowymi. Już w tej chwili wymagania Oblivion’a stały się wręcz przysłowiowe, ale ja wspomnę jeszcze raz, że bez GF6600GT, 512 MB RAMu i procesorze o wydajności powyżej 2 GHz możemy co najwyżej pooglądać pokaz slajdów z gry. Jest jednak dobra nowina dla tych, którzy mają słabszy sprzęt a w Oblivion’a chcieliby sobie pograć. Od pewnego czasu krąży po sieci program, który pozwala (przynajmniej w teorii) odpalić grę nawet na GeForce 3 Titanum. Hasło w Google: „Oldblivion”.
Już w Morrowind’zie było tak, że świat w grze to nie tylko miasta i wsie, ale także, a może przede wszystkim, małe jaskinie, groty, laski (takie małe lasy…), ruiny i inne miejsca, które można splądrować. Oblivion daje nam praktycznie nieograniczone możliwości odkrywania takich zaułków a w nich mniej lub bardziej cennych skarbów. Jeżeli dodać do tego fakt, że w sieci wciąż pojawiają się nowe łatki i mody dodające kolejne takie miejsca możemy być pewni, że zaspokoimy nasz odkrywczy głód. Tu jednak pojawia się minus gry. Podczas zbaczania z głównych ścieżek ubożeje świat dookoła bohatera. Jest mniej ptaków, tekstury są mniej wyraźne i miałem wrażenie, jakby ktoś się za bardzo do tego nie przyłożył. Jestem to jednak w stanie zrozumieć, gdyż przygotowanie całej mapy w doskonałej jakości ze wszystkimi detalami zajęłoby kilka lat i dwa razy więcej mocy obliczeniowej naszych PeCetów.
Swoich ludzi…
Sztuczna inteligencja NPC’ów została potraktowana przez autorów trochę „na odwal”. Wszystkie postacie niezależne objęte są co prawda systemem Radiant AI, który pozwala pozbyć się skryptów w grze, ale podczas walk jest on niepraktyczny. Tak więc walczący NPC’e mają skrypty „na chybcika” co sprawia, że walka z nimi to żenada. Jedni potrafią zablokować się w drzwiach a inni nie odróżnią drzewa od ciebie i bawić się będą w drwali… Sprawia to, że pojedynki w większej grupie to kocioł i to dość absurdalny. Co zaś tyczy się ich wyglądu – większość postaci niezależnych przygotowana jest z dbałością o każdy detal a mimika ich twarzy świadczy o poziomie grafików z Bethesda Softworks. Również głosy dla każdej postaci, którą spotkamy zostały nagrane przez profesjonalnych aktorów. Oczywiście, zdążają się powtórzenia, ale w świecie, w którym mieszka kilkaset ludzi to nie powinno nikogo dziwić.
Na trochę więcej miejsca zasługuje sam nasz bohater. Po wyjściu z celi na powierzchnie musimy odpowiedzieć sobie na kilka zasadniczych pytań. Magia, czy miecz? Dobro, czy zło? Widzenie w ciemnościach, czy odporność na zimno? Jednym słowem wybrać musimy rasę, klasę i znak zodiaku. Ta pierwsza ma wpływ na ogólne cechy i predyspozycje bohatera. Wiadomo, że wybierając Elfa będziemy zręczni i zwinni a Nord niezbyt sprawdzi się w magii. Klasa określa już bardziej szczegółowe cechy. Tutaj postawiono na stereotypowe rozwiązania i podstawowe klasy. Zaimplementowano jednak, tak jak miało to miejsce choćby w Morrowind’zie, system tworzenia własnej klasy. Wystarczy nadać jej nazwę, wybrać bonusy jakie daje i można frunąć w świat… no, może nie teraz, bo wybór znaku zodiaku ma także duże znaczenie i trzeba się trochę namyślić.
Swoje sprawy…
Wszystko wybrane? to pora ruszać uratować świat przed najeźdźcami z tytułowej Otchłani, po drodze wykonując, lub nie, masę questów. System zadań, zarówno głównych, jak i pobocznych został skonstruowany tak, że za bardzo nie musimy się przejmować ich wykonywaniem. Za przykład niech posłuży to, że po wykonaniu przeze mnie kilkunastu zadań pierwszy quest wciąż pozostawał otwarty, gdyż nie miałem ochoty go wykonywać. I nie musiałem… Wspominałem już wcześniej, że najlepszym zajęciem dla mnie było przeszukiwanie ukrytych melin w poszukiwaniu potężnych artefaktów i zdobywanie kolejnych poziomów doświadczenia. A właśnie… poziomy. Od razu powiem, że system ogólnego rozwoju postaci i wpływu tegoż na świat dookoła nie przypadł mi do gustu. Otóż panowie z Bethesdy chcieli błysnąć oryginalnością i stworzyli grę RPG a następnie usunęli z niej punkty doświadczenia. Zabawne, nieprawdaż? System ten był już, w mniejszym stopniu, wykorzystany w Morrowind’zie i sprawił się dość dobrze. Polega on na tym, że postać zdobywa poziomy poprzez rozwijanie głównych cech swojej klasy. Tak więc, jeżeli wybraliśmy za cechę główną umiejętność otwierania zamków poziom zdobędziemy otwierając zamki, jeżeli natomiast wybraliśmy akrobatykę – skacząc i biegając. Coś podobnego było już w Dungeon Siege, ale nie będę aż tak wredny, aby wypomnieć, że i to zerżnęli… że co? że już wytknąłem? I dobrze…
A jak z rozwojem cech? Tak samo. Im dłużej walisz mieczem, tym więcej punktów siły ma twoja postać. Analogicznie jest z czarami, skradaniem się itd.
Nie trafionym, w moich oczach, pomysłem jest to, że czym wyższy poziom ma nasza postać, tym silniejsi i wytrzymalsi są przeciwnicy. Ludzie, toć to przeczy wszelkim prawom gier RPG!. Tak więc wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy walcząc z jednym gościem nie mogę go pokonać a po zdobyciu kilku poziomów… wciąż nie mogę go pokonać, gdyż on też jest silniejszy. Porażka…
Porażka… ?
A dokładniej kilka. Jest w Oblivionie kilka bugów i niedomówień, które, może nie przeszkadzają, ale powodują pewne zniechęcenie. Pierwszym z nich jest animacja i model biegu naszej postaci. Zapewne autorzy wyszli z założenie, że większość czasu spędzimy w trybie FPP, więc nie ma co się męczyć. I tak oto nasz bohater potrafi biec w bok machając nogami do przodu… istny człowiek-guma, a raczej człowiek-surrealizm. Kolejny to system poruszania przedmiotów oparty o silnik Havok, znany m.in. z Half-Life 2. Otóż, jeżeli chcemy przesunąć wazon pojawia się na ekranie mały kursor, który ma symbolizować naszą dłoń… i niestety tylko ją symbolizuje. Tak więc w praktyce wygląda to tak, że nasza postać przesuwa przedmioty wzrokiem… nie dość, że człowiek-surrealizm, to jeszcze opanował telekinezę…
Niekoniecznie
Pora więc na podsumowanie „najlepszej gry RPG wszech czasów” (tia…). Co tu dużo mówić? Gra epicka, bardzo rozwinięta, dająca nam wręcz nieskończone możliwości eksploatacji świata i całe multum questów. Grafika powala, a dźwięk i muzyka przepięknie komponują się z całością. Już teraz The Elder Scroll IV: Oblivion stał się drugą rzeczywistością dla milionów graczy i jest tym dla osób bez Internetu, czym dla sieciowców WoW. Gra wielka i świetna, ale niestety – niedoskonała.

Składam podziękowania za współpracę firmie Cenega Poland
Bartłomiej “SerafiN” Sieja






























kwiecień 4th, 2007 o 3:08
Tia :P za to ile radochy ;D. Co do trudności ta można regulować na bieżąco w opcjach, wiec levelowanie innych nie przeszkadza aż tak. Autor pewnie stworzył kiepska postać na początku i pewnie dlatego miął problemy z pokonaniem przeciwnika(mi niestety tak się zdarzyło w Morrowindzie :P ). A propo telekinezy to tez jest xD i wygląda na to ze działa lepiej niz. łapka bo można dzięki niej nie tylko ruszać przedmiotem “W okolo” lecz i przybliżać lub oddalać xD(i tak to plus bo w „rewolucyjnym” HL2 nie można było poruszać rera przedmiotów ;] ) Ogólnie good recka choć akurat o tej grze można by chyba czytać i pisać tygodniami …
kwiecień 4th, 2007 o 13:45
Co o postaci - miałem ograniczony czas pisania recenzji (nie mój komp, nie moja gra) więc musiałem się ograniczyć do jednego woja i maga. Telekineza jest i owszem, ale i bez niej “przesuwamy” przedmioty nie dotykając ich ;). A co do pokonywania przeciwników - posłużyłem się tylko obrazowym przykładem, aby ukazać (moim zdaniem) lekko niepraktyczny system dostosowywania przeciwników do nas. A o grze można pisać i miesiącami, bo miesiącami można w nią grać. Ale ja zostaje przy Morrowindzie.