» joszko | środa, 15-3-2006 20:31 |
|

Jesień to dla wielu niezbyt przyjemna pora roku. Po wakacjach pozostają jedynie wspomnienia, woda w jeziorach robi się zimna błękitne niebo zakrywają ciemne chmury a beztroskie lenistwo ustępuje miejsca obowiązkom związanym ze szkołą czy pracą. PPG (przeciętny polski gracz) także nie ma lekko. Brakuje wolnego czasu, ulubione tytuły wędrują na półkę. Z drugiej strony jesień to także pora wielu premier doskonałych tytułów, które były dopieszczane przez okres wakacji. Wszystkie są prawie gotowe, a większość z nich zarezerwowało już sobie miejsce na sklepowych półkach. W tym artykule zapoznacie się z kilkoma tytułami, które szykuje dla nas ATARI. Zacznijmy od gier, które już są lub powinny za chwile pojawić się na półkach zachodnich sklepów.
Na dobry początek weźmy Dragonshard – grę będącą połączeniem rts’a z rpg opartą na zasadach świata D&D. Akcja gry, rozpoczyna się w ciężkich czasach. Trwa wojna. Trzy nacje rozpoczną walkę o tajemniczy i potężny artefakt – Serce Syberysa. Gra pozwoli pokierować każdą z trzech stron konfliktu. Niestety tylko dwie będą dostępne w trybie singleplayer (Order Of The Flame, Lizardfolk). Trzecia – Umbragen, dostępna
będzie tylko w rozgrywkach sieciowych. Każda z nich będzie oczywiście różniła się nie tylko wyglądem, ale cechami i taktyką, jaką należy przyjąć, aby zwyciężyć. W sieci dostępna jest wersja demo, a gdy czytacie te słowa gra czeka na chętnych w amerykańskich sklepach.
Polskim dystrybutorem jest LEM. Data premiery to 28 październik. Przewidywana cena, według danych polskiego wydawcy to 99,90. Przejdźmy jednak do samej gry. Oprawa audio-video jest całkiem niezła, ale i nie zachwyca. Widzieliśmy już znacznie ładniejsze gry, jednakże nie o to przecież chodzi prawda? Muzyka w grze oczywiście jest, ale nie zalicza się do tych, które kupuje się na oddzielnych płytkach CD i nuci pod nosem w wolnych chwilach. Liquid
Entertament – producent gry zapowiada kilka bardzo ciekawych rozwiązań. Jednym z nich jest nieco szersze podejście do budowania bazy. Rozmieszczenie budynków będzie mieć ogromne znaczenie, ponieważ jedne budowle będą wpływać na inne.
Jeśli wybudujemy koszary obok zbrojowni, nasi żołnierze będą mieć lepsze uzbrojenie. Wybudowanie Gildii Magów obok świątyni zaowocuje zwiększeniem many u tych pierwszych. Takich zależności ma być dziesiątki. Mam tylko nadzieję, że system ten będzie działał jak
szwajcarski zegarek. Miłośnicy gatunku mogą chyba odetchnąć i cierpliwie poczekać na premierę. Gra na pewno nie będzie rewolucją, nową jakością czy następną generacją (to ostatnio modne określenie). Możemy jednak liczyć na znakomitą i grywalną grę, która będzie
skutecznie zabierać wolny czas przez długie tygodnie. Czego twórcom, Wam i sobie życzę.
Kolejną grą dostępną na świecie, a na którą jeszcze czekamy w Polsce jest pierwszy dodatek do gry Roller Coaster Tycoon 3 zatytułowany Soaked! Wprowadzi on do gry całą masę atrakcji związanych z wodą. Dodatek to ponad 50 nowych kolejek górskich i dziesiątki
innych atrakcji. Nie zabraknie takich nowości jak sztuczne plaże, wodospady, pływalnie, jaccuzi czy pokazy laserowe, które sami zaprojektujemy. Producent, zapowiedział także drugi dodatek –
Wild!, dzięki któremu wprowadzimy do parku dzikie zwierzęta. Soaked jest już dostępny w zagranicznych sklepach. W Polsce pojawi się w październiku, a kosztować będzie tak jak powyżej opisana gra, czyli 99,90. To tyle, jeśli chodzi o gry już dostępne. Przejdźmy do
tych, które pojawią się na świecie już niedługo, bo w październiku.
Pierwszym tytułem, jaki opiszę będzie, znakomicie zapowiadający się TimeShift.
Akcja gry została osadzona w industrialnym świecie w niedalekiej przyszłości. Pokierujemy w niej poczynaniami pilota Michaela Swifta, którego córka zginęła w wypadku autobusu szkolnego.
Tracąc jedyną córkę stracił chęć i sens życia. Jedyne, czego pragnął to desperacka ucieczka od tego wszystkiego, co znał do tej pory, od wspomnień i koszmarów. Dlatego właśnie zgodził się
wziąć udział w pewnym rządowym projekcie. Zadanie było proste. Wypróbować najnowsze osiągniecie techniki – maszynę pozwalającą podróżować w czasie. Jedyne, czego oczekiwano to
przenieść się do roku 1911. Wszystko szło gładko dopóki Swift nie powrócił do swoich czasów. Zastał tam zupełnie inny, brutalny i niebezpieczny świat. Co więcej stał się wrogiem publicznym numer jeden. Aby przeżyć będzie musiał jeszcze raz cofnąć się w czasie, aby wszystko naprawić.
Gra jest napędzana autorskim silnikiem Saber 3D. Oczywiście według autorów grafika będzie niesamowita, pełna graficznych bajerów i fajerwerków. Tworzący ją team Saber Interactive nie boi się nawet stwierdzenia „next generation”. Po obejrzeniu blisko 10 minutowego filmu prezentującego jedna z misji widać, że oprawa Time Shifta nie ma nic wspólnego z „następną generacją”. Na szczęście pozostałe określenia są jak najbardziej na miejscu. Nie można powiedzieć, że są wyssane z palca – to po prostu fakty.
Grafika może nie zwali nikogo z nóg na kolana (zrobią to nowe silniki takie jak Unreal Engine 3), ale jedno jest pewne. Trzyma bardzo wysoki poziom, za co należą się duże brawa. Nie zabraknie takich efektów jak dynamiczne oświetlenie, bump-mapping czy drżące rozgrzane powietrze. Znakomita fizyka także nie jest obca najnowszej produkcji SI. Gra jest nastawiona na czystą akcję i rozwałkę, tak jak dziesiątki innych FPSów. Przeszła by zapewne bez większego
rozgłosu gdyby nie to, że możemy kontrolować czas. I to jak! Wszyscy doskonale znamy spowolnienie czasu, które do gier wprowadził Max Payne. To jednak nie wszystko. Do spowolnienia doszło zatrzymanie a nawet cofnięcie czasu. Owszem takie umiejętności od dawna posiada główny bohater gry Prince of Persia, ale w dynamicznym FPSie dają one zupełnie inne możliwości. W prezentowanym filmie walki z wykorzystaniem spowolnienia czasu czy cofnięcia czasu robiły ogromne wrażenie. Władanie nad czasem pozwala na coś więcej niż efektowne
unicestwianie kolejnych przeciwników czy unikanie kul. Dzięki zatrzymaniu czasu można niezauważalnie przejść obok strażnika czy kamery, a gdy wbiegniemy pod ostry ostrzał będziemy mogli cofnąć się i poszukać innej drogi. Praktyczne.
Na pojedynczego gracza czeka ponad 30 miejmy nadzieję, że rozbudowanych i zróżnicowanych misji. Liczba broni pozostaje na razie zagadką. Film prezentuje kilka z nich: futurystyczną wersję
pistoletu, szybkostrzelny karabin czy świet(l)ną energetyczną kuszę. Możemy także skorzystać z stacjonarnych działek. Niestety moje zastrzeżenia budzi sztuczna inteligencja. Na pokazowym filmie zachowywała się całkiem nieźle, ale mam nadzieję, że zostanie ona jeszcze poprawiona. Nic tak nie denerwuje w „strzelance” jak przeciwnik-idoota. Autorzy chwalą się także multiplayerem. Na razie nie wiadomo nic o dostępnych trybach. Jedyne, czego możemy być
pewni to, to że będziemy w nim korzystać z tych samych zdolności co w singleplayerze. Na papierze to wszystko wygląda znakomicie. Nie wiadomo tylko, jak to wszystko sprawdzi się w praniu i czy będzie na tyle, grywalne aby odciągnąć graczy od shooterów nastawionych na multiplayera. Przekonamy się już wkrótce.
Drugą grą, którą w październiku wyda ATARI będzie Asterix & Obelix XXL 2: Mission Las Vegum. Na poczciwe blaszaki nie wychodzi zbyt wiele dobrych platformówek, dlatego powinniśmy uważniej śledzić losy tej gry. Fabuła w tego typu produkcjach nie jest zbyt ważna, ale w tym przypadku prezentuje się całkiem nieźle. Otóż będziemy musieli wyjaśnić sprawę zniknięcia wszystkich Druidów, a do tego udowodnić, że jeden z nich - Panoramix nie
jest zdrajcą. Aby tego dokonać dwaj przyjaciele Asterix i Obelix wyruszą do Las Vegum – wielkiego parku rozrywki stworzonego na polecenie Cezara gdzie czeka nas mnóstwo wyzwań. Gra ma być nie tylko kolorowa i dynamiczna, ale i zabawna. XXL2 aż pęka w szwach od najróżniejszych nawiązań do innych tytułów. Gra parodiuje i wyśmiewa gry takie jak Sprinter Cell, Pac man, Rayman, Mario, Sonic czy Tomb Raider. Zapowiada się bardzo grywalna beczka
śmiechu. Niestety jest też kropla goryczy. Na dzień dzisiejszy nikt nie zainteresował się wydaniem tej gry w Polsce. Poprzednia część rozprowadził LEM. Miejmy nadzieję, że wydadzą i tą. Miłośnicy Asterixa czekają.
Pod koniec października do sklepów trafi bardzo ciekawa i nowatorska pod wieloma względami gra – Fahrenheit (Indigo Prophercy). Od dawna dostępna jest już wersja demo, dlatego
tym razem będzie krótko. Gdy developer Quantic Dream, zapowiedział grę, wiadomo było, że jeśli dotrzyma słowa dostaniemy coś naprawdę wyjątkowego. I dotrzymał.
Wyobraź sobie, że żyjesz jak przeciętny Kowalski. Po pracy postanawiasz coś zjeść w małej knajpie. Następne, co pamiętasz to, to że obudziłeś się w łazience nad zakrwawionym ciałem, a w swojej ręce trzymasz nóż. Co zrobisz? Ukryjesz ciało? Zostawisz tak jak jest? Wybór należy do ciebie. Ale uważaj, twoje decyzje wpływają na dalszą grę. W grze możemy kontrolować cztery postacie – Lucasa Kane (mordercę), jego brata Markusa oraz dwóch detektywów Carlę Valenti oraz Tylera Milesa. Bardzo ciekawym pomysłem jest dzielenie ekranu na kilka części ukazujących głównych bohaterów. Np. gdy próbujemy uporać się z ciałem, jako Lucas Kane, w oknie obok widzimy jak Tyler Miles zbliża się powoli do łazienki. Pozwolisz się złapać? A może ukryjesz ciało i udasz, ze nic się nie stało? Takich dylematów będą setki. Sterowanie początkowo wydaje się być bardzo dziwne i niewygodne, ale gdy już się do niego przyzwyczaimy staje się bardzo praktyczne. Co więcej wpływa na poziom adrenaliny. Tu nie wystarczy klepnać raz klawisz odpowiedzialny za „użyj”. Tu wykonujemy pewne gesty myszką, tak długo ile trwa wykonywanie danej czynności. Dziwne? Możliwe, ale znakomicie stymuluje wydzielanie adrenaliny. Zlokalizowana gra (wersja kinowa) trafi do polskich sklepów już 28 października.
Listopadowe propozycje otwiera interaktywna wersja Matrixa – Matrix the path of Neo. Jest ona już drugą próbą (nie licząc The Matrix Online) przeniesienia świata wykreowanego przez braci Wachowskich na ekrany monitorów. Niestety ta pierwsza, czyli „Enter the Matrix” nie należała do udanych.
Grafika jak na tamte czasy była dobra, system walki również. Muzyce także niczego nie brakowało, a dźwięk przestrzenny, jaki oferowała gra robił naprawdę (przynajmniej na mnie) ogromne wrażenie. Czegoś jednak brakowało, po pewnym czasie zaczynało wiać nudą, a pojedynki z kolejnymi przeciwnikami nużyły. Wyjątkiem był poziom gdzie walczyliśmy z wampirami. Jak będzie tym razem? Wygląda na to, że developerzy, studio Shiny Entertament wyciągnęli odpowiednie wnioski i tym razem nie powtórzą starych błędów. Nowa gra zapowiada się znakomicie. PoN pozwoli graczom wcielić się w Neo od momentu, gdy dostał telefon od Morfeusza, do finałowego pojedynku z Agentem Smithem. Co ciekawe, wiele rzeczy wskazuje na to, że będziemy mogli podejmować decyzje, które zaważą na dalszym
przebiegu historii. Gra nie musi skończyć się tak jak film. Bracia Wachowscy przygotowali zresztą nowe postacie, wątki a nawet zakończenie. Oby to tylko nie była plastikowa marchewka na kiju, którą autorzy spróbują zapędzić nas graczy-osiołków do sklepów.
Ciężko jest napisać coś konkretnego o systemie walki. Na trailerach, które miałem przyjemność oglądać wszystko wygląda dokładnie tak jak na filmie, a animacja postaci jest po prostu niesamowita. Jeśli Shiny dotrzyma słowa i stworzy kompleksowy system walki, który nie będzie wymagał kilku rąk do obsługi, o losy gry możemy być spokojni. Oprócz walki wręcz, czekają na nas dziesiątki najróżniejszych rodzajów broni. W tym karabiny, pistolety czy chociażby takie
cudeńka jak katana. Nowy ma być także, tryb bullet time. Na dzień dzisiejszy musimy uwierzyć na słowo, bo żaden zaprezentowany film go nie ukazuje. A skoro już przy walce jesteśmy, musicie wiedzieć, że gracz jako Neo będzie musiał przejść rozbudowany trening (tak, tak.
Powalczymy sobie z Morfeuszem). Strona graficzna gry, również zachwyca. Odpadający tynk, rozmycia ekranu czy poprawiona fizyka muszą się podobać. Największe wrażenie sprawiają jednak modele postaci. Chyba nie muszę pisać, że wirtualny Neo będzie do złudzenia
przypominał tego z filmu. Osobiście nie jestem fanem Matrixa, ale na Path of Neo czekam z niecierpliwością. Wy też powinniście, nawet, jeśli uważacie film, za największą pomyłkę kinematografii (słyszałem i takie opinie). O tej grze na pewno będzie głośno.
Głośno może też być o Marc Ecko’s Getting Up. Dlaczego? Wcielamy się w niej w Trane’a – zioma, który jest równie zwinny i gibki, co Sam Fisher. Różnica polega na tym, że Trane, wykorzystuje swoje umiejętności, aby stać się najlepszym i najbardziej znanym graficiarzem w mieście. Co ciekawe nie będzie to kolejne GTA, w której naszą bronią były karabiny i pistolety.
Tu nie raz i nie dwa trzeba będzie się prześlizgnąć niezauważonym. Jeśli już wpadniemy, będziemy mogli bronić się własnymi pięściami lub tym, co wpadnie w rękę. Żadnej broni palnej. Jak widać developer stawia na skradanie się. Pomoże nam w tym możliwość odwracania uwagi
strażników czy policjantów rzuceniem jakiegoś przedmiotu czy krycie się w cieniu. Naszymi przeciwnikami będą także członkowie gangów. Tu, jeśli zechcemy możemy wyjść z ukrycia i
zaatakować, czym popadnie. Autorzy zresztą mówią o dwóch różnych sposobach rozgrywki, w zależności od rodzaju przeciwnika. Na filmach skradanie się i walka na pięści wygląda bardzo dobrze. Miejmy nadzieję, że sterowanie będzie intuicyjne.
Miłośników Hip Hopu zapewne zainteresuje wiadomość, ze głównemu bohaterowi, głosu użyczy Talib Kweli, Pierwszy raz widzę to nazwisko, ale zapewne miłośnicy tej muzyki wiedzą, o kogo chodzi. Za fabułę zaś odpowiada niejaki Marc Ecko. Kiedyś zwykły grafficiarz, teraz producent - między innymi - markowych ciuchów.
Aby ukończyć grę, będziemy musieli „zamalować” 20 poziomów rozłożonych na 12 lokacji. Producent - The Collective, obiecuje, że system tworzenia graffiti będzie bardzo intuicyjny. Gracz sam będzie decydować, co i gdzie namaluje. A skoro o malowaniu mowa warto wspomnieć, że w grze znajdziemy ponad 50 autentycznych tagów. (czyli rysunków :) )
Getting Up wychodzi także na konsole, co oznacza, że nie może zabraknąć rzeczy do odblokowania. Tym razem dostaniemy „czarną księgę”, w której znajdziemy wszystkie odblokowane wzory. Gra trafi do zachodnich sklepów w listopadzie. Polscy gracze muszą poczekać do grudnia.
Zbliżamy się powoli do końca naszej wyliczanki gier. Pozostały jeszcze dwa tytuły, w które zagramy mniej więcej, w święta Bożego Narodzenia. Są to strategia – Tycoon City New York oraz sequel doskonałego klonu Commandosów – Desperados 2.
Większość graczy, gdy usłyszy słowo „tycoon” odwraca się i odchodzi w drugą stronę. Nic dziwnego, co roku wychodzą dziesiątki, jeśli nie setki nowych niekoniecznie ciekawych i dopracowanych tytułów. Przez ostatnie lata pod nasze skrzydła trafiły parki rozrywki, lotniska, sklepy, szkoły, zakłady karne, kawiarnie(!), redakcje pism, firmy developerskie etc.
Powstało też kilka związanych z zarządzaniem dużymi metropoliami. Kilka słabszych i mało znanych, jak i tych dobrych (Sim City). Pozycji tego ostatniego może zagrozić Tycoon City: New York. Zgodnie z nazwą będziemy zarządzać Nowym Jorkiem. Zaczniemy od malutkiej osady z kilkoma domkami, a na gigantycznej metropolii skończywszy. Kolejne etapy rozbudowywania miasta, będą oznaczać coraz to inne problemy, z którymi będziemy musieli sobie poradzić. Będziemy musieli zadbać nie tylko o fundusze czy infrastrukturę, ale i zadowolenie mieszkańców. Pomoże nam w tym możliwość rozruszania przemysłu na 50 różnych sposobów czy prowadzenie 100 różnych biznesów. Nocne kluby, puby, restauracje, zarządzanie drogami, szkoły, sklepy itp. Znajdziemy wszystko to, co przyda się do zbudowania na nowo „miasta, które nigdy nie śpi”. Nie zabraknie także znanych z życia budynków takich jak Empire
State Building czy Statua Wolności. Graficznie gra prezentuje się bardzo dobrze. Bardzo spodobała mi się możliwość dużego przybliżania widoku, dzięki czemu będziemy mogli obejrzeć własne doskonale zorganizowane dzieło z bliska.
Tycoon City NY nie będzie posiadał trybu multiplayer, co nie powinno raczej nikogo dziwić. Trudno jest wymyślić coś grywanego w przypadku takiego tytułu, a wymyślanie czegoś na siłę mija się z celem. Gra ma szansę nieźle namieszać w rankingu na najlepszą grę ekonomiczną roku 2005. Co prawda nie wyszło wiele dobrych i dopracowanych tytułów, ale ten swoisty symulator Nowego Jorku może być naprawdę dobry. Gra powinna trafić do sklepów w grudniu, lecz niestety nie tyczy się to Polski. Obecnie, żaden dystrybutor nie zainteresował się tą grą. A szkoda.
Ostatnim tytułem, o którym dziś przeczytacie jest dosyć długo oczekiwany Desperados 2 czyli Commandosi na dzikim zachodzie. Jest to kolejny tytuł, który z 2D przenosi się w pełne 3D, dzięki czemu gra ma szansę zdobyć nowych oddanych miłośników. Nie zabraknie oczywiście klasycznego widoku „z góry”. Tylko od nas zależeć będzie, jaki widok wybierzemy.
Miłośnicy poprzedniej części będą mogli pokierować starymi znajomymi „z jedynki”. Każda z nich posiada teraz całkowicie nowy, od nowa zaprojektowany zestaw umiejętności. Tak dla przykładu Sanchez nauczy się rzucać nożem, a do tego zyska bardzo cięty język. Indianin Hawkeye będzie mógł po cichu eliminować przeciwników strzelając z łuku, bądź rzucając tomahawkiem. Odpowiednie wykorzystanie tych umiejętności będzie kluczem do sukcesu. Bez nich nie wykonamy nawet jednego zadania. A właśnie. Misje. Będzie ich około 20. Dostaniemy standardowy „westernowy” zestaw. Nie zabraknie napadów na dyliżanse, strzelanin, uwalniania
przyjaciół z więzienia czy też porywania koni.
Graficznie gra zestarzała się nieco. To, co kiedyś robiło bardzo duże wrażenie dziś jest po prostu „na poziomie”. Wielką zagadką pozostaje sprawa udźwiękowienia. Na pewno możemy spodziewać się muzyki rodem z klasycznych westernów. Gry osadzone w tych realiach nie cieszą się zbyt dużą popularnością. W większości są tytułami niedopracowanymi. Sytuacja jest na tyle zła, że niektórzy mówią o klątwie (podobnie jest z grami osadzonymi w Wietnamie). Osobiście będę trzymał kciuki, aby Desperados 2 był tytułem, co najmniej udanym, aby ktoś z Polski się nim zainteresował, bo obecnie brak tego tytułu u jakiegokolwiek wydawcy.
Przedstawiłem Wam drodzy czytelnicy 9 potencjalnych hitów, 9 asów ATARI, które będziemy chwalić/zaklinać już niedługo. Znakomita większość tytułów prezentuje się naprawdę dobrze, część budzi wątpliwości, ale każda z nich ma w sobie coś wyjątkowego. Coś, co być może przykuje nas do monitora w mokre jesienne i mroźne zimowe wieczory. Nam graczom pozostaje jedynie oczekiwanie.
http://www.uk.atari.com/
djsound































