» DeDark | czwartek, 26-4-2007 3:52 |
|

Do kiosków i hipermarketów w całym kraju trafiła kolejna polska produkcja. Poprzednie zebrały różne recenzje: jedni narzekali, drudzy się śmiali, ale (prawie) nikt nie chwalił. Jak będzie tym razem? Czy to utrata tytułu Terrorist Takedown oznacza utratę wad? Przekonajmy się.
Code of Honor to gra praktycznie pozbawiona fabuły. Nie ma tu nawet ani jednego przerywnika filmowego. Wcielimy się w Claude’a Boulleta, żołnierza francuskiej legii cudzoziemskiej i w jego skórze wylądujemy w Afryce. Naszym zadaniem jest rozgromienie rebelii i przywrócenie pokoju na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Nie ma tu patetycznej historii, żadnych zwrotów akcji, a całość to po prostu osiem operacji (misji) zbliżających nas do zwycięstwa. I bardzo dobrze! Mam po dziurki w nosie ratowania świata przed terrorystami mającymi bombę atomową, mutanty w laboratorium i czołg w stodole. Zadania, które wykonamy są zróżnicowane pod względem celów, ale identyczne jeśli chodzi o ich realizację. Wszystkie sprowadzają się do strzelania do wszystkiego co się rusza. Mówiąc krótko – odlschool pełną gębą! Niestety niektóre misje są kompletnie nieprzemyślane. Na przykład operacja numer 7, w której pojeździmy sobie łazikiem na miejscu strzelca. Autko się zatrzymuje, a my musimy na piechotę, samodzielnie oczyścić cały obóz znajdujący się przed nami. Po oczyszczeniu wracamy i jedziemy dalej. Dziwne, przecież pojazd z karabinem jest lepszy niż zwykły piechur. Inny przykład z tej samej misji – kierowca łazika mija znak ostrzegający przed minami o metr i oczywiście wjeżdża na jedną z nich. I to nie jest błąd, tak ma być! Przecież to głupie. Co taki ślepak robi w legii? (litościwie pomijam pytanie: „po co zakładać miny na środku pustyni?”). Ostatnie zadanie jest jeszcze lepsze. Bohater w pojedynkę oczyszcza bazę przeciwnika w czasie gdy sojusznicy robią… no właśnie – nic nie robią! Leżą sobie na piasku schowani za samochodem. Co więcej, finałowa misja rozpoczyna się efektownym bombardowaniem. Wielka szkoda, że nie rozgrywa się w środku nocy: ciemność, noktowizor, obóz przeciwników i karabin snajperski (kaliber 50) To jest to! Może w następnej grze? Ukończenie całości na poziomie normalnym (bo jest jeszcze trudny) zajmuje około 4-6 godzin. Z jednej strony to mało, ale z drugiej jak dla mnie w sam raz. Co za dużo, to nie zdrowo.
Każda z 8 misji rozgrywa się gdzieś na pustyni. Projekty lokacji są słabe. Wybaczcie ale małe miasteczko otoczone pustynią ciągnącą się po horyzont wygląda co najmniej dziwnie. Jeszcze dziwniej wygląda napis „shop” na sklepie. To Afryka a nie USA. Autorzy chwalą się, że pola bitwy odwzorowano na podstawie zdjęć satelitarnych. Jeśli to prawda to zastanawiam się po co to robili? Autentyczne miejsca, przerobione na piksele uznał bym za zaletę w przypadku znanych miast czy charakterystycznych lokacji. A tak, to jedynie ciekawostka. Ograniczenia typu drut kolczasty wytyczają jedyną słuszną ścieżkę i niestety, ale są widoczne (to znaczy - „czuć” że ktoś wcisnął je na siłę, żeby zatrzymać gracza). Co prawda nie ma magicznych, niewidzialnych ścian, ale jeśli wyjdziemy poza obszar, zostaniemy nagrodzeni napisem „porażka”. Druga sprawa to skrypty – są w każdej grze, ale tu „czuć” ich obecność. Na przykład – dopóki nie założymy ładunku na kadłubie samolotu mamy spokój. Naciskamy „X” i nagle nie wiadomo skąd zbiera się chmara przeciwników. W jednej z misji, skradając się za chałupą zauważyłem grupę przeciwników. Jakimś cudem mnie nie widzieli (a powinni). Gdy zrobiłem kilka kroków, nagle wszyscy jak jeden mąż rzucili się na mnie. Musiałem przekroczyć „magiczną linię” aktywującą skrypt. Jedyną „miejscówką”, która przypadła mi do gustu jest niewielkie lotnisko. Wyglądało naprawdę dobrze, a walczy się tam jeszcze lepiej. Skoro wiemy gdzie i z jakiej okazji, sprawdźmy do kogo i z czego sobie postrzelamy. Na drodze do zwycięstwa znajdziemy kilkanaście modeli broni: zaczynając od noża, poprzez pistolet, trzy karabiny maszynowe, dwa snajperskie, na dwóch wyrzutniach RPG kończąc. Autorzy mają u mnie wielkiego plusa za możliwość „przyłożenia broni do oka” i celowanie za pomocą muszki i szczerbinki. Jak widać, na brak „zabawek” nie można narzekać. Nie wiem na ile są realistyczne, ale strzelanie z nich sprawia mnóstwo frajdy, a o to przecież chodzi. Popularny „kałasz” sprawdza się wyśmienicie. Jedyne do czego się uczepię to karabin snajperski – czasami miałem przeciwnika „na muszce”, a nie trafiałem. A właśnie, przeciwnicy… Ech, nie mogę ich pochwalić za nic.
AI to jakaś kpina, o której można by napisać całą książkę. Ja ograniczę się do kilku przykładów. Jeden z niemilców wybiega prosto na mnie, stoimy twarzą w twarz a on… rzuca granatem (daleko). Większą krzywdę zrobił by nabijając mi nim guza. Przykład numer dwa. Stoi sobie dwóch panów. Nagle jeden z nich, dorabia się dodatkowej dziury pomiędzy oczami i z wrażenia pada martwy. Drugi… stoi jak stał. Jedną z najśmieszniejszych rzeczy jest nieustanne strzelanie w miejsce, w którym ktoś zobaczył gracza. To nic, że nie ma mnie tam od pięciu minut (bo wyszedłem zza tego płotka ukradkiem). Przeciwnik nadal radośnie strzela. Po co, naprawdę nie wiem. Rebelianci uzbrojeni w strzelbę nie podejdą do gracza, ale będą „walić” z dużej odległości. Oczywiście bezskutecznie. Rzucanie kolegom granatów pod nogi to normalka, tak jak i chowanie się za beczkami pełnymi czegoś łatwopalnego. Kilka razy przeciwnik schował się za taką „BUM-beczką” i… przypadkiem sam w nią strzelił wysadzając się w powietrze. To jakieś nowoczesne sepuku? Spostrzeganie gracza, także jest niedopracowane. Mogą cię wypatrzyć z 200-300 metrów, ale i nie zauważyć z…10. Oczywiście każdy przeciwnik, nawet w grupie działa indywidualnie ale przymknę na to oko – to w końcu gra budżetowa.
CoH powstała na silniku Chrome dzięki czemu jak na dzisiejsze standardy wygląda bardzo dobrze. Nie będę się rozpisywał, bo od ukazania grafiki są screeny, prawda? Niestety, ale musiałem zrezygnować z najwyższych możliwych detali. Nie wiem czy to wina słabej optymalizacji, czy może silnika. Fakt jest faktem, że gra zaczynała zwalniać z każdą kolejną minutą! Na początku było płynnie, 30 minut później zaczynała się krztusić. Po kolejnych 10 musiałem uruchomić ponownie grę. Najnowsze produkcje przyzwyczaiły nas do coraz to lepszej fizyki. Ta z CoH jest praktycznie zerowa. Rag-doll to raczej gag-doll, bo wierzcie mi lub nie – przeciwnicy potrafią rozbawić pozami przyjmowanymi po śmierci. Jeden z nich zawisł nawet pod „sufitem”. No, ale to w końcu budżetówka. Część „dźwiękowa” jest zaskakująco dobra. Wszystko począwszy od wybuchów, przez „odgłosy świata”, na wystrzałach skończywszy trzyma wysoki poziom. AK-47, który był moją ulubioną „zabawką” brzmi znakomicie. Muzyka, którą usłyszymy w trakcie gry robi swoje. Szkoda, że pojawia się tylko w wybranych momentach. Gra została wydana w polskiej, kinowej wersji językowej. Niestety znalazło się kilka wpadek. Nazwy operacji (misji) są angielskie. To samo tyczy się pojazdów, które nadal „nazywają się” vehicle. Poza tym nie zauważyłem, większych błędów. (bo jestem niestety „słuchowcem”) CoH można kupić w kioskach oraz hipermarketach. Do naszej redakcji dotarła ta druga „edycja”. Za 20zł dostaniemy grę zamkniętą w standardowym „filmowym” pudełku DVD. Instrukcji brak. Wersja z kiosku jest sprzedawana w opakowaniu typu „slim”. Co ciekawe, na płycie znajdziemy jeszcze jedną grę – „celowniczek” Rajd na Berlin. Zostanie ona odblokowana po wypełnieniu ankiety. Moim zdaniem to bardzo dobry pomysł. O grze może wypowiedzieć się każdy, nie tylko redaktor portalu czy czasopisma.
A teraz coś z zupełnie innej beczki. W czasie gdy pracowałem nad recenzją, dowiedziałem się, że autorzy zakupili licencję na silnik Jupiter EX . Do tej pory powstało na nim dwie gry: FEAR oraz Condemned. Pierwsza polska produkcja, oparta na tej technologii trafi do sklepów (i kiosków?) jeszcze w tym roku. Z przyjemnością położę na niej swoje „recenzenckie” łapy.
Pora na podsumowanie. Spodziewałem się najgorszego, a tym czasem okazuje się że Code of Honor nie jest takie złe. Ba, jest naprawdę dobre! To kolejna gra, o której można powiedzieć: lekka, łatwa i przyjemna. Biorąc pod uwagę oprawę audio/video, modele broni, niewielkie problemy techniczne, grywalność oraz fakt, że to gra budżetowa miałem zamiar wystawić jej naprawdę wysoką ocenę. Mogło to być nawet 7/10! (Za co? Za wciągający „oldschool” czyli nieskrępowaną niczym rozwałkę). Mogło być, ale nie będzie. Wszystko przez, koszmarne AI, za które obcinam całe dwa punkty. Nie liczę na cud i rewolucję, ale bez przesady… zombie mają więcej rozumu niż rebelianci z tej gry. Całe szczęście, że potrafią przynajmniej jako tako strzelać i rzucać granatami. Podsumowując moje podsumowanie powiem tak: to całkiem niezła gra. Za 20zł zagrać można, ale czy trzeba? Odpowiedź na to pytanie poznasz grając w demo.

Składam podziękowania za współpracę firmie City Interactive
Paweł “djsound” Jankowski




























maj 1st, 2007 o 17:32
Witam.
Moim zdaniem autor jest sponsorowany.
Wczoraj zacząłem i skończyłem grę. Już odinstalowałem i odradzam instalowanie.
Powody:
1. Gra bez fabuły
2. Ktokolwiek grał w “Return to Castle Wolfenstein” wie, jak wygląda gra oceniana na 7/10. Ta ocena jest aktualna także dzisiaj. Code of Honor, mimo że wydana ponad 5!!!!! lat po niej nawet jej do pięt nie dorasta. Graficznie, muzycznie, realnością wyposażenia.
3. Zajmuje tyle samo miejsca co Wolfenstein, będąc wielokrotnie krótsza.
4. W grze są dziury. Wychodząc w ostatniej misji z hangaru przez dach (między beczkami) nie ma możliwości otwarcia hangaru z bombą. Autorzy nie przetestowali nawet odpowiednio gry przed jej wypuszczeniem na rynek.
Za 20zł można mieć 6 browarów i zostanie na tanie chipsy. To lepszy sposób na wydanie tych pieniędzy.
Pozdrawiam
mkeruj
maj 1st, 2007 o 19:44
Zerknij na ocenę końcową. Nie wiem czy ktoś chciałby płacić za ocenę 5/10…
maj 1st, 2007 o 19:53
Jako autor sponsorowany muszę coś napisać :)
1.Wiele gier nie ma fabuły i jakoś nikt nie narzeka. Moim zdaniem FPS nie musi mieć fabuły godnej Unreala czy Half Life żeby bawić.
2.A ile kasy na stworzenie gry mieli autorzy Wolfensteina? I ile przeznaczyli na to czasu? Hmm? Oceniając grę wziąłem pod uwagę niskobudżetowość tytułu.
3. Dodatek do HL2 - Episode One zajmuje jeszcze więcej i jest jeszcze krótszy. Czy to oznacza że jest do (_!_)?
4.Oczywiście Wolfenstein był grą bezbłędną. Dziś płyta matka jest przetrzymywana siedzibie Generalnej Konferencji Miar i Wag jako wzorzec bezbłędnego programu rozrywkowego. Z tego co wiem to stoi dwie półki na lewo obok wzorca metra.
A tak na serio. Czy gdybym był sponsorowany, pisałbym o wadach? I czy zabrał bym całe dwa punkty za AI? A tak zupełnie na koniec. Coh MÓGŁ dostać 7/10 ale nie dostał. Ocena to 5/10 o czym zresztą napisałem, ale widać że nie doczytałeś :(
maj 3rd, 2007 o 15:07
To jeszcze raz ja.
Hmmmm…
Raz podkreślasz, że brałeś pod uwagę niskobudżetowość, a potem porównujesz do HL… Jak widać kryteria się zmieniają w zależności od cechy ocenianej.
MOIM zdaniem ocena 5/10 to i tak o połowę za dużo.
Wiem, że złośliwa ze mnie menda i czepiam się może szczegółów, ale w kilka gier zdążyłem już zagrać. Oceniam je teraz trochę inaczej niż 10 lat temu, kiedy wystarczało mi, że cokolwiek ruszało się na ekranie, a między ustawieniami Hi lub Low nie widziałem różnicy. Jeśli już coś instaluję i poświęcam temu mój czas, nie chcę, żeby to było byle co. A reklamuje się tą grą jako hit sezonu, wspaniałą polską grę. A puszcza się prawie amatorską produkcję.
Kończąc polemikę:
Po tak szeroko reklamowanej grze i dobrze zapowiadanej fabule spodziewałem się czegoś duużo lepszego. Ale tak to już bywa z reklamami.
Czekam teraz na S.T.A.L.K.E.R.`a
Chyba się nie zawiodę…
mkeruj
maj 3rd, 2007 o 16:53
Do dyskusji o stalkerze zapraszam tu: http://www.voodooguild.com/forum/index.php?topic=179.0
Tam też znajdziesz opinie tych, co już grali.