» DeDark | piątek, 27-7-2007 11:15

Zakładam, że każdy z Was drodzy czytelnicy z mniejszym, bądź większym entuzjazmem wyczekuje premiery najnowszej odsłony cyklu Medal of Honor. Cóż, nie oszukujmy się, Airborne jest przecież jedną z najlepiej zapowiadających się produkcji, które na przestrzeni najbliższych miesięcy zawitają w czytnikach naszych konsol i pecetów. Niemal pewnym jest, że nowa gra koncernu Electronic Arts będzie prawdziwym skokiem jakościowym w dziedzinie wojennych first-person-shooterów. Niestety do jej premiery zostało jeszcze całkiem sporo czasu, a wielu fanów FPS-ów (w tym i ja :P) wręcz nie może się doczekać nowego programu sygnowanego szyldem Medal of Honor. By osłodzić im (nam :) czas oczekiwania, EA wydała jakiś czas temu Medal of Honor: Vanguard – grę będącą poniekąd ekspozycją tego co przyniesie Airborne, a także pożegnaniem serii z konsolami starej generacji. Czy będzie to warte zapamiętania rozstanie? Czy też produkcja EALA (Electronic Arts Los Angeles) przeminie bez większego odzewu ze strony posiadaczy popularnej „czarnulki”?

Parafrazując słowa Dwighta Eisenhowera (dla śpiących na lekcjach historii – 34. prezydenta USA), od samego początku nie wierzyłem w sukces Vanguard. Zamieszczone na oficjalnej stronie internetowej gry opisy, już na pierwszy rzut oka wydały mi się mocno przesadzone, by nie powiedzieć – śmieszne. Niespotykany realizm rozgrywki, spektakularne efekty graficzne no i oczywiście zaawansowany system sztucznej inteligencji – aha, skądś to znam… Tak czy inaczej, do MoH: V podszedłem bez większego entuzjazmu, spodziewając się kolejnego przeciętniaka, któremu odwdzięczę się za stracony nań czas w trakcie pisania recenzji. I wiecie co? Cholernie się pomyliłem! No, ale zacznijmy od początku.

Nazywają nas prawdziwymi amerykanami…
Amerykańska 82. dywizja powietrznodesantowa (ang. 82nd Airborne) jest jedną z dwóch najstarszych, a zarazem najsłynniejszych formacji spadochronowych Armii Stanów Zjednoczonych. W przeciwieństwie do popularnej za sprawą serialu „Kampania Braci” - „Sto Pierwszej”, spadochroniarze wchodzący w skład „Osiemdziesiątej Drugiej” wzięli udział we wszystkich alianckich operacjach powietrznodesantowych podczas drugiej wojny światowej. Fabuła Vanguard pozwala nam poznać historię jednego z nich – kaprala Franka Keegana. To właśnie z nim przeniesiemy się do ogarniętej międzynarodowym konfliktem Europy by po raz wtóry dać lekcję wojennego rzemiosła żołdakom państw Osi.

Akcja gry rozpoczyna się w nocy z 9 na 10 lipca 1934 roku, inwazją wojsk alianckich na Sycylię. Nazwa kodowa – Operacja Husky. 82. dywizja spadochronowa nie ma żadnego doświadczenia bojowego. To jej pierwszy skok w warunkach bojowych, swoisty chrzest ogniowy. Ze względu na niesprzyjające warunki pogodowe (silny wiatr) i złą komunikację wewnętrzną (część okrętów biorących udział w inwazji otworzyła ogień do własnych samolotów) wielu spadochroniarzy zginęło zanim jeszcze dotarło do miejsca zrzutu. Niewiele brakowało, by taki los nie spotkałby naszego alter ego…

Niesamowity początek
Po przebrnięciu przez schludnie wykonane menusy, zadeklarowaniu poziomu trudności (trzy stopnie: Rekrut, Weteran i Elita) oraz obejrzeniu krótkiego, acz niesamowicie klimatycznego filmiku wprowadzającego możemy rozpocząć rozgrywkę. Zaczynamy na pokładzie samolotu transportowego Douglas C-47 Skytrain, znanego powszechnie pod nazwą „Dakoty”. Początkowo lot przebiega w miarę spokojnie, jednak jak to często bywa w tego typu grach, nasz „powietrzny pociąg” (*) obrywa, a my wraz z kilkoma innymi szczęśliwcami, którym również udało się ujść z życiem, wyskakujemy (a raczej zostajemy „wywiani”) z płonącego wraku. Od tego momentu gra jest nasza!

Zaczynamy od zorientowania się z grubsza w sytuacji panującej na ziemi. Następnie upatrujemy sobie miejsce lądowania. Bezpieczne strefy zostały oznaczone czerwonymi i zielonymi świecami dymnymi. To właśnie w te miejsca powinniśmy się kierować. Jeżeli jednak z jakichś względów wolimy spaść z nieba bezpośrednio na stanowiska ogniowe wroga, to droga wolna! Tylko nie ma co liczyć na pobłażliwość ze strony oponentów. Czy to szwab czy makaroniarz, pierwej potraktuje nas serią z MP40, niż zapyta jak tam zdrówko. Nie muszę chyba wyjaśniać, czym skończy się zaaranżowane w ten sposób spotkanie trzeciego stopnia z kilkudziesięcioma pociskami kaliber 9 x 19 mm, prawda?

(*)Skytrain z ang. „powietrzny pociąg”

Kill me if you can
No niezupełnie, gdyż tym razem twórcy postanowili w nieco inny sposób przedstawić problem życia, śmierci i powrotu z zza światów naszego bohatera. Znany z poprzednich części cyklu pasek z życiem oraz porozrzucane po mapach apteczki zastąpiono rozwiązaniem typowym dla ostatnich części konkurencyjnej serii Call of Duty. Jest to bez wątpienia dość kontrowersyjne posunięcie, które co by tu nie mówić, nie wszystkim musi się spodobać. Mnie na przykład bardzo przypadło do gustu. Polegając wyłącznie na własnym odczuciu (tudzież pulsującym na czerwono ekranie) zwyczajnie bardziej się pilnujemy. Nie wiemy czy następny celny strzał przeciwnika nie okaże się śmiertelny. Nie mamy szans na podniesienie zbawiennej apteczki. Tylko od naszych umiejętności zależy czy uda nam się przeżyć. Wierzcie mi lub nie, ale w takich chwilach ilość produkowanej przez nadnercza adrenaliny gwałtowanie wzrasta!

Mądry czy głupi Niemiec?
Skutków ubocznych jej nadmiaru jednak nie ma co się obawiać. Głównie ze względu na SI konsolowych przeciwników, która - jak na grę wydaną w 2007 – jest co najwyżej średnia. Oponenci nie popełniają może jakichś kardynalnych błędów, ale jednocześnie daleko im do swoich odpowiedników z takiego powiedzmy CoD 2. Dla przykładu bardzo często podczas przeładowywania broni zapominają się schować – w efekcie tylko nieliczni dożywają „drugiego magazynka”. Niestrasznie im są także granaty, których to zdają się w ogóle nie zauważać. Swój wybrakowany intelekt nadrabiają jednak zgodnie ze starą zasadą: „w kupie siła”.

Dla odmiany zadziwiająco dobrze spisują się wojacy z drużyny kaprala Keegana. Umiejętnie ostrzeliwują pozycje wroga, korzystają z przeróżnych zasłon terenowych, a także bez przerwy i do tego jak najbardziej z sensem „nawijają”. O tym, że w oknie pobliskiego budynku widać dwóch Niemców, że nieopodal „zakampował” snajper, którego wypadłoby zdjąć, dosłownie o wszystkich, co się wokół nich dzieje. Po prostu cud, miód i orzeszki!

Tommy gun czy MP40?
Dostępny w grze arsenał również prezentuje się bardzo dobrze. Postrzelać możemy m.in. z popularnego Tommy guna, MP40, M1 Garand, Kar98k, StG44, a także Bazooki. Do tego dochodzi jeszcze możliwość modyfikowania broni, np. montowanie lunet do karabinów czy magazynków o zwiększonej pojemności. Wszystko byłoby OK, tyle tylko, że zdobyte przez nas ulepszenia w dziwnych okolicznościach znikają wraz z pierwszym ekranem wczytywania. Co za tym idzie, po każdym zaliczonym etapie zabawa w poszukiwanie upgrade packa zaczyna się na nowo…

Nic idealnego
Generalnie cała rozgrywka mnie zauroczyła. Jest kilka słabszych momentów (vide etap w którym w pojedynkę musimy odesłać na tamten świat kilku doskonale ukrytych snajperów), ale ogólnie całość trzyma bardzo wysoki poziom. W zasadzie za jedyną poważniejszą wadę gry można uznać długość kampanii dla pojedynczego gracza. Całość na średnim poziomie trudności można zaliczyć w ciągu (uwaga!) jednego, a w porywach dwóch wieczorów. To stanowczo za mało, szczególnie biorąc pod uwagę kwotę jaką trzeba zapłacić za nową produkcję EALA. No cóż, zawsze pozostaje możliwość powtórzenia rozgrywki na wyższych poziomach trudności. Twórcy zadbali o to, by charakter gameplaya był możliwie jak najbardziej zróżnicowany, toteż kilkukrotne podchodzenie do gry nie nudzi. Ja sam ukończyłem Vanguarda trzy razy (na wszystkich poziomach trudności) i zrobiłbym to pewnie jeszcze raz, gdyby tylko nie ten nieszczęsny brak czasu…

Niebo w ogniu
Wizualna strona programu także daje radę. To co wycisnęli graficy z poczciwego Playstation 2 jest po prostu niesamowite. Wszystko począwszy na niesamowitych refleksach świetlnych, poprzez monumentalnie doskonałe wybuchy, po cudne niebo, zostało zrealizowane tutaj z należytą pieczołowitością i dbałością o detale. Modele żołnierzy obu stron są naprawdę ładne, a wszelkie efekty specjalne, takie jak ogłuszenie i zawroty głowy towarzyszące wszelkiej maści wybuchom i eksplozjom, dosłownie ścinają z nóg.

Na tle grafiki jeszcze lepiej wypada oprawa audio. Potęgowane przez kapitalną ścieżkę dźwiękową trzaski broni, huki wystrzałów, a także wykrzykiwane po angielsku, niemiecku, a w początkowych fazach gry także i włosku, rozkazy zlewają się w jeden bitewny gwar przyciągający do telewizora i niepozwalający się od niego oderwać przez długie, długie godziny. GENIALNE!!!

Dulce et decorum est pro patria Mori (*)
Cóż mogę napisać na zakończenie tej recenzji, jeśli nie to, że gra jest ze wszech miar godna polecenia. Zarówno zatwardziali fani serii, jak i zwykli gracze powinni być zadowoleni. Fakt – jest krótka, a niektóre jej aspekty (np. SI oponentów) lekko niedomagają. Niemniej jednak, jeżeli potraktujemy ją jako relaksującą strzelankę, błędów tych na dobrą sprawę nawet nie zauważymy. Naprawdę warto dać jej szansę!

(*) Słodko i zaszczytnie jest umrzeć za ojczyznę – Horacy

      

      

      

      

Info:Gatunek: gry akcji / FPS
Oficjalna strona gry: http://www.ea.com/medalofhonorvanguard/
Producent: Electronic Arts: Los Angeles (EALA)
Wydawca: Electronic Arts Inc.
Wydawca PL: Electronic Arts Polska
Cena: 209 zł
Ceneo
Wymagania:
Sony PlayStation 2
Karta pamięci: 8 MB

Składam podziękowania za współpracę firmie Electrionic Arts Polska

Krzysztof “Havret” Cebula

Podyskutuj na forum


« Nowa płyta główna VIA Nano-ITX Nic dodać nic ująć - LC85 »

1 komentarz do “Medal of Honor: Vanguard”

  1. zalak napisał:

    No ładna recenzja, trzymaj tak dalej!!

Zostaw komentarz