» DeDark | wtorek, 21-8-2007 23:48 |
|

„Witaj w Wietnamie!” zdaje się krzyczeć wielki napis z tyłu opakowania. Z przodu niska cena zachęca do kupna. Tak moi drodzy, kolejna gra City Interactive na silniku Chrome ujrzała światło dzienne. Pozostaje jedno pytanie - czy warto wydać 20 zł na kilka godzin biegania po dżungli?. Odpowiedź znajdziecie na drugim końcu niniejszej recenzji.
The Hell in Vietnam to kolejny po Legii Cudzoziemskiej odcinek serialu „po trupach idiotów do celu”. Spotkałem się nawet z opinią, że ekipa CI opracowała program w stylu barowego shakera. Wybieramy realia (pustynia, II wojna światowa etc), 10-15 modeli broni, 8-10 map… intensywnie mieszamy, nagrywamy na płytę, doprawiamy pudełkiem i posyłamy do kiosków. No cóż, trochę to złośliwe, ale coś w tym jest. Jeśli graliście w Wojnę w Kolumbii, Tajne Operacje czy Legię Cudzoziemską poczujecie się jak w domu. Wymienione tytuły są niemal identyczne. Po raz kolejny dostaniemy kilka – w tym przypadku osiem misji, kilkanaście „pukawek” oraz całą armię mięsa armatniego, które trzeba nafaszerować ołowiem. Jak nie trudno się domyślić, akcja rozgrywa się w objętym wojną Wietnamie. Nasz bohater z pomocą kilku kumpli ma przechylić szalę zwycięstwa na właściwą (czytaj amerykańską) stronę. I to tyle jeśli chodzi o fabułę. Tak jak w Legii… tak i tutaj przed każdą z misji możemy przeczytać tekstowe wprowadzenie, które „udaje” pamiętnik naszego herosa. Przyznam się szczerze, że niektóre „wpisy” są ciekawe i umilają (niezbyt długie) oczekiwanie na załadowanie poziomu. Niestety w tym momencie zaczyna się moja litania wymieniania wad i niedoróbek.
1. Bo mapy były za wąskie…
Pierwsze wrażenie jest naprawdę dobre. Po uruchomieniu gry trafimy do całkiem ładnego menu głównego, gdzie w tle przygrywa naprawdę znakomity utwór. Pełen nadziei na dobrą zabawę zacząłem grać na jednym z dwóch poziomów trudności. Po przeczytaniu wprowadzenia i kilkunastu sekundach podziwiania paska postępu trafiłem wreszcie do Wietnamu. Las był gęsty, skutecznie ograniczał widoczność i utrudniał zlokalizowanie przeciwnika. Jestem wredny, dlatego zamiast iść wytyczoną trasą postanowiłem zwiedzić okoliczne krzaki. Niestety po góra 3-4 metrach trafiłem na paskudną, płaską (!) ścianę z drzew. I tak oto szlag trafił uczucie „bycia tam”. Takie rozwiązanie to strzelanie sobie samobója! Po pierwsze rujnuje klimat, po drugie utrudnia walkę, po trzecie ma druzgocący wpływ na grywalność. Oczywiście zdarzają się nieco większe mapy, ale i tak są (za)bardzo ograniczone. W recenzji Legii… narzekałem, że widać elementy wyznaczające jedyną słuszną trasę. Tutaj jest jeszcze gorzej. Decydując się na Wietnam autorzy – moim zdaniem – popełnili błąd. Trudno oddać duszny klimat jaki panuje w dżungli. Nie bez powodu mówi się o klątwie wietnamskich gniotów.
2. Bo klimat gdzieś wyparował…
Jedną z największych wad jest właśnie brak „wietnamskiego” klimatu znanego z filmów. (emocjonalna pustka). Kilka drzew, karabin m-16 i śmigłowiec to za mało by wzbudzić uczucie osaczenia, niepewności i zagrożenia. Na pudełku można przeczytać o pułapkach zastawianych przez żołnierzy Vietcongu. Gdy zobaczyłem jedną z nich nie wytrzymałem i ryknąłem zdrowym, donośnym śmiechem. Tylko Stępień z 13 Posterunku mógłby jej nie zauważyć. Zresztą popatrzcie na screeny. Idziemy dalej.
3. Bo AI pojechało na wakacje…
Jak być może pamiętacie, obniżyłem ocenę Legii o dwa „oczka” za samo AI. Niestety, po raz kolejny mamy do czynienia z kretynami, których jedyną siłą jest liczebność oraz – i tu nowość - olbrzymie ilości granatów rzucanych w naszą stronę. Autorzy chcieli dobrze, ale mówiąc krótko przegięli. Każdy Wietnamczyk to tak naprawdę hurtownia granatów. Starcie z 10 przeciwnikami wygląda jak bitwa pancerna (ewentualnie nalot dywanowy). Eksplozjom nie ma końca, a klaustrofobiczne lokacje sprawiają, że nie ma gdzie uciekać przed wybuchami. Bardzo często w trakcie odwrotu wpadałem na „ścianę” co kończyło się podziwianiem ekranu z napisem „porażka, zginąłeś”. Nasi przeciwnicy nauczyli się także strzelać na oślep zza przeszkody. Uznał bym to za zaletę gdyby mały „szczegół” - strzelając w ten sposób są równie skuteczni, a momentami nawet lepsi niż gdyby strzelali „normalnie” (to znaczy celując). Gdyby zamknęli oczy mogli by pewnie trafić z kilometra komara siedzącego na drzewie. Pozostałe wady są takie same jak w przypadku Legii. Mówiąc krótko: głupota, ślepota i sokoli wzrok. Ktoś mógłby powiedzieć, że dwie ostatnie wady wzajemnie się wykluczają. Tak się składa, że raz nas zobaczą ze 100 metrów, a innym razem nie widzą gdy stoimy tuż obok. Pomijam już takie „przemyślane” ataki jak wyskoczenie zza krzaka na środek drogi (czytaj – wystawienie się do odstrzału). Najlepsze jednak przed Wami. W jednej z misji musiałem zajść od tyłu i zlikwidować dobrze ukrytego snajpera. Czujecie ten dreszczyk emocji? Ja czułem… dopóki nie wystawiłem się przypadkowo na ostrzał. Strzelec, ponoć wyborowy zastrzelił jednego z moich ludzi (filmik na silniku gry) a potem nie robił zupełnie nic. Nie strzelił nawet gdy stanąłem na środku, podany jak na tacy! W części misji towarzyszą nam sterowani przez komputer sojusznicy. Co prawda potrafią celnie strzelać, nie gubią się… ale to ich jedyne zalety. Najbardziej denerwowało mnie ciągłe wbieganie na linię ognia i blokowanie drogi. Całe szczęście, że nie da się zastrzelić kumpla (broń się „blokuje”). Zginął by przypadkiem z moich rąk już w pierwszej misji. Aha – żeby nie było niedomówień. Nie mamy żadnego wpływu na to co robią. Zapomnijcie o wydawaniu jakichkolwiek rozkazów.
4. Bo zabrakło szlifowania…
The Hell in Vietnam pęka w szwach od najróżniejszych drobnych niedoróbek. Pomijam już „standardowo” dziwny rag-doll czy przenikanie się obiektów. To drobnostki w porównaniu do innych bugów. Jedną z pierwszych rzeczy, które sprawdziłem jest to, czy można strzelać przez ściany. Okazało się że nawet te sklecone z liści i bambusa są kuloodporne. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie gdy pewien pan zastrzelił mnie przez betonową ścianę oraz metalową podłogę balkonu! I nie był to odosobniony przypadek. Bardzo często kule przeciwnika w jakiś magiczny sposób przenikały przez ściany. Moje już nie. Kolejnym niedopracowanym elementem jest wchodzenie po drabinach. Przyznaję z ręką na sercu – od lat nie widziałem tak frustrującego wspinania się. Trudno to opisać. To trzeba zobaczyć i poczuć na własnej skórze. Do niedawna problemem było także wieszanie się gry, które eliminuje wydany zaraz po premierze patch. Mimo, że problem nie istnieje(?) wezmę go pod uwagę przy wystawianiu oceny.
5. Bo optymalizacja… zaraz, zaraz. Jaka znowu optymalizacja?
Nie mógłbym nie wspomnieć o fatalnej optymalizacji. Geforce 7800GS, procesor 2.2GHz oraz 2GB pamięci RAM nie pozwala na zabawę w pełnych detalach. Ba, nawet na średnich się „zacina”! Nie muszę chyba tłumaczyć jaki wpływ na grywalność ma nagły spadek płynności? Moim zdaniem to kolejny po „ścianach”, dobry powód do odstawienia dżungli na bok w przyszłych projektach.
6. Bo to już jest koniec, nie ma już nic…
…do czego mógłbym się przyczepić. Omawiana gra, podobnie jak Legia Cudzoziemska miała świetny punkt wyjścia: porządną grafikę, równie dobrą oprawę audio oraz grywalność zbudowaną na starej, dobrej zasadzie „zabij wszystko co się rusza, zanim wszystko co się rusza zabije ciebie.” Nie zrobimy tego gołymi rękami, prawda? Do naszej dyspozycji oddano kilkanaście modeli autentycznych broni. Znajdziemy wśród nich kilka karabinów, „snajperkę”, granaty czy wytłumiony pistolet. Nie jestem specem ani wielkim miłośnikiem militariów więc nie mogę powiedzieć na ile są realistyczne, ale jako gracz powiem Wam, że przyjemnie się z nich strzela. A to jest najważniejsze. Walki są intensywne, a dłuższe przerwy na odpoczynek to prawdziwa rzadkość. Poziom trudności jest nieco wyższy niż w Legii, dzięki czemu gra jest bardziej wymagająca. Nie jestem pewien, ale autorzy wprowadzili chyba system krwawienia podobny do tego z Call of Duty 2. Po postrzale będziemy odnosić obrażenia dopóki nie kucniemy w spokojnym miejscu. Jak to możliwe, że autor recenzji nie jest czegoś pewien? Możliwe – wystarczy, że zabraknie instrukcji, która mogła by to potwierdzić. Nigdy nie wiedziałem czy tracę zdrowie przez „system” czy może po prostu kolejna kula dosięgła mnie przez ścianę. Muzyka, którą usłyszymy w trakcie zabawy może i nie jest arcydziełem, ale znakomicie wywiązuje się ze swojej roli. Aha – gra robi świetny użytek z dźwięku przestrzennego i EAXa. Nie jest to poziom HL2 czy Myst V, ale nie mógłbym nie zaliczyć tego na plus.
7. Bo autorzy liczą się ze zdaniem graczy?
Grając w The Hell in Vietnam odniosłem wrażenie, że ekipa CI bierze na poważnie sugestie graczy. Od dłuższego czasu możemy wyrażać swoje zdanie o danej grze w ankiecie za co dostaniemy kod do bonusowej gry. (tym razem – celowniczek Rajd na Berlin). Oczywiście skorzystałem z niej i w telegraficznym skrócie wymieniłem wady Legii Cudzoziemskiej: „vehicle” zamiast „pojazd”, brak przerywników filmowych oraz brak jakiegokolwiek menu włączającego się po włożeniu płyty (od razu uruchamiał się instalator). W omawianej grze jest już tak jak być powinno. Za każdym razem wita nas proste, ale użyteczne menu. Koniec zabawy w „czy na pewno chcesz przerwać instalację? Tak. Instalacja nie została…” Resztę znacie. Teraz wystarczy nacisnąć na „graj”. W trakcie wykonywania misji zobaczymy kilkanaście (bardzo) krótkich filmików, które najczęściej ukazują nadlatujący śmigłowiec czy atak wspomnianego „genialnego” snajpera. Gdy usiądziemy na miejscu strzelca pokładowego zobaczymy polskie „pojazd” napisane ładną „wojskową” czcionką. Niby nic a cieszy.
8. Bo podsumowania nadchodzi czas…
The Hell in Vietnam, tak jak 99% produkcji wydawanych przez City Interactiwe trafia do graczy w dwóch wersjach. Kioskowej oraz „sklepowej”. Różnią się one jedynie plastikowym pudełkiem, a raczej jego brakiem w przypadku wydania kioskowego. Polskie głosy, które usłyszymy w trakcie zabawy są niestety słabe i wyprane z emocji. Moje uszy miały do czynienia z gorszym (Harry Potter i Zakon Feniksa), ale i lepszym dubbingiem. Nie mógłbym nie wspomnieć o braku jakiejkolwiek instrukcji – chociażby w pdfie. Starzy wyjadacze szybko poradzą sobie bez problemów, ale co z początkującymi graczami?
9. Bo autor nie miał pomysłu na rozpoczęcie zakończenia od „Bo…” :)
Instalując The Hell in Vietnam spodziewałem się czegoś na miarę Legii. Niszowej, zrobionej „na szybkiego”, ale mimo wszystko bardzo przyjemnej gry. Niestety, tym razem zgadza się wszystko… wszystko za wyjątkiem ostatniego - „przyjemności”. Błędy popełniane przez AI, fatalna optymalizacja czy wreszcie zero klimatu sprawiają, że grywalność gdzieś ucieka. Bardzo szybko zastępuje ją nuda i frustracja (przeklęte hurtownie granatów). Wróćmy do pytania, które rozpoczyna niniejszą recenzję. „Czy warto wydać 20 złotych?” Niestety, ale odpowiedź brzmi – NIE.
PS. A co z oceną końcową? Ładna grafika, porządna oprawa audio i w miarę bezproblemowe działanie dają w sumie „solidną” trójkę. No dobrze… niech będzie, że z plusem.

Składam podziękowania za współpracę firmie City Interactive
Paweł “djsound” Jankowski





















