» DeDark | piątek, 14-9-2007 23:22 |
|

Szybkości wystrzeliwania pocisków z Automatu Kałasznikowa mogą, według nieoficjalnych praw fizyki, dorównać tylko dwie rzeczy – szybkość wypowiadanych słów przez azerskich i ormiańskich handlarzy na bazarach, oraz częstotliwość wydawania na polskim rynku gier budżetowych w jakże atrakcyjnych cenach <20zł. Pierwszym z tych dwóch przypadków jednak nie będziemy się zajmować, gdyż do dziś naukowcy z całego świata badają, co tak na prawdę mówią owi handlarze. Za cyklem wydawniczym budżetówek można jednak nadążyć. Dobra forma i duża doza samozaparcia będą mile widziane. Panie i panowie – nabój numer 2612 – „Black Buccaneer”.
Nabój ten, jak na pierwszy rzut oka widać zaznał w życiu klimatów dalekiego wschodu, oraz równie dalekiej podróży. Nic bardziej mylnego – mamy tu do czynienia z produktem stricte niemieckim, który stara się jednak wmówić ludziom, że Niemcy dobre gry robią. Kula w płot. Dobrze przynajmniej, że nie ślepak, bo za 20 złotych to nie takie szopki widziałem. Zacznijmy jednak od początku.
Jak nie trudno się z wyglądu samej okładki domyśleć gra, która jest obiektem moich dzisiejszych dywagacji, traktuje o tematyce pirackiej. Z domieszką magii Voodoo, żeby było można na tylnej części okładki więcej napisać. I chyba dzięki siłom tej magii oryginał gry, przeznaczony domyślnie na konsole Playstation 2 trafił na półki sklepowe niemal równocześnie z premierą drugiej części filmów o przygodach szalonego Jacka Sparrowa, natomiast konwersja na komputery domowe w okresie, gdy w kinach rządziła trzecia część Piratów z Karaibów. Bo to przecież wcale niezamierzone, prawda? Tym nie mniej, gdy komuś korsarskich wojaży wciąż mało a papuga zdycha z przemęczenia, Black Buccaneer może być lekiem na całe zło. Oj, chyba się zagalopowałem.
Głównych bohaterem całej wędrówki będzie Francis Blade – hiszpański żeglarz i podróżnik, który zasłynął tym, że miał sen. Sen ów był piękny. Na tyle piękny, żeby wymusić na nim odpowiednie działanie. Kto bowiem oparłby się perspektywie posiadania przeogromnych bogactw, ukrytych gdzieś na Karaibach przez niegdysiejszą królową? Co prawda wielu odrzucił by fakt, że wyspa, na której ten skarb został ukryty znana jest tylko z klechd i bajań rozpowiadanych po karczmach całego Nowego Świata a kobieta, do której to wszystko należało miała konszachty z mocą Voodoo. Francis Blade nie jest jednak tchórzem a prawdziwym, odważnym poszukiwaczem skarbów, który z niejednej piersi ciągnął a Jacka Sparrowa uczył wiązać sznurowadła. Kilka wypitych kufli rumu i zwerbowanych kompanów później statek naszego odważnego Hiszpana wyrusza z portu w stronę zachodzącego słońca. Jeżeli ktoś sądzi, że cała wyprawa w szczęśliwych okolicznościach dotrze na tajemniczą wyspę, znajdzie skarb i spokojnie wróci bogatsza o kilka milionów złotych monet nie zna się chyba na kanonie historii pirackich. Sytuacja okazuje się zgoła bardziej dramatyczna, niźli można to było sobie wyobrazić. W skutek sztormu nasz bohater traci całą swoją załogę i statek, zanim trafi na jakikolwiek stały ląd. Później jest już tylko gorzej, bo wrakiem statku nie da się odpłynąć a w ekspansji nowego terenu nikt nie pomoże. Tak się przynajmniej wydaje. Jedynym światełkiem w tunelu jest fakt, że najprawdopodobniej Francis trafił na plaże właściwej wyspy. To taki bonus od losu, żeby nie musiał popełniać samobójstwa. A z nim gracz, bo jeżeli okazałoby się, że na tej wyspie nie ma nic szczególnego, to doszło by do seryjnych zachlastań na terenie całego kraju. Przyjemność z gry jest bowiem dość niska i przy monitorze trzymać nas może jedynie chęć zdobycia skarbu i poznania sekretów magii Voodoo.
Fabuła, jak widać, nie należy do nowatorskich, czy oryginalnych, ale swój urok ma i daje spore możliwości na wspaniałą przygodę. Ale za same drzemiące w produkcie możliwości przecież grze oceny wystawić nie mogę, tym bardziej, że aby potencjał gry wyzwolić trzeba by ją przeprojektować i przeprogramować, albo wysilić swoją wyobraźnie i grać z wyłączonym monitorem. A nuż ktoś ma wtyki u szamana Voodoo? Z początku nie jest jednak wcale źle – ładnie zrobione intro wprowadza nas w klimaty szpad i beczek rumu, oraz dokładnie opisuje całą otoczkę fabularną zostawiając nam możliwość jej dokończenia i skorygowania kilku nieścisłości w historiach powtarzanych przez pijanych piratów w brudnych spelunach. Wydaje się więc, że będzie fajnie – pirackie okrzyki…
Krzyki? Tak… ale tylko z przerażenia, nad wielkością pixeli, które dane nam będzie zobaczyć. Jak gdyby cofnięta w czasie gra ochoczo hula w rozdzielczości 640×480, co z racji konwersji z konsoli telewizyjnej dziwić nie powinno, ale jednak przy pierwszym zetknięciu przypominamy sobie, w co się grało kilka lat temu. Co ciekawe w menu gry nie ma nawet mowy o zmianie opcji graficznych, więc pozostaje nam zagryźć zęby i brnąć w dal wyspy, lub też pobawić się opcjami w zewnętrznym konfiguratorze. Niestety, różne źródła podają różną skuteczność tego zabiegu, co oznacza, że duża część graczy wspomina czasy potopu szwedzkiego na własnym monitorze. Jak nie urok to sraczka – u mnie z kolei nie działało cieniowanie, chyba, że źródłem światła w każdej lokacji były buty Francisa, bo cienie pod sufitem wyglądały, co najmniej komicznie. Odejdźmy jednak, chociaż na moment od spraw technicznych i zajmijmy się samą grą.
Black Buccaneer to zręcznościowa gra akcji z widokiem TPP i naciskiem położonym na odrywanie się od gruntu. Mniej istotna jest tu walka, która, jak na grę z PS2 przystało, przypomina bezmyślną rzeźnie na oślep z zaimpletowanym systemem samo-celowania, którego w istocie nie ma. Od samego początku nasuwa się myśl, jakoby Francis Blade był spokrewniony z Księciem Persji, lub chociaż, jakimś pra-wujem Lary Croft. To, że programiści z Widescreen Games wzorowali się na serii Prince of Persia, czy pierwszych częściach Tomb Raider to mało powiedziane. Black Buccaneer serwuje nam swoistą powtórkę z rozrywki, tylko, że tutaj jest mniej, gorzej i brzydziej. Skakanie między kolumnami, wspinanie się po skalnych blokach, czy zwisanie na małej półce skalnej będzie dla nas chlebem powszednim a osoby nawet obyte z tego typu produkcjami mogą mieć problemy. Wszystko przez to, że w podróży przeszkadzać nam będą przeciwnicy, (o których słów kilka później) i… chaotyczna praca kamery. Naszym bohaterem sterujemy głównie z klawiatury myszką zmieniając ustawienie kamery właśnie, oraz wyprowadzając ciosy. Wykonując akrobacje przy jednoczesnym braku trzeciej dłoni kontrolowanie kamery może być nieco kłopotliwe, zwłaszcza, że program najzwyczajniej w świecie nie nadąża za ruchami bohatera, przez co zamiast widzieć miejsce lądowania, podziwiamy faunę i florę karaibskich wysp. W lichej rozdzielczości. Sprawę ratuje, jako-tako posiadanie pada z gałkami analogowymi. Jeżeli uda się go dobrze skonfigurować.
Jak już wspominałem wcześniej celem w grze jest zdobycie skarbu ukrytego na wyspie, oraz naprawa statku. Już na początku gry mamy przygotowany spis elementów, które musimy znaleźć, aby bezpiecznie i w jednym wrócić do domu. Schody zaczynają się jednak zaraz po tym, gdy wejdziemy w głębsze obszary wyspy. Nie sądziłem, że kiedyś to napiszę, ale jedną z większych wad niniejszego produktu jest… jego niska liniowość i otwartość terenu! Wybaczcie mi tą niespotykaną ekscentryczność, ale szlag mnie trafiał, gdy okazywało się, żeby przejść przez bramę muszę znaleźć coś w lokacji, którą mijałem pół godziny temu i użyć to w lokacji, która jest cholera wie gdzie. Co gorsza, mapa jest w tym wypadku w ogóle nieprzydatna. Znacznie lepiej byłoby ją nieco przeprojektować i wrzucić na ekran gry, zamiast zmuszać gracza do odpalania jest… z poziomu menu. Na późniejszych etapach rozgrywki dojdą jeszcze zadania poboczne, ale i tak wszystko sprowadza się do tego, by iść dalej i skakać w coraz to bardziej wymyślne miejsca. Czasami przyjdzie nam rozwiązać jakąś małą łamigłówkę w stylu przestawienia skrzyń itp., ale mają one na celu bardziej odwrócenie uwagi od wtórności gry, niż wymaganie od gracza logicznego myślenia.
Całkowicie bezmyślnie został zrobiony natomiast system walki. To, że jest to chaotyczna rąbanka można jeszcze przeżyć, ale to, w jaki sposób ową „rąbankę” zrealizowano woła o pomstę. Niekoniecznie do nieba. Nieco pesymistycznie nastraja fakt, że jako pierwszy przeciwnik na drodze stanie nam – goryl, który rzuci się na nas z nieciekawym wav’em na ustach a w momencie śmierci przypomni, jaki dźwięk nie powinien znaleźć się w żadnej grze. „Pikanterii” walkom dodaje fakt, że możemy walczyć tylko z jednym przeciwnikiem jednocześnie, co jest dość niezrozumiałe, zwłaszcza, że Blade macha swoim mieczem, jak łapką na muchy w pokoju pełnym padliny. Oprócz broni białej dostaniemy do zabawy także pistolet, którym rozwalimy kogoś na odległość, ładunek wybuchowy, oraz… amulet Voodoo, który jest jednym z ważniejszych elementów w grze. Dzięki niemu możemy kolekcjonować punkty, za zabitych przeciwników i w razie potrzeby wykupić za nie swoją duszę (wznowienie gry w miejscu zgonu, zamiast powrotu do ostatniego punktu kontrolnego), lub też przemienić się w tytułowego Czarnego Bukaniera. Jest to swoisty czołg w niemalże ludzkiej skórze. Z cylindrem na głowie i potężnym mieczem w ręku sieje postrach w szeregach oponentów nie zostawiając im wątpliwości, kto jest największym kozakiem na dzielni. Szkoda tylko, że ten element będzie przez nas rzadko wykorzystywany, bowiem trudnych walk jest naprawdę mało i są to z reguły walki z bossami. Część z nich jednak i tak trzeba pokonać sposobem a nie głupią siłą.
Na koniec słów kilka o wydaniu przygotowanym nam przez CITY-Interactive. Niestety w grze nie uświadczymy ani jednego zdania w języku polskim, ani żadnej drukowanej instrukcji. Szkoda – zwłaszcza braku lokalizacji. Na nabywców gry czeka w środku jednak miła niespodzianka – pełna wersja gry Daemon Vector: Królestwo Nieumarłych, która sama w sobie też jest dość ciekawą pozycją (i również konwersją z PS2).
Black Buccaneer złą grą nie jest – to fakt. Można się przy niej pobawić, a nawet przejść nie odczuwając zbytniej frustracji i wynosząc z niej coś przyjemnego. Wszystko zależy od tego, jakie podejście do gry mieć będziemy i jak zadziała na nas pierwsze wrażenie. Jeżeli jednak na waszym ramieniu siedzi mała papużka a wszystkie odsłony Prince of Persia kurzą się na półkach można sięgnąć po przygodę Francisa Blade’a. Przy okazji przypomnicie sobie, jak wyglądały gry, zanim światem zawładnęło hasło next-gen. Ode mnie gra otrzymuje czwóreczkę i życzenie dobrych wiatrów.

Składam podziękowania za współpracę firmie City Interactive
Bartłomiej “SerafiN” Sieja




















maj 21st, 2008 o 16:15
Jak to przejść? Piszcie na moje gg 3989324