» DeDark | poniedziałek, 17-9-2007 22:40

Gry, które straszą, przerażają i wywołują lęk na PC to prawdziwa rzadkość. Co prawda od czasu do czasu pojawiają się jakieś rzeźnie próbujące wypełnić lukę, ale różnie z nimi bywa. Gdy omawiana gra wylądowała na moim biurku zadałem sobie pytanie: Czy Resident Evil 4, nazywany horrorem roku 2007 zmieni cokolwiek? Czy będzie „strasznym” wyjątkiem potwierdzającym regułę? Regułę mówiącą, że na PC nie ma dobrych horrorów? Przekonajmy się.

      

Zanim zacznę omawiać niniejszą produkcję, muszę coś wyjaśnić. Od gry, którą producent nazywa horrorem oczekuję kilku rzeczy. Po pierwsze – i najważniejsze. Gra MUSI być straszna. Musi wywoływać uczucie lęku. Po drugie – nienawidzę historyjek w rodzaju: „stworzyłem armię mutantów, żeby podbić i zniewolić świat”. Po trzecie, gra musi być klimatyczna. Po czwarte – nie może budować uczucia zagrożenia za pomocą chorego poziomu trudności i punktów kontrolnych rozstawionych co kilometr. I jeszcze jedno – nie obchodzi mnie jak bardzo wychwalana jest wersja konsolowa. Liczy się tylko to, co zobaczą posiadacze Pctów. No dobrze, skoro wszystko jasne, możemy zaczynać.

      

Los fabułos
Czwarta część serii miała wprowadzić wiele zmian. I wprowadziła. Jak być może pamiętacie akcja poprzedniczek rozgrywała się w Raccoon City – mieście opanowanym przez zombie. Jednym z bohaterów tej długiej, wieloczęściowej serii był Leon S. Kennedy Jego powrót to prawdę mówiąc jeden z nielicznych reliktów poprzednich Residentów. Cała reszta jest odmieniona, odświeżona i ulepszona (?). Fabuła w horrorze to jeden z najważniejszych elementów, dlatego nie zdradzę zbyt wiele. Ashley - urocza córka prezydenta Stanów Zjednoczonych została porwana. Trop prowadzi do małej wioski w Hiszpanii, gdzie swoją siedzibę ma grupa fanatyków zwących się Los Iluminados. W tym momencie do akcji wkracza Leon, który ma odbić zakładniczkę z rąk porywaczy i dostać się do punktu ewakuacyjnego. Proste? W teorii tak, ale w praktyce… No cóż, to chyba oczywiste, że nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. Bardzo szybko odnajdziemy Ashley, ale nasz wspólny pobyt w Europie „nieco” się przedłuży. I nie będą to romantyczne wakacje pełne uniesień ;) Niestety im dalej tym gorzej. Historia, która z początku wciąga, (kto, a przede wszystkim, po co porwał Ashley? Dlaczego mieszkańcy zachowują się jak „myślące zombie”?) z czasem zaczyna nudzić. Powiem tylko, że całość śmierdzi hollywoodzką szmirą. Być może innym nie będzie to przeszkadzać, ale po takim Silent Hill czy nawet Blair Witch vol1 liczyłem na coś więcej. Kolejne elementy historii poznajemy oglądając przerywniki filmowe oraz czytając znalezione tu i ówdzie notatki. Wszystkie filmiki pochodzą z wersji PS2, dlatego nie wyglądają najlepiej. Ale to drobnostka. Najbardziej zdenerwowały mnie elementy rodem z Matrixa. Bohaterowie opowieści potrafią unikać lecących w powietrzu noży a nawet biegać po ścianach! (krótko, ale jednak). Zapytam wprost, – po co to komu w horrorze? To właśnie ten duet: matrixowe sceny + bohaterowie z plastiku* sprawiają, że całość śmierdzi typowym, „amerykańskim” efekciarskim filmem akcji. Dla mnie to duża wada.

      

*Bohaterowie z plastiku. Niestety, ale mamy tu do czynienia ze sztucznymi niczym nos Frytki ludźmi. Trudno utożsamić się z facetem, który na widok wielkiego mutanta nie dość, że nie okazuje lęku, to jeszcze potrafi rzucić jakimś żartem. Być może zbyt wiele grałem w Silent Hill gdzie James czy Heather byli po prostu… ludźmi. Takimi jak Ty i ja. Bali się, wściekali, cierpieli, płakali. Nie chcę na siłę porównywać tych gier, ale gdy raz spróbujemy wina z najwyższej półki, zwykły „wiśniak” nie smakuje już tak dobrze…

      

El mutante
Resident Evil 4 to horror rodem z Hollywood, co widać na każdym kroku. Nasi przeciwnicy pasują bardziej do amerykańskiego niż azjatyckiego filmu grozy. Przez cały czas atakują nas otępiali wieśniacy, mnisi, mutanty oraz oczywiście potężni bossowie. Najlepiej wypadli ci pierwsi. Zapomnijcie o bezmózgich zombie, które bez problemów można „zrobić w konia” wykorzystując otoczenie. Tym razem działa to w dwie strony. Schronisz się w szopie? Wyważą drzwi, wybiją szyby w oknach, i cię dorwą. Wejdziesz na dach, a następnie przewrócisz drabinę? Podstawią ją z powrotem. A propos drabin – nasza postać zamiast po prostu zejść, za każdym razem skacze w dół. Nawet, jeśli stoi na wysokim dachu. A Ashley? Też nie potrafi zejść – rzuca się w dół, a Leon ją łapie. Kretyński pomysł. Ale wróćmy do naszych „milusińskich”. Trzeba uważać gdzie się stoi - „zombie” mogą zaatakować od tyłu. Wiele razy widziałem jak duża grupa próbuje mnie otoczyć rozdzielając się na dwie mniejsze. Największe wrażenie zrobił jednak niewidzialny mutant. Nie dość, że jest diabelnie szybki, to jeszcze potrafi łazić po ścianach i suficie. Może być dosłownie wszędzie… Najgorzej prezentują się bossowie (ale uwaga – najgorzej nie oznacza „źle, tragicznie, beznadziejnie”.). Po prostu wypadli najsłabiej. Jeśli kogoś kręcą macki, gigantyczne pazury i wyłupiaste oczy rodem z The Thing– będzie zachwycony.

      

Z duszą… gracza na ramieniu.
Setki przeciwników, ciągły brak amunicji, intensywne uczucie zaszczucia – oto cały Resident Evil 4. Przez cały czas trzeba mieć głowę na karku. Mimo, że to gra nastawiona na akcję nie można pozwolić na bezmyślne marnowanie naboi. W trakcie walki należy wykorzystać świetny system stref postrzału. I nie chodzi tu tylko o to, że strzał w udo zrani – w głowę zabije. Autorzy poszli jeszcze dalej. Trafienie w dłoń zmusi przeciwnika do upuszczenia niesionej broni, w nogę przewróci na ziemię. Warto o tym pamiętać walcząc na przykład na wąskim moście. Jak już mówiłem bardzo szybko odnajdziemy Ashley i jak nietrudno się domyślić musimy o nią dbać. Trochę się tego obawiałem. Kto grał w Silent Hill 4 wie ile krwi mogła napsuć sąsiadka pchająca się do walki niczym Rambo po przecenione granaty. Na szczęście w RE 4 jest inaczej. Ashley to jedna z „najwygodniejszych” postaci, które przyszło mi „eskortować” w grach. W trakcie walki, (gdy celujemy) stara się schować za plecami Leona. Jeśli nie może tego zrobić – kuca, żeby nie blokować linii strzału. Co więcej, możemy wydawać jej proste polecenia: „zostań tu” oraz „za mną”. Niby nic takiego, a jak ułatwia życie. Tak dla formalności – Ashley ani razu nie zgubiła drogi. Mogłem biegać bez obaw, że „partnerka” zostanie gdzieś za rogiem. Jedynie w kilku miejscach obrona córki prezydenta przyprawiała o ból głowy Ale to wina nie algorytmów AI, a niedopracowanego, topornego sterowania. Pierwsze, co rzuca się w oczy to idiotycznie umiejscowiona kamera. Ani to TPP ani FPP… Może i wygląda efektownie, ale nie jest zbyt praktyczna. Najgorsze jest jednak to, że nie można chodzić w trakcie walki. Pytam się, dlaczego? Dawniej można było poruszać się z bronią gotową do strzału. Tym razem, w trakcie celowania klawisze odpowiedzialne za chodzenie poruszają celownikiem. Postać stoi nieruchomo. Mamy więc wybór – albo chodzić, albo celować i strzelać. Nie można oddawać strzałów jednocześnie idąc do tyłu, czy unikać rzucanych w naszą stronę przedmiotów (kilka kroków w bok). Ok, na konsoli i jej padzie odpowiednie rozłożenie klawiszy mogłoby być trudne, ale na PC mamy sprawdzający się od lat duet – WSAD + mysz. Dlaczego nie można skorzystać właśnie z niego? Autorzy konwersji najwyraźniej nie wiedzą, że mysz służy do czegoś więcej niż klikania na „Mój Komputer”. W internecie krąży niewielka modyfikacja, dzięki której można skorzystać z gryzonia, ale niewiele to daje. Takie toporne, nieprecyzyjne sterowanie zwiększa i tak już wysoki poziom trudności. A skoro przy nim jesteśmy. Grę można zapisać jedynie w wyznaczonych momentach korzystając z… klasycznej maszyny do pisania (kolejny po Leonie „relikt”). Szkoda tylko, że savepointy są tak rzadkie. Czasami pomiędzy jednym, a drugim zapisem mija 30 minut. Nic tak nie „cieszy” jak śmierć 200 metrów od maszyny… Zostańmy jeszcze na chwilę przy sterowaniu. O ile na analogowym padzie da się jeszcze grać, to na klawiaturze czeka was prawdziwy koszmar, frustracja i zgrzytanie zębami. „Precyzyjne-inaczej” celowanie za pomocą strzałek, mylenie klawiszy podczas QTE (o nich za chwilę) to tylko niektóre z atrakcji jakie czekają na graczy nie posiadających gamepada.

      

Podczas swojej długiej wędrówki, przez kolejne poziomy nie znajdziemy żadnej broni. Autorzy zrezygnowali z chowania ich po kątach. Kupimy je za to u lokalnego, tajemniczego handlarza. Wybór jest ogromny: pistolety, strzelby, karabiny snajperskie, a nawet granaty i rakietnice. Większość „zabawek” możemy modyfikować dodając lepsze celowniki, większe magazynki, kolbę zmniejszającą odrzut i wiele wiele innych. Za wszystko zapłacimy twardą walutą. Najwięcej zarobimy sprzedając znalezione tu i ówdzie skarby (złote bransolety, maski, kamienie szlachetne etc). Niektóre są naprawdę cenne.

      

99% survival, 1% horror.
Przyszła pora na najważniejszą część recenzji, czyli wyjaśnienie, że tak na prawdę Resident Evil 4 to… gra akcji. Nie liczcie na to, że was wystraszy. Za dużo w niej ostrej, intensywnej walki, za dużo potężnej broni, za mało elementów budujących klimat i uczucie strachu. Przez kilkanaście minut możemy pokierować Ashley – bez broni, w ciemności, jedynie z niewielką latarką. To najlepszy moment całości. Przez tych kilka minut bałem się bardziej niż przez resztę gry razem wziętą. To moment, w którym straszyła mnie moja własna wyobraźnia, a nie horda bełkoczących wieśniaków. Swoje, przysłowiowe pięć groszy dorzuciły także matrixowe sceny. Gdy po raz pierwszy zobaczyłem jedną z nich odjęło mi mowę na kilkanaście sekund. Ale zapomnijmy już, że RE4 miał straszyć i budzić lęk. To gra nastawiona na strzelanie, a w tej roli spisuje się znakomicie. Jednym z najfajniejszych elementów, dzięki którym gra trzyma w napięciu są QTE- Quick Time Events. Mówiąc krótko – interaktywne przerywniki filmowe. Do tej pory mogliśmy jedynie się przyglądać robiąc sobie przy okazji małą przerwę. W najnowszym Residencie lepiej nie odkładać gamepada. W każdej chwili na ekranie może pojawić się ikona „mówiąca”, którą kombinację nacisnąć (raz) lub jaki przycisk wciskać z uporem maniaka. Mamy na to jakąś sekundę. Jeśli się spóźnimy… cóż. Zaczynamy od nowa. Dzięki nim, każdy nawet najkrótszy filmik pompuje do krwi adrenalinę. „Spodziewaj się niespodziewanego w najmniej spodziewanym momencie :)” Świetna rzecz! Jest tylko jedno „małe” ale. Na ekranie wyświetlają się oznaczenia dla gamepada (pozostałość po wersji z konsoli). Jeśli ktoś gra na klawiaturze będzie musiał przyswoić sobie, że „3” to ENTER na klawiaturze numerycznej itd. Na szczęście dystrybutor – i za to Cenega ma wielkiego plusa – dodaje spis klawiszy na oddzielnej kartce. Oprócz palców pomęczymy także nasze szare komórki. Autorzy przygotowali kilka zagadek, które może nie są zbyt trudne, ale zawsze to jakieś urozmaicenie. Jedną z rzeczy, o której nie mógłbym nie wspomnieć jest długość gry. Ukończenie całości na najniższym poziomie trudności zajęło mi ponad 12 godzin, co jak na dzisiejsze standardy jest całkiem niezłym wynikiem (nie żebym się spieszył…). Ale uwaga – obejrzenie napisów końcowych nie oznacza, że płytę z grą możemy wrzucić do szafy i podziwiać jak malowniczo pokrywa się kurzem. Po przejściu „kampanii” odblokowane zostają bardzo ciekawe dodatki. Są to między innymi trzy tryby gry, nowe modele broni czy stroje. W „Najemnikach” zasady są proste. W wyznaczonym czasie należy zabić jak najwięcej przeciwników, zbierając jak najwięcej punktów. Po przekroczeniu pewnego progu możemy odblokować dodatkowe postaci. „Oddzielne drogi” ukazują fabułę z punktu widzenia Ady – jednej z najważniejszych postaci. Co ciekawe obie historie: jej i Leona zazębiają się niczym zębatki w dobrym mechanizmie. Trzeci i ostatni tryb to „Misja Ady” - zupełnie nowa przygoda z nową, ale powiązaną z głównym motywem fabułą. Wszystko to powinno zapewnić kilka dodatkowych godzin naprawdę dobrej zabawy (czytaj - intensywnego strzelania do wszystkiego, co się rusza).

      

I cała reszta…
Po premierze RE4 okazało się, że wersja PC to jedna wielka deweloperska pomyłka. Istny mutant wśród konwersji, pełen błędów i niedoróbek. Na szczęście nas to nie dotyczy. Polska wersja zawiera w sobie patch, który naprawił większość błędów. Poprawiono nawet grafikę, dodano obsługę shaderów i innych graficznych bajerów. Dzięki nim i tak już znakomite lokacje wyglądają jeszcze lepiej. Ale co ja będę się rozpisywał. Popatrzcie na screeny. Dźwiękowa strona gry nie wyróżnia się niczym szczególnym ani na plus, ani na minus. Jest po prostu „tak jak być powinno”. Muzyka pasuje do klimatu całości, a wszelkie odgłosy wystrzałów czy zawodzenia mutantów wywiązują się ze swojej roli. Patch, o którym przed chwilą wspominałem poprawił wiele, ale najwyraźniej nie wszystko. Nie wiem, dlaczego ale mimo zaznaczenia odpowiedniej opcji nie mogłem wyłączyć obrazu panoramicznego. Drugą rzeczą, o której chciałbym wspomnieć to zanikanie lub przemieszczanie się napisów w trakcie rozwiązywania zagadek. Na szczęście wystarczyło odejść i podejść do mechanizmu jeszcze raz, aby wszystko wróciło do normy.. Przejdźmy do opisu polskiego wydania. A te jest „standardowe +”. W pudełku oprócz płyty z grą i instrukcji znajdziemy małą książeczkę z dwoma opowiadaniami Andrzeja Pilipiuka (to właśnie ten „+”). Prawdę mówiąc są takie sobie. Szczególnie to, napisane na potrzeby polskiego wydania omawianej gry. Jeśli dystrybutor chce dodawać takie gadżety na zasadzie „byle były”, lepiej niech nie dodaje ich wcale. Nic na siłę mili państwo :) W trakcie gry natknąłem się na kilka denerwujących błędów w tłumaczeniu (na szczęście kinowym). Po pierwsze… Z czym kojarzy sie wam napis „wyjdź”? Z wyłączeniem gry? Powrotem do menu? A guzik! Tutaj jest odpowiednikiem „cofnij/anuluj”. Trochę to mylące. Po drugie, autorzy dość luźnie tłumaczyli teksty. Raz wychodziło to lepiej, raz gorzej, ale na szczęście sens wypowiedzi był ten sam. Bardzo często trafiały się kwiatki typu „użyłeś stary klucz”, ale to już zasługa naszego, kochanego języka polskiego. W angielskim nie trzeba niczego odmieniać. Nie zabrakło miejsca na drobne literówki. W pewnym momencie zamiast „P”, możemy zobaczyć „+”. Mimo wszystko, tłumaczenie (ogólnie) jest bardzo dobre.

      

X?/10. Gdzie X=1,2,3,4,5,6,7,8,9,10
Pora na wystawienie ostatecznej oceny. Resident Evil 4 to krwawy horror nastawiony na rozwałkę i zabijanie. Niestety nie wypełni luki, nie jest wyjątkiem…Wszystko wskazuje na to, że rok 2007 będzie rokiem bez autentycznie przerażających gier. Mimo wszystko RE4 potrafi wciągnąć, a dodatkowe tryby gry to świetna nagroda za ukończenie całości. Pomimo takiego a nie innego wydźwięku niniejszej recenzji wystawiam Residentowi w pełni zasłużoną ósemkę. To po prostu dobra, przesiąknięta Hollywoodem gra akcji. I tak należy do niej podchodzić.

      

Info:Gatunek: Horror/Akcja
Oficjalna strona gry: http://www.res-evil.com/re4/
Producent: Capcom
Wydawca: Ubisoft
Wydawca PL: Cenega
Cena: 99,90 zł



Wymagania:
Procesor: 1.4GHz
Pamięć: 256MB RAM
Karta grafiki: 128MB z obsługą PS 2.0
Napęd: DVD
Miejsca na HDD: 7GB HDD
Inne: Analogowy gamepad

Składam podziękowania za współpracę firmie Cenega Poland

Paweł “djsound” Jankowski

Podyskutuj na forum

Podziel się z innymi: These icons link to social bookmarking sites where readers can share and discover new web pages.
  • Digg
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Gwar

« Wersja demonstracyjna Sega Rally dostępna na Marketplace Team Fortress 2 - beta już jest! »

4 komentarze do “Resident Evil 4”

  1. tytus napisał:

    Polecam!,przeszedłem 3 razy.I niemogę się doczekac 5 częsci gry.

  2. Wyczesany Bóbr napisał:

    Resident Evil 4 to horror dla ludzi takich jak ja :D, dla ludzi którzy nie lubią bać sie za bardzo, a lubią wartką akcje. Fabuła jest jaka jest :P, ale scenki w trakcie gry są tak fajne że można zapomnieć o głupocie i naiwności fabuły.
    Plusy:
    +grafika
    +lokacje
    +ciekawi przeciwnicy oraz ich AI
    +pełne napięcia konfrontacje z wrogiem
    +scenki w trakcie gry
    Minusy:
    -STEROWANIE :\(na klawiaturze)
    -prostolinijna i naiwnie głupkowata fabuła

  3. kondicz napisał:

    Z recenzja w wielu momentach jej czytania sie nie zgadzam…Duzo tu wymieniac
    Piszesz, ze Resident Evil 4 nie jest straszny..A ja Ci powiem, ze jest wiele momentow straszniejszych od tego gdy chodzimy Ashley z latarka…
    Poza tym na padzie sterowanie nie sprawialo mi od poczatku zadnych problemow…
    Moze i udalo Ci sie go przejsc na Easy w ciagu 12 godz…Ale musiales niezle biegac :) Mi przejscie calej historii Leona na Normalu zajelo 19 godz (za pierwszym razem). Nie liczac historii Ady.
    Co do “matrixowosci” bohaterow to uwazam to za dobre…W tym wlasnie RE4 jest podobny do filmu.
    Pisales, ze w zadnym momencie gry nie ma mozliwosci do znalezienia broni, a ja Ci powiem, ze jest taki moment.
    Jako osoba grajaca we wszystkie czesci Residenta moge powiedziec, ze ta czesc spodobala mi sie najbardziej.
    Chociaz nie podoba mi sie w tym jedna rzecz…Nie mamy do czynienia z zabitymi niedawno ludzmi i przerodzonymi w krwiozercze zambie tylko z psychicznie chorymi ludzmi…Ale poza tym wszystko ok. :)

  4. Anchory napisał:

    dobra grafika
    sterowanie poczatkowy nastroj klimat prawdziwa bomba!!!!! bronie sklep
    ale nie spodobal mi sie przecziwnicy zombiaki z pistoleti rakietami… troche action poza tym wszystko cool!!!!!!!!!!!

Zostaw komentarz