» joszko | środa, 15-3-2006 21:19

Przygodówki, ech - kiedyś to było to. Każdy fan tego gatunku był niezmiernie szczęśliwy, gdyż ciągle wychodziły nowe tytuły. Wystarczy wspomnieć chociaż serię Broken Sword, Kinq’s Quest, Monkey Island, czy świntucha Larry’ego Laffera. A przecież to tylko kropla w morzu, podobnych produkcji mieliśmy całe tony. Później, po owocnych i bogatych latach nastąpił nieurodzaj. Producenci tak jakby zapomnieli o miłośnikach tego gatunku. Być taki stan rzeczy spowodowała coraz mniejsza sprzedaż nowych pozycji. Dawni wyjadacze już dorośli, założyli rodziny i być może żony nie pozwalają im obcować z komputerem i oddawać się dawnemu nałogowi. Młodziki natomiast - wiadomo - gustują we wszelakich grach akcji, gdzie trup ściele się gęsto, a bohaterowie wręcz toną w morzach krwi. Jednak ku ogólnej radości sporej rzeczy graczy w ciągu ostatnich kilku latach nastąpił swoisty renesans przygodówek. Może nie jakiś taki spektakularny powrót do korzeni, ale cichy i spokojny. W dzisiejszych czasach autorzy coraz częściej przenoszą się w otoczenie 3D, co u niektórych może budzić mieszane uczucia. Ale nie ma co wybrzydzać - dobrze chociaż, że coś się ruszyło i na rynku pojawiły się kilka gier godnych poświęcenia uwagi. Jednakże czy gra opracowana w klasycznym stylu, z płaską, rysowaną ręcznie grafiką ma obecnie rację bytu?

Kiedy Runaway: A Road Adventure trafiła w 2002 roku na półki sklepowe, na rynku królowały przygodówki 3D pokroju Syberii i Najdłuższej Podróży. Na tę grę zwracano jednak sporą uwagę jeszcze przed premierą. Gracze cieszyli się, iż znowu będzie im dane przeżyć klimat starych tytułów i powspominać trochę swoją burzliwą młodość. Runaway w prasie i serwisach internetowych zebrał bardzo pozytywne opinie. Wszyscy zaznaczali, że ta gra ma to coś, co dla większości graczy najważniejsze i aż chce się w nią grać. Osobiście, dzięki bałaganiarskiemu kumplowi, dane mi było w nią zagrać dość późno. Wprawdzie już od dłuższego czasu miałem ją na półce, lecz niestety za sprawą magicznych rączek wspomnianego jegomościa mój napęd odmawiał współpracy z krążkami. Trzeba się było dużo namęczyć, aby zdobyć ten tytuł, jednakże uważam, że było warto.

Po uruchomieniu witają nas wizytówki producentów - wtedy też mamy czas na obejrzenie krajobrazu za oknem lub posprzątanie biurka. Następnie przychodzi pora na właściwy filmik wprowadzający w fabułę gry. Chłopak o imieniu Brian wspomina swoją niesamowitą przygodę, która całkowicie zmieniła jego plany. Jako bardzo zdolny uczeń pragnął kontynuować edukację na najlepszej uczelni na drugim końcu Ameryki, w mieście Barkley. Kiedy profesor Silva listownie zaprosił go w poczet studentów, Brian czym prędzej spakował walizki, pożegnał się z rodziną i psem, a następnie wsiadł do swojego stareńkiego samochodu. Swą wycieczkę rozpoczął w nocy, gdyż czekała go długa i męcząca droga, a po zmierzchu ruch na ulicach mniejszy. Zapalając silnik przypomniał sobie, że chciał jeszcze wypożyczyć pewną niezwykle ciekawą książkę z biblioteki na Manhattanie. Wcisnął gaz do dechy i powoli oddalił się swym gruchotem od miejsca zamieszkania. Zamyślony, patrzył na jezdnię i rozmyślał o swojej przyszłości. Nagle przed samochód z ciemnego zaułka wyskoczyła wystraszona dziewczyna. Brian nie miał szans na uniknięcie nieszczęścia. Długonoga dama o pięknych oczach wpadła pod koła jego wozu. Przerażony chłopak szybko zabrał ją do pobliskiego szpitala na ostry dyżur. Tam okazało się, że tylko najadł sie strachu, bowiem piękności nic się nie stało - poobijała się tylko trochę. Gina, bo tak właśnie nieznajoma miała na imię, opowiedziała Brianowi historię, której dzisiejszej nocy była świadkiem. Gdy po występach w klubie, jej ojciec wręczył jej tajemniczy krucyfiks i ostrzegł przed niebezpieczeństwem, była bardzo zdziwiona. Później wszytko potoczyło się jak ze stromej góry. Okazało się, że Johnny, rodziciel niewiasty, miał na pieńku z mafijnymi bossami - braćmi Sandretti. Ich goryle próbowali wydusić z niego jakieś niezwykle ważne informacje, lecz ten pozostał nieugięty. Zginął za swoją stanowczość. Całą egzekucję z ukrycia oglądała Gina. Pech chciał, że w trakcie ucieczki wpadła pod koła pojazdu Briana. Chłopak wiedział, że nie może jej tak po prostu zostawić w potrzebie. Po zażyciu środków nasennych, Gina zasnęła, prosząc wcześniej naszego bohatera o ochronę przed zbirami. Cóż miał do stracenia? Piękna kobieta prosi go o ratunek i ma jej odmówić? Przypuszczał, że nie zajmie mu to wiele czasu i chociaż spóźni się do Kaliforni, to przynajmniej nie będzie miał nikogo na sumieniu.

Po trochę przydugim wprowadzeniu autorzy oddają sprawę w ręce zniecierpliwionego gracza. Ten zaś sterując postacią Briana, zwiedza pomieszczenia szpitalne, zbierając przy tym użyteczne przedmioty. Coś, co możemy użyć, obejrzeć lub zabrać, nie podświetla się po najechaniu kursorem myszy, lecz wskaźnik gryzonia zmienia swój kształt. Miłe i użyteczne rozwiązanie, sprawdzające się w praktyce. Początkowo Brian podejmuje się udaremnienia zamachu na niewygodnego świadka, ale z biegiem czasu historia zaczyna go coraz bardziej intrygować i postanawia odkryć tajemnice krucyfiksu, który być może zdradzi powód śmierci ojca kobiety. Bohater komentuje każdą wykonywaną czynność, a jego uwagi często stanowią nieocenioną pomoc w rozwiązaniu problemu, tudzież zwyczajnie rozluźniają atmosferę. Trzeba wam wiedzieć, iż cała historia została jakby żywcem wycięta z rasowego thrillera. Zabójstwa, ucieczki, ukrywanie się przed mordercami ojca Giny, porwania, nagłe zwroty akcji nakręcają całą zabawę i niezwykle cieszą. Grając, ciągle myśli się, co będzie później, jaką zagadkę przygotowali autorzy.

Właśnie, czymże by była dobra gra przygodowa bez zagadek? W Runaway ich nie brakuje: zostały ciekawie zaprojektowane i - co najważniejsze - dokładnie przemyślane. Nic bardziej nie irytuje w przygodówkach, jak bezsensowne zagadki - tu jednak jest inaczej. Wiadomo, że skrytkę otworzymy kluczem, a nie na przykład jakimś patykiem, czy też miotłą. Dzięki temu granie sprawia radość, a nie gwałtowne ruchy przypominające walenie głową w klawiaturę.

Smuci jedynie długość, a raczej „krótkość” samej gry. Można ją ukończyć w jeden dzień zbytnio się przy tym nie wysilając. Może to nawet i lepiej, bo przez ten czas nie zdąży się znudzić – w końcu lokacje zmieniają się co chwilę. Zaczynamy we wspomnianym już wcześniej szpitalu, następnie odwiedzamy przyjaciela w muzeum archeologicznym, by później ocknąć się gdzieś na pustyni. Chyba sami przyznacie, że jest ciekawie i na nudę nie można narzekać - o ile przed monitorem nie zasiądzie jakiś całkowity pesymista, któremu nic w grze nie pasuje.

Jemu pozostanie podziwianie oprawy wizualnej, a jest na co patrzeć (i wcale nie chodzi mi o Ginę i jej zgrabne nogi). Ręcznie rysowana, dwuwymiarowa grafika, do której przyłożyli się znający się na fachu artyści. Świetnie zaprojektowali zarówno postacie, tła, jak i przedmioty. Animacja postaci może wydawać się trochę sztywna, ale nie rzuca się to aż tak bardzo w oczy. Całości dopełnia klimatyczna muzyka przewijająca się w tle i budująca wspaniały filmowy klimat.

Niestety niektóre obiekty są tak mało widoczne, że ciężko na nie trafić bez uważnego przyglądania się całej lokacji. Należy jeszcze zaznaczyć, że gra jest liniowa jak diabli - autorzy prowadzą nas za rączkę przez świetnie przygotowany scenariusz.

Jednakże kto by zwracał uwagę na takie drobiazgi, jeśli ma przed sobą tak wspaniałą grę jak Runaway: A Road Adventure. Jeśli jeszcze nie miałeś okazji się z nią zapoznać, to nie siedź i nie marnuj czasu, tylko wybierz się do sklepu. Zapewniam, że czekają cię niesamowite chwile.



Thevon

Podyskutuj na forum

Podziel się z innymi: These icons link to social bookmarking sites where readers can share and discover new web pages.
  • Digg
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Gwar

« Starcraft Prince of Persia: The Sands of Time »

Zostaw komentarz