» DeDark | czwartek, 8-11-2007 4:37 |
|

Hazard od zawsze przyciągał bogatych snobów, którzy nie mieli czego z kasą robić. Dostarczanie nowatorskiej rozrywki gościom, którzy mogą mieć niemal wszystko wydawałoby się niezwykle trudne, tym bardziej, że przyziemny hazard też w pewnym momencie może znużyć. I tu z pomocą przychodzi Klub, który zrzesza najbogatszych ludzi świata rządnych rozrywki na zupełnie nowej płaszczyźnie. Za pieniądze z zakładów opłacani są bowiem… współcześni gladiatorzy, którzy walcząc na śmierć i życie (tej pierwszej jest jednak nieco więcej) sprawiają radochę panom w garniturach zajadających kawior. Czasami, gdy pula pieniężna osiągnie ładną ilość cyfr opłacany jest jakiś wysoko postawiony gość, który wszczyna militarny konflikt (vel Saddam). My jednak zajmiemy się tymi, którzy znaleźli się w gorszej sytuacji.
Bycie gladiatorem na pewno nie napawa optymizmem a perspektywy dalszej egzystencji zwężają się z minuty na minutę, każdy oddech jest potencjalnie tym ostatnim, każda kula jest potencjalnie wycelowana w ciebie. Co cię więc tu trzyma? Długi, ucieczka od prawa (krzesło elektryczne jest jednak mniej ekscytujące), czy po prostu odwet za dawno wyrządzone szkody. Są więc tacy, którzy trafili tu z własnej woli, ale większość i tak stanowią osoby „wyłapane” przez Klub. I nie mając wyjścia muszą być najlepsi. Ku uciesze gawiedzi rzucającej grube pieniądze. Jakby nie mogli iść na golfa, albo zagrać w bingo. Ale mniejsza o to – rzeczywistość jest taka, że bierzesz udział w krwawym Big Brother. Wizja niczym z gry Devil Inside, czy słynnego Manhunt. Panowie z Bizarre Creations (jakże adekwatna nazwa) wiedzą, że najlepszą reklamą dla gry jest skandal – czym większy, tym lepiej dla samej produkcji. I choć jest to gra dedykowana konsolom nowej generacji, to nie ominie ona także zawistnych, złych i zepsutych do szpiku kości bachorów objętych programem „zero tolerancji”. Nie okłamujmy się – ta gra trafi w szczególności do młodych, bo nic tak nie ciągnie, jak rzeczy zakazane. Ot, taki ludzki paradoks.
Kolejnym paradoksem jest zaś to, że w The Club będzie można się… zagłębić! Autorzy zapowiadają, że w tę, zdawałoby się, odmóżdzającą strzelankę wpakują porządną oś fabularną opisującą historie każdej z ukazanych w grze postaci. Tych ma być osiem, każdy z nich ma swoją przeszłość, swoje motywacje i stawia sobie indywidualne cele, które za wszelką cenę stara się osiągnąć. Jak jednak, na takie gry przystało postaci to standardowe skrajności. Będzie były policjant, który ma zamiar się zrehabilitować, Japończyk biegający po sufitach, Rosjanin, który najpierw strzela, potem pyta, czy afroamerykanin z dredami, który jest o tyle luzacki, co pozbawiony sumienia. Wybór postaci będzie miała więc znaczne odbicie w fabule, sposobie prowadzenia gry, oraz głównym celu. Ważnym elementem stanie się wczucie w postać, identyfikacja z naszym alter-ego, w czym owa, wspominana już oś fabularna ma nam pomóc.
Jak wygląda sama gra? Otóż Klub posiada swoje siedziby w przeróżnych zakątkach świata – skitrane tak, że sam Bóg ich nie znajdzie, lub wkomponowane w otoczenie tak, że nie zwracają na siebie żadnej uwagi. Mamy więc opuszczoną fabrykę, zapomnianą rezydencję, podziemne tunele, czy prom pływający po otwartym morzu. Wszystkie lokacje mają być na tyle duże i urozmaicone, żeby dać pole do popisu w każdym stylu gry, zarówno jako rambo-eksterminator, jak i skrytobójstwie. Autorzy poprzez dodanie do The Club sporych map chcieli uniknąć sytuacji otwartych wojen pomiędzy wszystkimi graczami na raz, wymuszając raczej powstawanie małych punktów zapalnych, z których wyjdą tylko najlepsi. Łączna ilość map może nie poraża, gdyż oscyluje w granicach jednocyfrowych, ale ich zróżnicowanie i budowa mają sprawiać, że za każdym razem będziemy odkrywać w nich nowe elementy, stwarzające zupełnie nowe możliwości eksterminacji.
Jednym z ważniejszych elementów gry ma być możliwie jak najwyższa efektowność gry. Dodatkowe premie dostaniemy więc za zabijanie w odpowiednio wysublimowanym stylu. Można oczywiście wyskoczyć na przeciwnika i sprzedać mu serią po klacie, ale gdy zrobimy przy tym salto, najlepiej nad jakąś przeszkodą i trafimy prosto między oczy zostaniemy hojniej nagrodzeni, przez „sponsorów” całego chorego przedsięwzięcia. Gdy zrobimy zaś dużo takich akcji w niewielkich odstępach czasu będą się one kumulowały w potężne kombosy mnożące nasze dotychczasowe zdobycze. W wykonywaniu karkołomnych ewolucji i wykorzystywaniu elementów otoczenia do walki pomóc ma nam tryb TPP, który będzie jedynym możliwym widokiem, oraz niemała interakcja z otoczeniem.
Ilość trybów gry, zarówno dla pojedynczych graczy, jak i sieciowców jest na pewno wystarczająca a ich budowa niezwykle ciekawa. Mamy więc do czynienia z takimi modelami zabawy jak „survivor”, czyli wszyscy na jednego, „time-attack”, gdzie, jak sama nazwa wskazuje mamy określoną ilość czasu na pozbycie się wrogów, czy „gauntlet”, gdzie po wyznaczonym limicie czasowym musimy znaleźć się w wyznaczonym wcześniej miejscu. Głównym, i chyba najciekawszym trybem gry będzie jednak „sprint”, czyli stare dobre „kto pierwszy ten lepszy”. Wszystko to zaś tak skonstruowane, żeby przeciwnicy jak najczęściej na siebie wpadali. W końcu przednia zabawa obserwatorów to priorytet. Specjalnie dla graczy sieciowych autorzy prowadzić będą rankingi i zestawienia najlepszych graczy. Warto też nadmienić, że w starciach wieloosobowych będzie mogło brać udział nawet szesnasty graczy jednocześnie. Konsolowy będą musieli zadowolić się czteroma graczami przy podzielonym ekranie.
Żeby dać sobie w tym okrutnym świecie radę i ujść z kompletnym tyłkiem będziemy musieli użyć odpowiedniego sprzętu. W grze pojawić ma się kilkanaście sprowadzonych przez Klub pukawek, które zadowolić powinny każdego. Od prostych Colt M4 i AK47, po bardziej złożone SPAS’y i August Steyr. Dla osób o mocnych nerwach, stalowej psychice i zachwianym poczuciu rzeczywistości autorzy dorzucają bazookę, żeby podczas rozgrywki nie było zbyt nudno. Broń dostaniemy na początku gry jedną, wraz z wiadrem amunicji, resztę powinniśmy zdobyć sami. Proste i logiczne rozwiązanie. A do tego uczy oszczędzania.
Oprawa graficzna w grze na zamieszczonych screenach prezentuje się co najwyżej poprawnie. Nie ma się co jednak dziwić, gdyż jest ona przygotowywana głównie na konsole, więc rozdzielczości tekstur i złożoność modeli nie będzie raczej dotrzymywała kroku obecnym liderom. Nie jest jednak źle – dynamiczne oświetlenie i porządne animacje dają rade, podnoszą The Club ponad średnią i sprawią, że gra nie będzie raczej odpychać do monitorów. Martwić może jedynie system sterowania skonwertowany z konsol, gdyż nie od dziś wiadomo, że sprawia on (a zwłaszcza praca kamery) niemałe problemy. Czy jednak należy się martwić na zapas? Wszak ludzie odpowiedzialni między innymi za świetną serię Project Gotham Racing nie powinni spartaczyć całej roboty. Tylko, że PGR to wyścigówka…
Bartłomiej „SerafiN” Sieja














listopad 8th, 2007 o 15:10
Huhuhu!
maj 31st, 2008 o 11:56
Super gra…:D