» DeDark | czwartek, 6-12-2007 1:19 |
|

Wyróżniamy trzy gatunki gier wyścigowych: symulatory, zręcznościówki oraz wszelkiego rodzaju „udziwnienia” typu Championsheep Rally, Crazy Frog Racer czy Sonic Raiders. 32nd America’s Cup The Game to co prawda 100% czysta symulacja ale na tyle nietypowa, że zahacza lekko o tą ostatnią „kategorię”. Panie, panowie… przed Wami symulator regat.
Virtual Skipper 5: 32nd Americas Cup The Game pozwala wziąć udział w kilkunastu wyścigach, których zwięczeniem jest rywalizacja o tytułowy puchar Ameryki. Do walki o miano najlepszej załogi staje kilkanaście ekip z całego świata, a zadaniem gracza jest pokierowanie jedną z nich. Wszystkie mają swoje odpowiedniki w rzeczywistości, dlatego nikogo nie powinna dziwić ilość reklam zamieszczonych na żaglach. Co ciekawe – teoretycznie – różnią się one umiejętnościami co ukazują odpowiednie statystyki, ale w praktyce i tak wszystko zależy od poczynań gracza. Zanim położymy przemoknięte łapy na pucharze przemierzymy wzdłuż i wszerz 14 prawdziwych torów położonych w Marsylii, Walencji czy Trapani. Bardziej ambitni gracze mogą stworzyć własne tory w załączonym edytorze i pochwalić się nimi w sieci. Ale o tym później. Zabawę nie tyle można, co trzeba zacząć od ukończenia samouczka. No chyba, że ktoś jest prawdziwym wilkiem morskim, wiesz co to jest fok i kiedy należy z niego zrezygnować na rzecz spinakera. W innym wypadku zapraszamy do „szkoły”. Zasady gry są dość skomplikowane, dlatego autorzy zdecydowali się podzielić naukę na kilkanaście pojedynczych lekcji. I dobrze zrobili, bo dzięki temu poznawanie kolejnych reguł to czysta przyjemność. Po zakończeniu nauki nie pozostaje nic innego jak rozpocząć karierę – serię wyścigów, które zaprowadzą nas na sam szczyt. Myślę, że warto poświęcić akapit na opisanie zachowania się łodzi i kilku podstawowych reguł rządzących rozgrywką.
Żadna z czterech dostępnych łodzi nie ma silnika. Siłą napędową jest tu wiatr, który albo zaprowadzi nas na podium (jeśli umiejętnie go wykorzystamy) albo zepchnie na sam koniec stawki (jeśli zaczniemy popełniać błędy). A o nie nietrudno. Inny żagiel służy do płynięcia z wiatrem inny pod wiatr. Sama łódź nie należy do najbardziej sterownych „pojazdów” na świecie. Zachowuje się mniej więcej jak autobus na lodzie. Nie ma tu czegoś takiego jak hamulce, ani pedał gazu. Absolutnie wszystko zależy od doboru żagla i ustawienia się do kierunku wiatru. Aha, swoje robią także fale. Inaczej płynie się pod prąd a inaczej z prądem, inaczej gdy morze jest spokojne, jeszcze inaczej gdy mamy sztorm. I jeszcze jedno. Prędkości, które osiągamy nie oszałamiają. Łodzie są wolne, ale nie oznacza to, że nie mamy nic do roboty. Wręcz przeciwnie. Non stop trzeba korygować ster, planować ruchy ze sporym wyprzedzeniem, ustawiać się odpowiednio do nawrotów i zakrętów… mówiąc krótko – nie ma ani chwili spokoju. 32nd AC to symulator, dlatego podczas wyścigu obowiązują bardzo surowe i początkowo niezrozumiałe zasady. Czy wiecie, że istnieje tu coś takiego jak zakaz wyprzedzania i zasada pierwszeństwa? Jeśli ją złamiemy lub doprowadzimy do stłuczki zostaniemy ukarani: w wyznaczonym czasie musimy zatrzymać się i zrobić obrót o 360 stopni co ciągnie się w nieskończoność. W tym czasie przeciwnik oddali się tak, że dogonienie go będzie raczej niemożliwe. (no, chyba że to on w nas „wjedzie”, co od czasu do czasu się zdarza). AI radzi sobie zaskakująco dobrze, a jeśli to dla kogoś za mało może skorzystać z opcji multiplayer. Być może nie ma tu tylu graczy co w bardziej „standardowych” grach, ale i tak nie miałem problemów ze znalezieniem chętnych. Z dogonieniem lidera w trakcie wyścigu już tak ;) Bardzo dobre wrażenie robi oprawa audio/video. Oczywiście gra nie wygląda tak jak na promocyjnych screenshotach, ale trudno się do czegoś przyczepić. Animacje osób na pokładzie są co najmniej „poprawne” - aż przyjemnie popatrzeć jak ekipa uwija się podczas zmiany żagla. Bardzo dobrze prezentują się otoczenie, woda, warunki atmosferyczne, modele statków i naturalne, plastyczne żagle. Równie dobra jest oprawa audio, która robi znakomity użytek z dźwięku 5.1. Autorzy zadbali o obecność tych wszystkich drobiazgów takich jak szczęk kołowrotków, żagli napinanych przez wiatr i wielu innych dzięki którym czujemy się jak na pokładzie prawdziwej łodzi. Niestety jest jedno bardzo duże „ale” - brak jakiejkolwiek muzyki. Owszem, szum fal, mewy w porcie i „klakson” transatlantyku w oddali są świetnym tłem… ale przez pierwszych kilka minut. Przydałoby się kilka nastrojowych utworów budujących jakikolwiek klimat, bo i tego niestety zabrakło. Na szczęście gra nie ma kosmicznie wysokich wymagań i dzielnie znosi obecność winampa działającego w tle.
Sterowanie jak na symulator jest wyjątkowo proste. Zaryzykuję stwierdzenie – łatwiejsze niż w omawianych niedawno Wilkach Pacyfiku. Można skorzystać z samej myszki (!), myszki + klawiatury, a nawet analogowego pada. Wzorem serii Silent Hunter autorzy stworzyli grę „dla wszystkich”, nie dla tych 10-15 maniaków znających na pamięć skład chemiczny poszycia łodzi. Przed każdym wyścigiem możemy ustalić zasady oraz stopień realizmu przekładający się bezpośrednio na poziom trudności. Gdyby ta gra była „samochodówką” można by ją postawić obok serii TOCA Race Driver, która także jest symulatorem z metką „user friendly”. Ale nie dajcie się zwieźć pozorom. To, że sterowanie jest proste (intuicyjne) nie oznacza, że na dzień dobry zdeklasujemy konkurencję i wskoczymy na podium. Zresztą tak samo jest w TOCA. Do kierowania wystarczają strzałki + „coś tam jeszcze”, ale nie łatwo jest zapanować nad bestią. Najpierw uczymy się dojechać do mety… w jednym kawałku. Dopiero później można myśleć o laurach. Dokładnie tak samo jest tutaj. Początki są dość trudne i momentami frustrujące („dlaczego ta
Gra trafiła do polskich sklepów (nie znajdziecie jej w kioskach) w bardzo atrakcyjnej cenie, w niezbyt atrakcyjnym wydaniu. Za około 2000 groszy dostaniemy grę w pudełku DVD i… nic poza tym. Rozumiem, że za takie pieniądze nie wypada oczekiwać cudów, ale są pewne granice. O ile w prymitywnym FPSie można obejść się bez instrukcji, to w skomplikowanej symulacji jaką jest ta gra już nie. Co prawda, dystrybutor zamieścił ją w formie pdf na płycie, ale to nie to samo. Jednak największą wadą, dla większości graczy 32nd AC będzie jej… tematyka. Być może zabrzmiało to idiotycznie, ale tak właśnie jest. Nie ma tu wielkich prędkości ani wciskającego w fotel przyspieszenia. Wirtualne regaty są bardziej relaksujące niż emocjonujące. Na początku gra bawi, ale po 2-3 godzinach wkrada się nuda. Pod względem technicznym 32nd AC niczego nie brakuje. Mamy bardzo ładną grafikę, świetną oprawę audio (ech gdyby nie ten brak muzyki), całkiem niezłe AI, świetny samouczek i wiele innych zalet. Gra działa płynnie, bez zwisów i problemów. Jedyną rzeczą, do której mogę się przyczepić - ale tego nie zrobię - jest mała różnorodność. To w końcu symulator skupiający się na jednym, konkretnym pucharze. To tak jakby czepiać się, że w symulatorze F1 nie ma Monster Trucków. 32nd America Cup to gra raczej dla pasjonatów niż masowego odbiorcy. Właśnie tak należy do niej podchodzić i ją oceniać. Zupełnie tak jak wszelkie managery – żeby daleko nie szukać Football Manager. Zbiera wysokie oceny (średnia 80-90%), ale przeciętnego Kowalskiego wśród graczy zanudzi na śmierć. Koniec końców 32nd AC otrzymuje ode mnie w pełni zasłużoną siódemkę. Za bardzo wysoki realizm, oprawę graficzną, rozbudowany multiplayer, brak muzyki i intuicyjne sterowanie. Zanim jednak popędzicie do sklepu, zagrajcie proszę w demo.

Składam podziękowania za współpracę firmie City Interactive
Paweł „djsound” Jankowski














grudzień 6th, 2007 o 15:21
nie wiem… wole jednak postala ;P