» DeDark | niedziela, 13-1-2008 2:49 |
|

Kiedy spada się z wysokiego „ce”, huk zawsze jest wielki. W branży gier komputerowych upadek taki zazwyczaj niesie ze sobą katastrofalne skutki. No bo jak odzyskać utracone zaufanie graczy? Albo jak skłonić zawiedzionego klienta, żeby jeszcze chociaż raz sięgnął po produkty splamionej firmy? Jeśli pamiętasz jeszcze, drogi Czytelniku, grę Szymek Czarodziej 3D, to z pewnością zgodzisz się ze mną, że tytuł ten najwyższych lotów nie był. Czy w tej sytuacji w obliczu premiery czwartej części warto sobie przypomnieć o tej znakomitej niegdyś serii? Recenzent prawdę Ci powie.
Simon jest z pozoru całkiem przeciętnym nastolatkiem, jakich wiele w dzisiejszych umundurkowanych czasach. Pod pewnymi względami jednak jest to chłopak wyjątkowy. Niezwykłość jego objawia się głównie w tym, że nasz bohater ma w pokoju szafę. Też mi wyjątkowość – pewnie Ty też masz, drogi Czytelniku, w mieszkaniu przynajmniej jeden taki mebel i jakoś nikt nie twierdzi, że jesteś człowiekiem niepowtarzalnym. Na szczęście dla autorytetu recenzenta jednak szafa Simona nie jest taka znowu standardowa – mebel ten różni się od innych jemu podobnych zastosowaniem. Simon wykorzystuje swoją szafę do przedostawania się w odległe wymiary, a konkretnie do krainy magicznej, w której występuje jako czarodziej. Głupie? Może, ale graczom się podoba.
W czwartej części Simon znowu będzie zmuszony skorzystać z „usług” szafy. Wszystko przez jego nadpobudliwego braciszka, który w intrze do gry rzuca w niego pilotem do telewizora i… trafia – udaje mu się Szymka znokautować. Umysł naszego bohatera znajdującego się z konieczności w pozycji horyzontalnej pracuje jednak nad wyraz sprawnie. Przed oczami staje mu jego znajoma z krainy magii, Alix. Dziewczyna wzywa go i prosi o pomoc. Jak każdy mężny bohater Simon nie daje na siebie długo czekać – kiedy tylko odzyskuje przytomność niezwłocznie wsiada do szafy i udaje się tam, gdzie został wezwany. Na pohybel nikczemnikom!
Tak pokrótce przestawia się zarys fabuły czwartej części przygód Simona Czarodzieja. Więcej nie napiszę, bo mi nie wolno, wskazane jednak byłoby, gdybym ocenił jakość historii już po zapoznaniu się z jej całością. I muszę przyznać, że jest całkiem nieźle. Kiedy zobaczyłem akcję z pilotem-destruktorem na samym początku gry, pomyślałem sobie, że czeka mnie fabularna droga przez mękę. Na szczęście wszystkie późniejsze elementy historyjki są już znacznie bardziej strawne i odkrywanie ich nawet sprawiało mi przyjemność, co po niektórych słabo napisanych adventurach, w które miałem wątpliwą przyjemność pogrywać ostatnio, takich jak Undercover: Operation Wintersun, jest całkiem miłym urozmaiceniem.
„Znam wiele świrniętych babek, ale ta kura wygląda na potężnie zdołowaną”
Ale fabuła to zaledwie wierzchołek góry lodowej. Nie mniej ważne są przecież dialogi, zagadki, lokacje czy długość gry. Pora zatem rozłożyć te wszystkie elementy na części pierwsze. Zacznę od dialogów, w logiczny sposób powiązanych z warstwą fabularną Simona the Sorcerer 4. Seria przygód młodego czarodzieja słynie przecież z genialnego humoru językowego. Nie inaczej jest tym razem, chociaż poprzednie części gry stały chyba pod tym względem na odrobinie wyższym poziomie. Teraz jest nieco gorzej, ale i tak nie przeszkadza to raczej w pozytywnym odebraniu całości. Uwagi bohaterów bywają kąśliwe jak należy, a postaci różnią się od siebie stylem wypowiadania się (przykłady: kucharz z pizzerii raz po raz wzbogaca dialogi różnymi uwagami w języku używanym na całym włoskim bucie, a upierdliwy Czerwony Kapturek dogaduje i pyskuje komu popadnie). Słowem – jest dobrze.
Samo prowadzenie dialogów w większości przypadków ogranicza się do odsłuchania wszystkich dostępnych opcji dialogowych, zdarzają się jednak sporadycznie przypadki, kiedy gra każe nam wybrać jakąś wersję i od tego, co wybierzemy zależeć będzie jak potoczy się rozmowa. Osobiście preferuję tę drugą metodę prowadzenia rozmów w przygodówkach – znacznie bardziej wolę wpływanie na kształt konwersacji od biernego uczestniczenia w dialogu. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że gdyby rozmowy w grze zostały zrealizowane tylko w ten sposób, pewnie za każdym razem czułbym niedosyt i dziką ciekawość, które kazałyby mi kombinować, co by się wydarzyło, gdybym wybrał inną opcję. Mimo mojego lekkiego skrzywienia w stronę indywidualizmu muszę przyznać więc, że zastosowana w grze metoda jest optymalna.
Bez względu na to jednak, jakie by nie były fabuła i dialogi Simon nie mógłby na rynku zaistnieć jako gra przygodowa, gdyby nie zagadki. To one są solą każdego tytułu adventure i to ich jakość zasadniczo wpływa na ocenę każdego produktu. S4 wypada pod względem zagadek nieźle, choć bez błysków. Rzekłbym, że jest to niezłość ze wskazaniem na przyzwoitą przeciętność. Nasz bohater w trakcie całej gry zbiera niezliczoną ilość przedmiotów postępując zgodnie z zasadą znaną wielu gospodyniom domowym, ale nie mojej mamie – „a nuż kiedyś to się przyda”. Jako że gra jest standardowym point and clickiem zbieranie przedmiotów jest lekkie, łatwe i przyjemne, chociaż dość często występuje bardzo nielubiana przez graczy konieczność polowania na piksele. Kiedy już wszystko wraz z Szymkiem pozbierasz, drogi Czytelniku, zachodzi zazwyczaj konieczność użycia wspomnianego „wszystkiego” w odpowiednim miejscu. Gra jako całość nie stawia zbyt wygórowanych wymagań intelektualnych i w większości przypadków chwila zastanowienia wystarczy, żeby dojść do tego co i gdzie umieścić. Zdarzają się w grze jednak momenty trudniejsze – wtedy będziesz musiał poświęcić myśleniu trochę więcej czasu, ale nie ma w Simonie 4 miejsc nie do przejścia bez solucji i to się chwali. Gra jest w stu procentach liniowa.
Długość gry. Gdzie te czasy, kiedy w gry przygodowe grało się tygodniami. Przykrym standardem jest obecnie to, że na przejście przygodówki wystarcza magiczne 10 godzin. Na szczęście Simon staje na wysokości zadania i zabawa w fantastycznym świecie (to tam toczy się praktycznie cała gra – akcja z pilotem odbywa się co prawda w mieszkaniu, ale jest tylko jednym krótkim epizodem) trwa znacznie dłużej. Fabuła gry jest tak zręcznie poprowadzona, że kiedy już zaczyna wydawać się, że Szymon po raz kolejny uratuje świat przez zagładą, nagle jego świat przewraca się do góry nogami i musi zaczynać wszystko niemal od początku. Przyznam się, że ja sam, jako recenzent, nie mogłem doczekać się, kiedy ta gra się skończy. Było tak nie dlatego, że gra nie przypadła mi do gustu. Nic bardziej mylnego – wprost pochłaniałem ciekawe przygody Simona całą powierzchnią ciała. Po prostu zaczęły mnie gonić nieprzekraczalne terminy, a Simon 4 ciągle trwał. Z punktu widzenia każdego nieobarczonego deadline’ami gracza jest po prostu pięknie!
„Napisał wszystkie listy miłosne w dwóch kopiach i powkładał je do koszulek”
Od strony graficznej najnowszy Simon the Sorcerer prezentuje się bardzo dobrze. Świadomi przyczyny porażki poprzedniczki nowi twórcy gry zrezygnowali z przeforsowywania pełnego trójwymiaru na rzecz grafiki 2,5D – ładne trójwymiarowe postaci biegają w grze po rysowanych tłach. Dzięki zastosowaniu tego wybiegu gra się komfortowo. Warto nadmienić jeszcze, że gra zaprasza do odwiedzenia całkiem przyzwoitej ilości lokacji, pomiędzy którymi można szybko poruszać się przy pomocy specjalnej mapy. To dobre rozwiązanie – niekiedy kota można dostać przy kolejnym przechodzeniu na drugi koniec planszy. A tak obyło się bez kota – i bardzo dobrze, bo chociaż futrzaki bardzo lubię, to jednak nie wyobrażam sobie posiadania jednego w swoim domu.
Jeżeli chodzi o sferę dźwięków, to muszę grę zarówno pochwalić, jak i zganić. Zacznę może od tego drugiego. Muzyka w S4 jest tragiczna – tego po prostu nie da się słuchać. Pragnę przypomnieć twórcom produktu, że czasy muzyki zapisywanej w formacie midi dawno minęły i że współcześni gracze wymagają czegoś więcej. Nie mówię, że ma to być muzyka rewelacyjna jak w przypadku przygodówek Cryo, ale niech to chociaż będą dźwięki nieprzeszkadzające w odbiorze fabuły. Na szczęście honoru części głośnikowej bronią dobrze nagrane angielskie głosy (a postaci jest dość sporo – m. in. nasz stary znajomy Kalypso). Podkładający ewidentnie znają się na swojej robocie. Szkoda tylko, że City Interactive nie zdecydowało się na zatrudnienie aktorów do polskiej wersji językowej. Do dzisiaj wielu graczy miło wspomina Macieja Stuhra, który był bodaj jednym z niewielu plusów Szymka Czarodzieja 3D.
Polska wersja językowa jest nierówna. Ogólne wrażenie jest dobre, ale zdarzają się dziecinne błędy, w rodzaju napisania „tą” zamiast „tę” i tym podobne. Co ciekawe tłumacze nie odwalili swojej roboty jak to dość często bywa – starali się oni profesjonalnie podejść do postawionego im zadania lokalizacji gry i wykazali się weną twórczą. Dzięki temu również i polscy gracze mogą w grze znaleźć coś znanego im z rodzimego podwórka – na przykład nawiązania do Katarzyny Obciachopek. Fajne urozmaicenie.
I to by było na tyle, jeżeli chodzi o recenzję poszczególnych elementów Simona the Sorcerer 4. Pora na podsumowanie i wnioski końcowe. Czy warto zatem sięgnąć po nowe przygody Szymka? Myślę, że tak. Gra stara się zatrzeć złe wrażenie pozostawione przez poprzednią część, oznaczoną podtytułem 3D i nawet całkiem dobrze jej się to udaje, dlatego zachęcam wszystkich tych, którzy zagrywali się w dwie pierwsze części gry do dania Simonowi jeszcze jednej szansy. Może nie jest to jakiś super hiper ekstra błyskotliwy tytuł, ale już dla samej długości gry i ciekawej historyjki warto w niego zagrać. I chociaż echo huku pozostawionego przez poprzedniczkę ciągle jeszcze pobrzmiewa w uszach graczy, to pewnie jeśli zdecydują się oni zagrać w czwórkę, stanie się ono chociaż trochę cichsze. Tego Tobie, drogi Czytelniku, i wszystkim fanom Simona życzę.

Składam podziękowania za współpracę firmie
City Interactive
Samuel “Sammy” Suder









