» DeDark | czwartek, 21-2-2008 18:36 |
|

7 grudnia 1941 roku Japończycy zaatakowali Pearl Harbor. Amerykanie spodziewali się w zasadzie wszystkiego: lądowania UFO, ataku Godzilli, zgaśnięcia Słońca, wyschnięcia Atlantyku, ale nie zmasowanego ataku o świcie. Skutki możemy obejrzeć na fotografiach lub w szmirach pokroju Pearl Harbor z „boskim” Benem A. w roli głównej. Ale po co się biernie przyglądać skoro można samemu zasiąść za sterami i dokopać wybranej stronie konfliktu?
A tych są oczywiście dwie – Amerykanie i Japończycy. Autorzy przygotowali cztery kampanie dla pojedynczego gracza (po dwie na kraj) oraz tryb multiplayer (także z botami) za co należą im się wielkie brawa i niski ukłon z dotknięciem czubkiem nosa do ziemi. Bo ile można wcielać się w dobrych chłopców wujka Sama i strzelać do złych skośnookich panów? Fajnie, że choć raz można założyć przepaskę na głowę, zasiąść za sterami Mitsubishi Zero i ku chwale Cesarstwa posłać na dno Pacyfiku chłopców z Ameryki. Nie ma tu żadnej fabuły – wcielamy się po prostu w pilota… a raczej pilotów, którzy wykonują szereg coraz trudniejszych misji. Są nim Douglas Knox oraz Zenji Yamada. Imiona te nie są przypisane na stałe. Jeśli tylko chcemy, możemy je zmienić. Kolejnym plusem jest śladowa nieliniowość. Najczęściej możemy wybrać jedną z dwóch, trzech odblokowanych misji. Z czasem zdobywamy stopnie, odznaczenia, odblokowujemy nowe samoloty. Co ciekawe mamy ich ograniczoną ilość i – uwaga - nie możemy powtarzać misji! Jeśli za bardzo oberwiemy nasza postać katapultuje się ratując sobie życie. Misja zostanie uznana za nieudaną (na dobre!), samolot przepadnie a naszą reputację szlag trafi. Stanie się tak nawet jeśli zrezygnujemy z niej w połowie (bo z jakiegoś powodu musimy wyłączyć grę). Dziwaczny pomysł. To ma być lekka, łatwa i przyjemna strzelanka, a nie pokręcone niewiadomo co. Nawet w ultra realistycznym symulatorze uznałbym ten pomysł za delikatnie mówiąc poroniony. A co dopiero w zręcznościówce! Całe szczęście, że pozostałe elementy trzymają się przysłowiowej kupy i nie ma już żadnych „udziwnień”.
Atak na Pearl Harbor to jak już mówiłem zręcznościówka i jeśli ktoś liczył na symulator… cóż. Nie ten adres. Sterowanie jest tu wyjątkowo proste, a miłośnicy realizmu dostaną palpitacji serca gdy zobaczą na co stać drugo wojenne myśliwce. Aha, tak dla formalności - amunicja jest nielimitowana – jedyne co nam grozi to przegrzanie się karabinów, ale wystarczy strzelać krótkimi seriami aby nie mieć absolutnie żadnych zmartwień związanych z uzbrojeniem. Sterowanie jest bardzo proste i intuicyjne. Za wszystko odpowiada myszka oraz kilka klawiszy na klawiaturze. Wierzcie mi - prościej się nie da. Misje które wykonamy można podzielić na kilka typów: ochronę celu (naziemnego, „nawodnego” czy bombowców), bombardowanie (okrętów, budynków etc.) oraz typowe walki powietrzne sprowadzające się do zestrzelenia wszystkiego co lata i jest zaznaczone jako wróg. Osobiście najwięcej frajdy sprawiały mi misje typu „(nie taki znowu) silent hunter” czyli torpedowanie wrogich okrętów. Najgorsze i najbardziej frustrujące były wszelkie ochrony przed zniszczeniem. To zasługa wyjątkowo słabego AI, które idealnie określa słowo – „nijakie”. Niby są, a jakby ich nie było. Ot fruwają sobie, ale to na naszych barkach spoczywa odpowiedzialność za powodzenie misji. Nieco lepiej jest z przeciwnikami, ale to i tak tylko latające mięso armatnie. W pojedynkę są niczym, a ich jedyną siłą jest liczebność. Zależało mi na przetestowaniu trybu multiplayer, ale niestety mimo prób nie udało mi się znaleźć chętnych do zabawy. No dobra, raz trafił się serwer na którym grała „aż” jedna osoba. Musiały mi wystarczyć sterowane przez komputer boty. Mimo to powietrzny deathmatch był całkiem przyjemny. A byłby jeszcze przyjemniejszy gdyby nie kolejne chore rozwiązanie. Walcząc z AI mamy tylko JEDNO „życie”! Żadnego respawnu, zero apteczek ani regeneracji „zdrowia”. Nic.
Atak na Pearl Harbor cierpi na przypadłość typową dla tego typu gier – przeciętną oprawę audio/video. Pomijam tu wyjątki takie jak Blazing Angels w które włożono miliony dolarów i lata pracy. AnPH to zupełnie inna liga. A wracając do tematu. Autorzy postawili na komiksowy styl i muszę przyznać, że wyszło to grze na zdrowie. Grafika jest ładna: najlepiej wygląda niebo, najgorzej opustoszała powierzchnia ziemi i dziwnie małe budynki (taki brak proporcji ma budować wrażenie lotu na dużej wysokości). Wygląda to tak sobie ale kto powiedział że w grze najważniejsza jest grafika? (pomijam marketingowców „Dużych Firm” wciskających rewelacje typu „patrzcie jakie ładne listki ma ten krzaczek”). Strona dźwiękowa gry zasługuje na porządną czwórę w szkolnej skali. Nie jest źle, ale na kolana nic nikogo nie powali. Ani muzyka, ani efekty, ani „pseudo-ryk” silników.
Atak na Pearl Harbor został wydany w polskiej kinowej wersji językowej. Nie należę do osób, które z uporem maniaka szukają brakujących przecinków bo najzwyczajniej w świecie nie ma na to czasu. Akcja jest zbyt intensywna. Co innego instrukcja. Można rozsiąść się w fotelu i porządnie „wczytać”. Zauważyłem jedną wpadkę – wydawca najwidoczniej chciał zaoszczędzić i wydrukował ją w odcieniach szarości przez co w opisie interfejsu pojawiają się dwie takie same ikonki symbolizujące odpowiednio wroga i sojusznika. Powinny być czerwone i zielone, ale tu oba są ciemne. Ot drobiazg, ale jak to drobiazg - w oczy kole ;) A skoro poruszyłem temat instrukcji. Niewielki plusik należy się za okładkę. Udaje – bardzo skutecznie – filmowy plakat. Fajny patent. W środku pudełka nie znajdziemy żadnych gratisów. A szkoda, bo ostatnio polscy dystrybutorzy są wyjątkowo hojni. No dobrze wypadało by zebrać do kupy wszystkie wnioski i sklecić z nich jakieś małe podsumowanie.
Być może niektórzy z Was zastanawiają się dlaczego ta recenzja jest taka krótka? Dlaczego nie opisałem bardziej tzw. osobistych „wrażeń”? Odpowiedź jest prosta – gra mi ich nie zapewniła. Atak na Pearl Harbor to lekki, nie taki znowu łatwy i… niestety nijaki relaksator. Gra się całkiem przyjemnie, ale brak intensywnego klimatu czy wrażenia uczestnictwa w epickim starciu sprawia że nudzimy się po wykonaniu jednej, dwóch misji. Biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw nie mogę wystawić oceny wyższej niż 6/10. Niestety o ile jestem w stanie wybaczyć nawet najbrzydszą oprawę audio/video to dziwnych rozwiązań i ogólnej „nijakości” rujnujących grywalność już nie.

Składam podziękowania za współpracę firmie Nicolas Games
Paweł „djsound” Jankowski













