» DeDark | środa, 27-2-2008 0:25 |
|

Strach jest silną emocją będąca naturalnym mechanizmem obronnym, który niejednokrotnie pozwalał przetrwać naszym przodkom. Gdy odczuwamy strach nasze nadnercza zaczynają wydzielać adrenalinę a nasz organizm zaczyna przygotowywać się do walki. Serce zaczyna szybciej bić, wzrasta ciśnienie krwi, rozszerzają się źrenice… Pytanie brzmi: ile jest strachu w S.T.R.A.C.H.U. i czy adrenalina ma coś z tym wspólnego?
Już na samym początku mogę stwierdzić, że F.E.A.R. to gra wybitna. Grafika, dźwięk, lokacje, fabuła, sztuczna inteligencja… To wszystko składa się na niesamowity klimat. Co ja mówię? To jest KLIMAT jakiego często nie spotyka się w grach komputerowych. Teraz jak to zwykle bywa w recenzjach, nastąpi opisanie elementów składowych tego tytułu.
Jeśli chodzi o fabułę to w grze wcielamy się w członka specjalnej jednostki wojskowej zajmującej się zjawiskami paranormalnymi. Obdarzeni niesamowitym refleksem – zdolnością niezwykle przydatną na polu walki – zostajemy wybrani na ochotnika, który pierwszy ruszy na spotkanie z wrogiem. Otrzymujemy za zadanie unieszkodliwienia Paxtona Fettela, który wymknął się spod kontroli korporacji Armacham Technology Corpotration (ATC) wraz z batalionem (około tysiąc żołnierzy) klonów. Fettel jest wynikiem tajnego projektu, którego celem było stworzenie idealnego dowódcy, który będąc w stanie kontaktować się z podwładnymi telepatycznie będzie w każdej chwili świadomy sytuacji na całym polu bitwy. Jest jeden sposób by pokonać jego mała armię – eliminacja dowódcy bez którego żołnierze staną się bezwładnymi kukłami. Niestety łatwo powiedzieć, z wykonaniem niestety bywa trudniej. Zwłaszcza, że sama korporacja nie będzie stała bezczynnie patrząc jak poznajemy jej brudne sekrety. Dodatkowo przez całą grę przewijać się będzie mała dziewczynka imieniem Alma, której historię będziemy odkrywać w czasie rozgrywki. Wygląda ona jakby była wyjęta z żywcem z jednego z wielu japońskich horrorów. Tak więc ruszamy do boju wspierani przez jednostkę Delta Force (która, swoją drogą, szybko zostanie wyeliminowana) nękani nie tylko przez jednostki wroga ale też przez szepty Almy i dziwne wizje, które sprawią, że zaczniemy się zastanawiać kim tak na prawdę jest nasz bohater.
F.E.A.R. nie należy do najłatwiejszych gier. Na wysoki poziom trudności składa się bardzo dobra sztuczna inteligencja oraz wierne odwzorowanie zasad rządzących realnym światem. Jest to jedna z tych gier, w której wirtualni przeciwnicy będą stanowić nie lada wyzwanie i to nie z powodu ich przewagi liczebnej lecz z powodu ich inteligencji. Zachowują się tak jak na żołnierzy przystało, chowają się za wszelkimi osłonami będącymi w ich zasięgu, próbują zajść nas od tyłu (co bardzo często się im udaje) a co gorsza są bardzo skuteczni w stosowaniu granatów. Nie jest to gra w której wrogowie całymi zastępami biegną prosto pod nasze lufy. Nie jest to również produkcja w której przeciwnicy dysponują sokolim okiem i potrafią trafić w monetę jednogroszową z odległości trzech kilometrów z opaską na oczach jednocześnie rozwiązując krzyżówkę. Zdecydowanie to nie jest taka gra. Tutaj wszyscy zachowują się – nie boję się użyć tego słowa – realistycznie. Są w pełni świadomi otaczającego ich świata i reagują na wszelkie odgłosy a nawet na światło naszej latarki. Wszystko to sprawia, że do każdej potyczki podchodzimy z bijącym sercem i wypiekami na twarzy. Nawyk zapisywania stanu gry przed otworzeniem każdych drzwi lub wyjrzeniem za róg również nie będzie niepotrzebny. Tutaj będzie regułą. Ale wierzcie mi, dawno nie było gry, która daje taką satysfakcję z wymiany ognia.
Jak już wspomniałem mamy do czynienia z armią klonów. Tak więc dużego zróżnicowania jednostek nie należy się spodziewać. Będą to zwykle komandosi, od czasu do czasu do czasu trafią się też bardziej opancerzone jednostki nazywane Zbrojami. Są oni prawdziwym wyzwaniem bowiem potrafią przyjąć na siebie wiele bezpośrednich trafień zanim padną. Dodatkowo są oni dobrze uzbrojeni. Od czasu do czasu pojawią się jednostki mogące wtapiać się w otoczenie będące niezwykle szybkie. Atakują znienacka i ciężko je trafić. Poza tym spotkamy jednostki mechaniczne takie jak roboty bojowe z wyrzutniami rakiet i latające jednostki strzelające laserami. Mniej więcej od poły gry będziemy mieli tez do czynienia z ochroną Armacham, lecz oni również nie są zbyt zróżnicowani. Co ciekawe da się zaobserwować różnice w zachowaniu pomiędzy komandosami a ochroniarzami. Ci drudzy sprawiają wrażeni mniej wprawionych w bojach i popełniających od czasu do czasu drobne błędy. Nie znaczy to jednak, że można ich nie doceniać. Podsumowując – widowiskowość ponad zróżnicowanie.
Aby rozprawić się z takim zagrożeniem potrzebny jest prawdziwy arsenał. No i mamy do dyspozycji wiele rodzajów broni, z czego każda zachowuje się inaczej pod względem pojemności magazynka, odrzutu, czasu przeładowania i zasięgiem. Często gdy walka nie rozwija się po naszej myśli najlepszym rozwiązaniem jest zmiana broni i podejście z innej strony. Większość arsenału to broń wzorowana na prawdziwej broni palnej. Jest więc pistolet, strzelba, karabiny maszynowe, wyrzutnia rakiet i granatnik. Zdziwiłem się bardzo gdy okazało się, że w przeciwieństwie do innych gier, pistolet nie jest jedynie nic nie znaczącą pozycją, dzięki której pokonamy jedynie najsłabszych przeciwników na początku gry. Tutaj tej rodzaj broni sprawdza się doskonale przez cała grę. Nie zabrakło również arsenału bardziej futurystycznego jak na przykład snajperka, strzelająca wiązką lasera zamieniającego wrogów w kupkę kości (dosłownie). Zawsze też możemy załatwić wroga bez żadnego wystrzału. Wystarczy zakraść się i przywalić mu kolbą. Oprócz broni palnej są tez materiały wybuchowe w postaci dwóch rodzajów granatów oraz miny.
Czas na opis wrażeń audiowizualnych. Za oprawę graficzna gry odpowiada najnowsze wcielenie silnika Lightech zwące się Jupiter EX. Generuje on grafikę oferującą wszystko na co tylko stać karty wspierające DirectX 9. Wbrew obecnej propagandzie faworyzującej najnowsze wcielenie DirectX, jest to grafika najwyższych lotów. Każdy strzał pozostawia odpowiedni efekt na ścianach z których odrywany czasem dość spory kawałek. Często strzelanina sprawi, ze w powietrze wzbije się pył blokujący widoczność. Wystarczy przyjrzeć się mu za pomocą snajperki by przekonać się, że on rzeczywiście składa się z maleńkich drobin. W ogóle to sam widok ze snajperki wygląda fenomenalnie. Równie efektownie przedstawiają się wybuchy granatów. W skład silnika graficznego wchodzi między innymi Havok, odpowiadający za wierne odzwierciedlenie fizyki realnego świata. Niestety interakcja z otoczeniem jest dość ograniczona. Jeśli chodzi o tereny jakie zwiedzimy to będzie to oczyszczalnia ścieków, biurowiec, opuszczona dzielnica i tajny kompleks Armacham. Ich wygląd jest zróżnicowany i dopracowany. Nie grozi nam więc nuda.
Jeśli chodzi o to co dobiega do naszych uszu to w tym przypadku dźwiękowcom należy się medal. Muzyka typowa dla horrorów nakręca atmosferę. Często też jesteśmy świadkami komunikacji między przeciwnikami. Widzę go! Idź to sprawdzić! Nie ma mowy! Cholera! Potrzebujemy wsparcia! Wszystko to sprawia, że świat staje się bardziej wiarygodny. Od czasu do czasu słyszymy też audycje radiowe przedstawiające sytuację z punktu widzenia kogoś z zewnątrz. Pewnie powtarzam się pisząc jak znakomicie buduje to klimat lecz taka jest po prostu prawda. Polska wersja językowa jest wersje kinową. I bardzo dobrze. Nie wyobrażam sobie Fettela mówiącego po polsku.
Czyżbyśmy mieli zatem do czynienia z gra idealną? Cóż… Mamy do czynienia z gra liniową w której jesteśmy prowadzeni jak po sznurku. Jest tez trochę schematyczna. Wymiana ognia, długo nic, wymiana ognia i znów przerwa. W czasie premiery wadą były również dość wysokie wymagania sprzętowe. Lecz są to mało znaczące wady, bowiem reszta całkowicie je rekompensuje.
Tak więc mamy grę z akcją rodem z filmu akcji Johna Woo, który potrafi wciągnąć niczym bagno i do tego od czasu do czasu przestraszyć. Wszystkie opisywane przez mnie elementy gry sprawiają, ze czujemy się ciągle jak zaszczute zwierzę na które rozpoczęto polowanie na szeroką skalę. Jakby do tego dodać satysfakcję z pokonania wrogów to mamy wspaniała produkcję w która grzechem byłoby nie zagrać. Polecam!
Marcin”joszko” Brzeski














luty 27th, 2008 o 0:55
[…] Ciąg dalszy recenzji na łamach serwisu Voodoo Guild […]