» DeDark | czwartek, 6-3-2008 5:47 |
|

Ech… czytacie te słowa? To dobrze, bo oznacza to, że pisanie najgorszej recenzji w życiu mam już za sobą. Dlaczego najgorszej? Cóż, nigdy nie miałem „przyjemności” testowania tak nudnej, nieciekawej i spartaczonej produkcji. Szczegóły w dalszej części tekstu.
Zacznijmy od tego, że uwielbiam strategie turowe. Zagrywałem się godzinami w Battle Isle 4, z przyjemnością (niemal) ukończyłem Silent Storm i kilka innych produkcji. Gdy tylko Shock Force trafiła do naszej redakcji ucieszyłem się jak dziecko z kolejki elektrycznej (z dostępem do Internetu, bo sama kolejka nie była by „trendi”). Jak można nie wziąć gry, którą dystrybutor opisuje jako „zaawansowany symulator pola bitwy przedstawiający hipotetyczny konflikt pomiędzy wojskami NATO, a siłami syryjskimi, który mógłby wydarzyć się w najbliższym czasie”? Niestety już po pierwszych 10 minutach gry okazało się, że nie będzie lekko. I to wcale nie z powodu wysokiego poziomu trudności, a masy błędów i niedoróbek. Nawet nie chce mi się ich wszystkich wymieniać (AI, fatalny interface, słaba optymalizacja i masa irytujących drobnostek takich jak dziwnie działające granaty) Niech przemówią liczby… do tej pory ukazało się kilka patchy, które łącznie zajmują – uwaga – prawie 700 MB! Z jednej strony to dobrze, że producent wziął się za poprawianie błędów, ale z drugiej nie lubię gdy robi się z nas – wybaczcie słownictwo – cholernych beta testerów! To jest po prostu nieuczciwe. Niestety, żadna łatka nie naprawi największej wady tej gry – absolutnej nudy i zerowej satysfakcji z odnoszonych zwycięstw. I co gorsza tej gry nie da się po prostu załatać – ją trzeba zrobić na nowo. Od podstaw. O ile w innych strategiach autorzy robią wszystko aby mapy były w miarę realistyczne (ograniczanie „końca” mapy górami, wysokimi budynkami, lasami etc.) to tutaj za każdym razem trafiamy na „kwadrat”, który wygląda jak DOSŁOWNIE odcięta od reszty świata „wyspa” unosząca się w powietrzu! Strach podchodzić do krawędzi, bo można spaść w czeluść Końca Świata :) Takie podejście do sprawy rujnuje wrażenie „bycia tam”, a co za tym idzie – grywalność. Mapa to żadne tam miasto, droga, pagórek ani wioska. To „wirtualna gra planszowa dla wojskowych”. Dla niewielkiej grupy graczy będzie to zaleta, dla większości duża wada. Kolejnym genialnym (inaczej) pomysłem jest tryb RTS. Odpadają tury, nerwowe oczekiwanie na ruch wroga. Może gdyby interfejs nadawał się do czegoś więcej niż zasłaniania części ekranu miałby on jakikolwiek sens. A tak… Zanim wydamy odpowiedni rozkaz przeciwnik zniszczy nam czołg, którego wrak zdąży nie tylko zgasnąć, ale i porządnie zerdzewieć. Ok, trochę przesadziłem, ale fakt jest faktem, że wydawanie rozkazów trwa tu wieczność.
Gra ma swoje plusy (niewiele, ale jednak). Miłośnicy militariów z całą pewnością uśmiechną się od ucha od ucha widząc cały ten sprzęt. Nie można zapomnieć o wysokim stopniu realizmu. Przeciwnika trzeba szanować, bo wystarczy jedno celne trafienie z RPG i można stracić niezwykle cenny pojazd (a jeśli przewoził piechotę… cóż. Sami sobie dopowiedzcie resztę). Zwykły karabin nie robi na czołgu najmniejszego wrażenia… no chyba że ktoś martwi się o świeżo położony lakier ;) Takie i wiele innych rzeczy należy brać pod uwagę zanim ruszy się nawet na niewielką grupę wroga. Nie mówiąc o walce w miastach. Niestety, jedną z ostatnich rzeczy, którą mógłbym uznać za dobrze zrobioną to oprawia audio/video. Czy każdy symulator musi być taki paskudny? Żeby chociaż jakość grafiki przekładała się na wydajność… oj nie. Na upartego można powiedzieć, że wygląd gry jest odwrotnie proporcjonalny do wydajności. No dobra, przyznaję – modele jednostek są bardzo szczegółowe, ale nie zmienia to faktu, że gra jako całość jest paskudna. To samo tyczy się udźwiękowienia. Jeśli liczycie na porządne efekty podczas walk zawiedziecie się. Do dziś pamiętam jakie wrażenie zrobił na mnie wystrzał z działa ciężkiego czołgu w Battle Isle 4. Czuło się moc „zaklętą” w pocisku, który masakrował mniejsze pojazdy. Tu coś tam sobie wybucha, ale nawet w 1/10 nie jest tak dobre jak u konkurencji. Muzyka… zaraz jaka muzyka? Coś tam w ogóle grało w tle? Z reguły zwracam na nią uwagę, ale skoro nic mi nie utkwiło w pamięci to albo nie było jej w ogóle, albo była po prostu słaba. Przychylam się ku temu drugiemu ;) No, ale dość tych żartów. Za wydanie SF w Polsce odpowiada Cenega. Mamy do wyboru dwie wersje językowe co z pewnością spodoba się osobom cierpiącym na „polonizacjo fobię”. Męcząc się z grą nie zauważyłem rażących jak halogeny błędów. Być może specjaliści od militariów wyłapią jakieś pomyłki (zapraszamy na forum). W pudełku oprócz płytki znajdziemy bardzo dobrą instrukcję, która wprowadzi w skomplikowany świat CM: SF. Warto do niej zajrzeć przed rozpoczęciem rozgrywki. No dobrze, ale przejdźmy do podsumowania.
CM:SF zrywa z drugą wojną światową i przenosi graczy we współczesne realia. To dobrze. Niestety ogromny potencjał został zmarnowany przez masę błędów, żałosny interface i po prostu paskudną oprawę audio/video. Wiele razy próbowałem podejść do tej produkcji. Mówiłem sobie „to tylko złe pierwsze wrażenie, dalej będzie lepiej”, ale niestety mimo upływających godzin nie było. Polecam jedynie wyposzczonym miłośnikom militariów, którzy nade wszystko cenią sobie absolutny realizm i zrobią dla niego wszystko łącznie z akceptacją tak poważnych błędów. Pozostali gracze, którzy tak jak ja na pierwszym miejscu stawiają grywalność lepiej niech trzymają się z daleka. Szkoda Waszego czasu, nerwów i pieniędzy.

Składam podziękowania za współpracę firmie
Cenega
Paweł “djsound” Jankowski













