» DeDark | środa, 12-3-2008 17:22 |
|

Kolejny fantastyczny świat. Ileż można, ja się grzecznie pytam? Po stokroć powtarzane, wciąż te same elementy nużą… czemu nikt tego jeszcze nie zauważył? Chociaż… gdy coś jest dobre, czy należy to zmieniać? Wszak jeszcze dodać należy, bo i w tym momencie dodać to wypada, że naśladownictwo formą podziwu jest, i to najwyższą. Więc jednak, pomimo wszystko, bez znużenia i uprzedzeń, po raz kolejny ruszyłem do ratowania fantastycznego świata, bom bohater urodzony. Ja, ostatnia nadzieja ludzkości – nie ważne ile razy te słowa powtarzałem, ważne jest to, że wciąż brzmią niezwykle wyniośle, napawając mnie dumą.
Przykre jest to, że w dzisiejszych czasach powiew oryginalności osiąga się zwykle całkowicie przypadkiem. Wspomnę to chociażby o grze Portal, która początkowo miała być małym projektem dwóch studentów. Młodzi wciąż myślą. Zapaleńcy, którzy chcą coś robić. Sztuka, dla sztuki, nie dla hajsu. Bo, powtórzę swoje pytanie, ileż można? Czy to prawda, że dochodzimy do momentu, w którym wszystko już było a każda następna gra może być uznawana jedynie za dodatek do produkcji, która ukazała się kilka lat temu i pokazała coś oryginalnego… oby nie, chociaż wersja beta gry Legend: Hand of God, która od pewnego czasu gości na moim twardym dysku podtrzymuje mnie w przekonaniu, że nie można wymyślić już nic nowego. A może nie warto? Takie myślenie jest dla nas krzywdzące, ale marketing nie zna skrupułów, bo czyż nie kupimy i tej gry, skoro w Sacreda i Dungeon Siege zagrywaliśmy się godzinami? Ano kupimy, bo i ta da nam masę podobnych emocji. Postarajmy się jednak zachować resztki granicy między „podobne” a „takie same”. Ale zacznijmy od początku.
Należy jednak wspomnieć, że produkt, w który dane mi było grać można uznać za niemal ukończony, a wszelkie pomniejsze błędy, jakie należy jeszcze poprawić są zanotowane przez programistów, co każe sądzić, że w dniu premiery nie spotka nas żadna przykra niespodzianka. Nie będę jednak pisał tego tekstu, jak każdej recenzji, gdyż późniejszy recenzent nie miałby prawie nic do roboty. Postanowiłem więc, że pokrótce opisze Legend: Hand of God, takim, jakim go widziałem.
A zaczęło się od niemałego szoku – oto właśnie, po ustawieniu przyzwoitych (czyt. Maksymalnych) ustawień graficznych gra odmówiła płynnego działania. Mam nadzieję, że to jedynie wina wczesnej wersji gry, gdyż gra nie oferuje powalającej oprawy graficznej, ani setek statystyk, które należałoby wyliczać. Gdy już byłem w stanie widzieć grę w miarę płynnie dostrzegłem przedstawiony zarys fabularny, który, co jest już standardem, zaczyna się od napadu wszelkiej maści zła na klasztor Zakonu Płomienia, który bronił krainę przed owy złem wszelakim. Teraz, gdy na straży nie stoi już nikt, prócz naszego dzielnego wojaka, należy poszukać pomocy w potężnej magii, która została zaklęta w przepotężnym artefakcie – Dłoni Boga. Problem w tym, że Dłoń została podzielona na trzy części. Jedna z nich przypadła w przydziale ludziom, toteż problemu z odnalezieniem jej nie będzie. Druga dostała się w ręce krasnoludów, z tymi jednak trzeba się dogadać, bo kontaktów z ludźmi dobrych nie mają. Z trzecią częścią jest najgorzej. Dostali ją elfowie, ale słuch o niej zaginął. Z pomocą przyjaciół z wielkimi wykrzyknikami nad głową powinno jednak udać Ci się wszystko.
Szybko okazuje się jednak, że nasi najlepsi przyjaciele, to nasze wyposażenie, my i… nasz gadający kursor! Pamiętacie może pełną humoru grę the Bard’s Tale? W niej główny bohater często prowadził dialogi z narratorem opowiadającym jego historię a ten sam, często bardzo ciętym językiem komentował poczynania barda. W Legend: HoG taką rolę spełnia właśnie mała wróżka (pamiętacie Dzwoneczka z Piotrusia Pana), która zarazem jest naszym kursorem, jak i pochodnią. W niebezpiecznych sytuacjach nie omieszka także w krytycznym momencie przypomnieć o zażyciu eliksiru przywracającego zdrowie, czy chociażby o tym, że nasz inwentarz nie jest bez dna i niedługo trzeba będzie z czegoś zrezygnować, lub jak najszybciej znalezione zabawki sprzedać, bądź przechować.
A naprawdę jest co zbierać – tony sprzętu to jest to, co każdy fan gier Hack&Slash musi kochać. Od niemal nic nie wartego złomu, po magiczne artefakty posiadające potężne właściwości – wszystko to znajdziemy także i tutaj. Wszystko jest całkowicie standardowo – broń podzielona na kilka klas (miecze, topory, obuchowe itd.), każda z nich ma nieco inne właściwości (topory, czy młoty są mocniejsze, ale wolniejsze od mieczy a korzystanie ze słabszej broni jednoręcznej umożliwi nam noszenie tarczy dodającej sporo punktów do pancerza) co pozwala nam na dostosowanie naszej postaci do zaistniałych potrzeb, bądź własnego stylu gry.
Zaplanowana z góry fabuła uniemożliwia nam jednak stworzenie całkowicie nowej postaci. Od początku jesteśmy skazani na animowanie niejakiego Targona, wokół którego rozgrywa się cała fabuła. Jedynie, co możemy z nim zrobić, to wybrać klasę postaci. A proces tworzenia, mimo, że prosty jest dość ciekawy i warty wspomnienia. Oto bowiem musimy dokonać wyboru dwóch spośród pięciu ścieżek, którymi będziemy rozwijać naszą postać. I tak, gdy zdecydujemy się na drogę magii i wiary stworzymy arcymaga a droga wojownika i wiary da nam w rezultacie klasę paladyna. Dodać należy, że obie te ścieżki są sobie równe, każda z nich będzie w przyszłości rozwijana tak samo, jak i druga. W kwestiach doświadczenia i poziomów mamy do czynienia również z całkowitym brakiem innowacyjności – tłuczemy przeciwników po łbach, by napełnić biały pasek, co owocuje trzema punktami do statystyk (te oczywiście stricte standardowe), oraz dwoma punktami umiejętności – po jedynym na każdą z wybranych wcześniej ścieżek rozwoju.
O walkach wspomniałem – pomówmy więc o nich w szerszym spojrzeniu, gdyż, jakby na to nie patrzeć, stanowią one najważniejszą część gry. O ile na początku dostajemy niejako fory, tak później robi się trudniej – siła naszych przeciwników wydaje się rosnąć znacznie szybciej, niż nasza własna. Może to być o tyle irytujące, że przez kilka poziomów system automatycznego generowania przedmiotów z poległych wrogów, kryjówek, czy skrzyń może nam wywalać jedynie marne imitacje prawdziwej broni. Gdy jednak na taką już trafimy, magicznie doładowaną setką dodatkowych obrażeń i udoskonaleń role się odwracają a nasz heros staje się istnym terminatorem niszczącym wszystko na jeden – dwa strzały. Sama walka prezentuje się niezwykle ciekawie – nasz bohater wyprowadza porządne ciosy, a gdy mu się uda, trafienie krytyczne ładnie zaakcentowane odpowiednią animacją przedstawiającą niezwykle potężny cios, bądź skomplikowaną kombinację kilku słabszych. Co ciekawe, oraz niezwykle miłe, gdy na naszej drodze stanie przeciwnik znacznie przewyższający swoimi gabarytami Targona ten nie drapie go po kostkach a wyskakuje i gimnastykuje się, by wyprowadzić cięcia na brzuch, szyję, bądź nawet głowę. Wreszcie czuć jednak i wrogi oręż. Trafiony przez silniejszego przeciwnika, nasz bohater pada na ziemie, by po chwili wstać i znów rzucić się do walki.
A ta raczej nie nudzi. Ilość napotkanych kreatur i ich różnorodność nie pozwala na monotonię. Również różnorodność terenów cieszy oko – górskie przełęcze, równinne polany, podziemne lochy, czy cmentarze to tylko szczyt góry lodowej, jakim jest cały świat oddany nam przez programistów i grafików w Legend: Hand of God. Nie można narzekać także na same projekty przeciwników, które wykonane zostały całkowicie poprawnie i mają swój klimat. Nie są może, jakoś cholernie przerażające, ale nie odstraszają cukierkowością. Bardzo miłym, szczególnie dla oka, detalem jest to, że w obrębie jednego gatunku potworów występują małe różnice, które jednak powodują, że zaciera się wrażenie walki z armią klonów. I tak niektóre orki posiadają tarcze (te będą częściej blokowały), a monstra na wyższych poziomach będą przewyższały swoich braci wzrostem.
Cóż… pierwsze wrażenie z gry jest jak najbardziej pozytywne – bez wodotrysków, kawioru i chóru a capella, ale jednak jest miło. Gra nie osiągnie wielkiego sukcesu, jak produkcje pokroju Diablo, Dungeon Siege, czy Wiedźmin, ale zapewne sami twórcy sami tego też nie planowali. Dostaniemy za to kawał dobrej gry, która fanom niezobowiązującej rąbaniny na pewno przypadnie do gustu i zatrzyma na dłużej. Więcej dowiecie się z przyszłej recenzji.
Za udostępnienie bety, składam podziękowania firmie Techland
Bartłomiej “SerafiN” Sieja.










marzec 12th, 2008 o 20:51
Miło wygląda ;)
marzec 25th, 2008 o 9:23
Beta test dosyc nudny ale gra wypas
marzec 27th, 2008 o 6:46
“Beta test dosyc nudny”
A może by tak jakieś argumenty?
marzec 29th, 2008 o 12:01
no wiesz… nie ma dużej czcionki, jak w Play, tanich grepsów, jak w Click!, znanych nazwisk, jak w CDA, technicznych wywodów, jak w KŚG, książkowej długości rodem z GOL to chociaż nuda musi być…