» DeDark | sobota, 8-3-2008 2:48

Survival horror – coś mi to kurde mówi, ale nie do końca wiem co. A wszystko przez to, że na naszych poczciwych błaszakach najzwyczajniej w świecie nikt takich gier wydawać nie chce. Mamy co prawda świetne konwersje typu Resident Evil, czy Silent Hill. Mieliśmy znakomite, chociaż niezbyt entuzjastycznie przyjęte The Blair Witch Project w trzech odsłonach (polecam, w szczególności pierwszą część) i kilka pomniejszych tytułów, ale przyznajcie sami – obeszły nasz rynek bez większego echa. Recenzowana przeze mnie (wszystko przeze mnie…) gra FearZone: Strefa 22 tego stanu rzeczy nie zmieni. Więcej – ona go tylko potwierdza. W sposób dobitny i bezapelacyjny. Kto sięgnie po tę grę z półki? Napaleńcy dający się wkręcić w ciekawy opis z tyłu pudełka i klimatyczną okładkę. Ehhh… naiwniacy.

Moc survival horrorów tkwiła, tkwi i tkwić będzie w gęstym, niczym zamrożony budyń klimacie budowanym przez mroczną oprawę graficzną, w szaro – buro – czerwonych odcieniach, nastrojowej muzyce jeżącej włos na głowie, oraz linii fabularnej zmuszającej nas do zwiedzania ponurych przybytków ludzkiej (i nie tylko) egzystencji i napotykania na swojej drodze nierzadko przedstawicieli gatunków innych niż homo sapiens sapiens. Cóż – FearZone trzeba więc nazwać grą z gatunku survival horror, ale nie każcie mi tego częściej głośniej wygłaszać, bo mam szacunek do gier pokroju wspomnianego Silent Hill i jakiś turecki produkt importowy nie będzie mi tego psuł. O! Szczerze powiedziawszy jedynym elementem gry, który jest w stanie przestraszyć jest cholernie niska rozdzielczość menu (640×480?), słabo wyglądająca oprawa i… wizja spędzenia przy tej grze kolejnej godziny. No dobrze, może lekko przesadzam, ale kto nie jest fanem tego typu gier, albo kto ma na dysku jakąkolwiek inną produkcję nie przysiądzie do FearZone na dłużej. Chyba, że jest patriotycznym Turkiem, który chcę w wirtualnym świecie walczyć o wolność swojego narodu spod szerzącej się okupacji niejakiej sekty i masy zombiepodobnych, oraz wszelkich innych kreatur chodzących, latających i pełzając po ulicach Stambułu.

Cała oś fabularna, do czego przyzwyczaili nas już niemal wszyscy producenci gier, toczy się wokół walki dobra ze złem, światła z mrokiem, radości ze złością, ogniska domowego z… no dobra, dobra… chciałem się tylko wczuć w klimat. Jako „ci źli” w FearZone występują sekciarze z potężnej organizacji, której celem jest zdobycie władzy nad rządami całego świata. Całość sponsoruje niejaki Szatan, z polecenia którego owa sekta działa obiecując rządnym tego ludziom bogactwa, władzę i życie wieczne. Jak nie trudno się domyślić, sekta w krótkim okresie zdobyła duże grono wyznawców zasilających ich szeregi. Dlatego właśnie, gdy sytuacja zaczęła wymykać się spod kontroli było już za późno na stawienie poważnego oporu. Sekta, podwładni im nieumarli, demony i wszelkiego rodzaju piekielny pomiot stanowili siłę tak potężną, że niemal nikt nie mógł im podołać. Za wyjątkiem niejakich Demira, Ebru i Inzara – trzech bohaterów, w których wcielić pozwolą nam właśnie tureccy programiści z Son Isik.

Tak właśnie – Turcja w ogniu, ostatni bastion rozumnej części ludzkości nie chcę paść na kolana a ruch oporu wciąż walczy. Gdy sytuacja w całej stolicy wydaje się opanowana, zło zażegnane a demony przepędzone, nasz pierwszy bohater – Demir postanawia spotkać się z ukochaną Ebru, która doniosła mu o świętowaniu na dawnej linii frontu. Gdy Demir przyjeżdża na umówione z góry miejsce sytuacja okazuje się zgoła inna, niźli to, co Ebru opisała przez radio… radio, które już nie działa. Co więcej – śladu po dziewczynie nie ma a wszelka potencjalna pomoc ściele swoim ciałem tureckie ulice, bądź nieprzytomnie spogląda nabita na ogrodzenie. Pora więc wziąć sprawy, jak i pistolet w swoje ręce i stawić czoła złu, które rozprzestrzenia się po świecie. I w tym właśnie momencie, wśród płonącego złomu, wciąż krwawiących ciał, na oblanej mrokiem uliczce Stambułu zaczyna się cała zabawa. I wydaje się, że nie może być źle. Nie jest… jest przeciętnie… szczerze powiedziawszy FearZone jest cholernie nierówny, co tworzy mieszankę, gdzie dobre elementy niwelują się z tymi słabymi tworząc obraz nienajlepszej, ale także wcale nie tragicznej produkcji.

Początkowo gra sprawia nawet przyjemne wrażenie. Przyjemne w sensie, że zrujnowane siłami zła miasto jest dość przekonywujące, natomiast udźwiękowienie i praca kamery przywodzi na myśl klasyki gatunku. W sumie od razu widać, że Turcy wzorowali się na najlepszych. I zapewne, gdyby gra wyszła na rynek dobre pięć lat temu na konsole PlayStation 2 odniosła by jakiś sukces. Dziś jest już najzwyczajniej za późno. Nie ma co się łudzić – w dzisiejszych czasach, gra, która nie dogania czołówki pod względem technicznym nie ma czego szukać w szerszym gronie odbiorców. Nie ważne, czy ma mocny klimat, czy fabuła wciąga a gra starcza na długie wieczory – nie idąc z duchem czasu produkcja może trafić jedynie pod strzechy fanów gatunku, lub osób, których wodotryski nie ciągną i z łezką w oku wspominają starsze produkcje. Problem w tym, że FearZone: Strefa 22 ma miałki klimat i dość prostą fabułę.

Gra odbija sobie jednak dość sporym zróżnicowaniem gry. Całość została podzielona niejako na trzy epizody, w każdym z nich kierujemy zaś poczynaniami innego ze wspomnianych wcześniej bohaterów – Demirem, Ebru i Inzarem. O ile jednak dwie pierwsze postaci to przeciętni ludzie, tak Inzar obdarzony jest ponadludzkimi mocami i umiejętnościami. Tak więc gra, zarówno Demirem, jak i jego dziewczyną przywodzi na myśl klasycznego Resident Evil, gdzie przemierzamy ulice miasta, oraz lokacje zamknięte, jak na przykład spora posiadłość na przedmieściach, eliminując kolejne zastępy wrogów i rozwiązując stosunkowo proste zagadki logiczne. W przypadku naszego pierwszego wojaka nacisk został położony bardziej na eksterminacje – może on korzystać z wszelkich znalezionych broni – od standardowego pistoletu, przez karabiny i strzelby na granatach kończąc. Ebru natomiast od początku do końca posługuje się swoim niezawodnym rewolwerem, natomiast znacznie częściej dane jest jej napotykać przeszkody logiczne, z którymi musimy sobie poradzić. Trzeci bohater – Inzar to już zupełnie inna para kaloszy – taka mistyczna i naznaczona siłami bliżej niezidentyfikowanymi. Cóż… szczerze powiem, że gra Inzarem sprawia dużo przyjemności i jest ciekawą odskocznią, ale sprowadza się do przechodzenia przez przeciwników, niczym rozgrzanym nożem przez masło. Rozumiem – magiczne, potężne zdolności, nadludzka siła i wytrzymałość, ale naprawdę jest za łatwo.

Zwłaszcza w porównaniu z tym, co dane nam jest doświadczać animując dwie poprzednie postaci. Walka nimi jest czasami wręcz frustrująca. Praca kamery, a dokładniej całkowity jej brak nie tyle nie pomaga, co nawet przeszkadza w efektywnej eksterminacji wrogów. Ponadto twórcy pomyśleli sobie: „dlaczego to zombie i inne demony nie mogłyby się teleportować?” i tak oto niemal każdy napotkany demoniczny przeciwnik w każdej chwili może zniknąć i pojawić się za naszymi plecami. Sytuacja okazuje się problematyczna, gdy dorzucimy do tego fakt, że nieraz zaatakuje nas na przykład trzech przeciwników, każdy z innej strony a nasz bohater podczas używania broni nie może się przemieszczać (!) a obrywając nie może owej broni użyć. Jedynym sposobem jest wykonanie ataku wręcz, który odrzuca przeciwników na kilka metrów, a następnie próba ucieczki „na z góry upatrzone pozycje”. Tylko ta teleportacja… Gdy już sobie z tymi problemami poradzimy najprawdopodobniej znajdziemy kilka apteczek i amunicję, które pozwolą na dalszą eksterminację. A eksterminacji owej starcza na dość długo – kilka wieczorów wyjęte z życiorysu. To, czy warto to już inna sprawa.

Zagadki również nie wypadły jakoś nadzwyczajnie. Wystarczy napomnieć, że są – niezbyt się narzucają, przez co nie utkniemy gdzieś z powodu zbyt trudnej zagadki logicznej. Trzeba mieć jednak oczy dookoła głowy, gdyż większość zagadek opiera się na łączeniu i używaniu znalezionych przedmiotów. A te potrafią być bardzo małe i gdyby nie to, że mrugają do nas na biało to nie sposób byłoby je odnaleźć. Później już tylko pozostaje nam użyć je we właściwej kombinacji, we właściwym miejscu, aby otworzyć sobie przejście do dalszych etapów gry. Na szczęście nie jest to jakieś nużące, ale także nie wybija się zbytnio. Ot, zwykły fakt do odnotowania, w sam raz, by na tylnej części pudełka do zdania „Zróżnicowane elementy akcji” móc z czystym sumieniem dopisać „oraz rozwiązywania zagadek”.

O technicznym aspekcie gry wspominałem pokrótce wcześniej. Gra jest zdecydowanie przestarzała. Animacja postaci jest drętwa a efekty specjalne w postaci ognia, czy magii są wręcz żenujące. „Na nie” jest także animacja postaci – zarówno przeciwników, jak i naszych bohaterów. Cały system, jak i wygląd gry przywodzą na myśl produkcję rodem z początków panowania PlayStation 2… a był to rok 2000, czyli w czasach niemal antycznych (starszych czytelników proszę o wyrozumiałość odnoście mojej obrazowości – to dla dobra ogółu). Udźwiękowienie stoi na nieco lepszym poziomie, chociaż nie ma ono nic wspólnego z iście monumentalną muzyką Akira Yamaoki, który skomponował fenomenalne ścieżki dźwiękowe do całego cyklu Sileni Hill. Tym razem jest jedynie poprawnie – odgłosy, które towarzyszą nam podczas gry potrafią zaskoczyć wyczuciem momentu i ciekawym, realistycznym brzmieniem a polscy aktorzy nie psują wcale klimatu. Do niewielkich emocji, jakie towarzyszą im podczas wygłaszania nawet najbardziej dramatycznych kwestii już się przyzwyczaiłem. Co nie oznacza, że nie należy tego ganić.

Czy więc, jest ktoś, komu grę FearZone: Strefa 22 mogę z czystym sumieniem polecić? Jeżeli jesteś fanem konsolowych gier typu survival horror, nie masz aktualnie innej alternatywy a nadgryziona zębem czasu oprawa Cię nie zniechęca możesz spróbować. Pieniędzy żałować zbytnio nie można, wszak 30zł to nie majątek. I to jest jeden z niewielu plusów gry. Ostateczna ocena? Miało być 4, ale ze względu na element przygodowy (z naciskiem na element… ot, taki niewielki) postawię ocenę o oczko wyższą. Gra jest nierówna, niech chociaż ocena będzie równo… w połowie skali.

Info:
Gatunek: Survival horror
Oficjalna strona gry: http://www.k22dosyalar.com/
Producent: Son Isik
Wydawca: Merscom
Wydawca PL: Cenega
Cena: 29,90zł




Wymagania:
Procesor: 1GHz
Pamięć: 256MB RAM
Karta grafiki: 64MB
Napęd: DVD
Miejsca na HDD: 1,6GB
System operacyjny: Windows 98/2000/XP

Składam podziękowania za współpracę firmie Cenega Poland

Bartłomiej “SerafiN” Sieja.

Podziel się z innymi: These icons link to social bookmarking sites where readers can share and discover new web pages.
  • Digg
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Gwar

« Kolejny patch do gry Crysis Wszystkiego najlepszego drogie panie »

Zostaw komentarz