» joszko | wtorek, 4-4-2006 2:17 |
|
Nie wiem jak wy, ale mnie się często udziela klimat oglądanych przeze mnie filmów. Po filmach akcji czuję się pobudzony, po filmach psychologicznych zastanawiam się nas sensem życia a po horrorach… cóż, horrorów nie oglądam głównie z powodu podanego powyżej.
Prognoza na życie jest jednym z takich filmów, po którym wpadłem w zadumę. A to chyba dobrze. Są bowiem filmy, po obejrzeniu których zastanawiam się, o co tak właściwie w nich chodziło. W Prognozie tego problemu nie ma. Morał jest wyraźnie zaakcentowany na końcu.
Głównym bohaterem jest Weather Man (Nicolas Cage), facet od prognozy pogody, który stojąc przed ekranem wymachuje rękoma ilustrując przepływ mas powietrza. Wydaje się, że to dobra praca. Niezbyt mecząca (dwie godziny dziennie), dobrze płatna (10 tys. dolarów) i przynosząca dużą popularność. Choć z drugiej strony ta popularność różnie może się przejawiać. Od pytań o to, jaka będzie pogoda po prośby o autograf, aż po rzucanie w prezentera jedzeniem. W każdym bądź razie, praca prawie idealna. Lecz coś tu nie pasuje. To główny bohater. Nie jest zadowolony z życia. Tkwi w marazmie a jego życie prywatne jest nie do pozazdroszczenia. Rozstał się żoną, nie może się porozumieć ze swoją córką i synem, który miał problemy z prawem. Mimo wszystko naiwnie wierzy w możliwość powrotu. Stara się wszystko naprawić, choć z mizernym skutkiem. Działa tu stara maksyma – starał się a wyszło tak jak zwykle. Na początku mu kibicowałem, później bezradnie załamywałem ręce nad jego bezmyślnością. Jest jeszcze ojciec (Michael Cane), popularny pisarz, laureat nagrody Pulitzera. Człowiek, któremu jego syn stara się dorównać, choć z mizernym skutkiem. Czy z tego może wyjść coś dobrego?
Film ma teoretycznie wszystko, co porządny film mieć powinien, porządny scenariusz, znakomitą obsadę oraz przede wszystkim klimat. Co do scenariusza to najbardziej podobały mi się monologi głównego bohatera. Zastanawia on się nad sensem życia, nas sensem swojej pracy oraz nad tym, jaką poniósł w życiu porażkę. Na właściwą drogę próbuje naprowadzić go ojciec. Michael Caine po raz kolejny pokazał swoja klasę. Znakomicie wcielił się w człowieka starej daty, który nie rozumie młodzieżowego slangu. Zagubiony trochę w nowoczesnym świecie ma nadal kilka mądrości życiowych do przekazania. Szkoda, ze nasz główny bohater zrozumie to wszytko, co ojciec chciał mu przekazać dopiero po jego śmierci…
Wszystko wydaje się być piękne, lecz brakuje w tym filmie czegoś. Tej nieokreślonej rzeczy, która powoduje, że film się podoba. Choć z drugiej strony może ona tam jest, lecz nie jest dostrzegalna dla każdego. Potwierdzają to opisy filmu, na które natrafiłem. Prasa twierdzi, że film jest dobry, lecz nie rewelacyjny. W internecie natomiast spotkałem się głównie z pozytywnymi opiniami. Dlatego też jestem gotów stwierdzić, że nie jest to film dla każdego. Być może warto go zobaczyć po raz drugi. Jest w nim głębia, która może zostać niezauważona, gdy zagapimy się na chwilę.
Czy mimo tego poleciłbym ten film? Oczywiście, że tak! Jest to film nietypowy jak na kino amerykańskie. Równie dobrze mógłby być filmem niezależnym. Warto go zobaczyć chociażby dla znakomitych kreacji Nicolasa Cage’a i Michela Caine’a. Warto go zobaczyć również by nastroić się do rozmyślań o swoim życiu, w którym nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli. I tu bardzo przydaje się morał filmu…
joszko









