» DeDark | piątek, 11-4-2008 3:14 |
|

No to mam problem – jakby to powiedział Jar Jar Binks „twoja wdepnąć w duże kaka”. Instalując najnowszego Chessmastera nie wiedziałem, że będę miał aż tak duży problem z wystawieniem ostatecznej oceny. Jakiej? Przekonajcie się sami.
Autor wyjaśnia, co najbardziej ceni w grach – widać ma powód. Niniejsza część nie dotyczy bezpośrednio testowanej produkcji. Można ją pominąć, aczkolwiek niżej podpisanemu było by przykro gdyby czytający/a te słowa tak uczynił/a :)
Zanim zacznę rozpisywać się na temat CM: GE chciałbym wyjaśnić pewną rzecz, – co najbardziej cenię w grze i co ma największy wpływ na ocenę końcową. Nie jest to ani AI, ani oprawa audio/video, liczba dostępnych opcji (ilość aut w NFS, postaci, w RPG etc), ani nawet fabuła. Owszem wymienione przeze mnie „składniki” są bardzo istotne, ale to jednak nie to. Grafika się starzeje, muzykę można zmienić, opowiadaną historię zignorować. Najważniejsze jest to nieuchwytne, magiczne „coś”. „Coś”, co sprawia, że Fallout mimo upływu lat i przestarzałej grafiki nadal wciąga i miażdży klimatem; coś, bez czego nawet najpiękniejsze produkcje pozostają w pamięci graczy, co najwyżej 10 minut. To coś, to po prostu grywalność. Czy ktokolwiek męczyłby się z grą tylko, dlatego, że ładnie wygląda, albo ma miłą dla ucha muzykę? Wątpię. Co innego, gdy jest odwrotnie. Przykładem niech będą paskudnie brzmiące i jeszcze gorzej wyglądające produkcje freeware/shareware, które wciągają po same uszy. Pamiętacie „Małysza”? Yeti Sports? Icy Tower? No właśnie… Żadna z tych gier nie grzeszy ani zbyt ładną oprawą, ani nie jest zbyt rozbudowana, ale mimo to wszystkie są wręcz uzależniające. Ale, po co ja to wszystko piszę, zapytacie? Żeby udowodnić, że nie trzeba Crysisa, Obliviona czy TDU aby wystawić 10/10. Czasami wystarczy po prostu grywalność…
Autor przechodzi do sedna i przeprasza za sianie zamętu na łamach.
Jak być może pamiętacie poprzedni Chessmaster otarł się o maksymalną notę 10/10. Musiałem odjąć jeden punkt za problemy przy łączeniu się z serwerem. Cała reszta była po prostu idealna dla tak przeciętnego gracza jak ja. Jak będzie tym razem? Poprzeczka wisi bardzo wysoko. Czy autorzy poprawili dawne błędy? A może narobili nowych? Przekonajmy się. Dajmy na to, że grę otrzymał w prezencie mały Kazio, który nie ma pojęcia o szachach. To właśnie on będzie fikcyjnym bohaterem niniejszej recenzji. Zaczynamy?
Światło po prawej Kaziu!*
Kazio jest zmartwiony. Dostał nową grę, ale kompletnie nie zna zasad. Co prawda wie, że jest tam jakiś król, konik i szachownica…, ale nie za bardzo wie, co z tym wszystkim zrobić. Czyżby szykowała się wycieczka do księgarni po Szybki (i nudny) Kurs Szachów? Niekoniecznie. Każdy, kto chciałby nauczyć się grać powinien skorzystać z trybu akademii, który jest po prostu niesamowity. Z reguły producenci olewają samouczki (w tej chwili pozdrawiam „elektroników” – szczegóły w recenzji NHL 08), ale to, co stworzyła ekipa Ubi po prostu rządzi! Ale do rzeczy. Zaczynamy od najprostszych lekcji, w których dowiemy się jak powinna być ustawiona szachownica, jak nazywają się i co mogą poszczególne bierki. Z czasem dowiemy się, czym jest roszada, co to jest pat i jak go unikać, nauczymy wykorzystywać niepozornego pionka. A teraz pytanie do wszystkich czytelników, którzy mają nie/szczęście (niepotrzebne skreślić) uczęszczać do szkoły. Co jest oprócz lekcji? Między innymi klasówki – swoisty sprawdzian zdobytej wiedzy. Podobnie jest w Chessmasterze. Ćwiczenia początkowo są bardzo proste, ale z czasem poziom trudności wzrasta. Najbardziej przypadły mi do gustu zadania, które miały po kilka możliwych rozwiązań. Takie łamigłówki to świetny sposób na ćwiczenie spostrzegawczości… i przypomnienie informacji, które jakimś cudem wleciały jednym uchem a drugim wyleciały. A propos. Co czeka Kazia w razie porażki? Na szczęście nikt nie wstawi mu ndst. i nie wyzwie od idiotów. Lektor czytający zadania (w tej roli ośmiokrotny mistrz świata Josh Waitzkin!) powie miłym, spokojnym głosem, że to błędna odpowiedź i zapyta czy nie zechciałby spróbować ponownie. Gdy Kazio uzna, że nie da rady – zobaczy nie tylko rozwiązanie, ale i wytłumaczenie (co, jak, dlaczego etc.). Kolejny plus.
*światło po prawej – oznacza, że białe pole szachownicy ma być po prawej stronie gracza.
Kaziu, nie płacz. Błędy są po to by je popełniać… i naprawiać.
Po tych wszystkich lekcjach wypadałoby sprawdzić zdobytą wiedzę w czymś innym niż łamigłówki, prawda? Najlepszym sposobem będzie rozegranie niezobowiązującej partyjki na najniższym poziomie trudności. Co prawda jedyną nagrodą jest satysfakcja, ale w razie porażki nic nie stracimy. Ale to nie wszystko. Na takim etapie bardzo łatwo popełnić błąd, prawda? A musicie wiedzieć, że AI nie przebacza i bezlitośnie wykorzystuje wszystkie okazje. Na szczęście w trybie tym mamy możliwość… cofnięcia ruchu. Początkujący gracze tacy jak nasz Kazio powinni skorzystać z pomocy anonimowego „mentora”, który podpowiada, jaki ruch zakończy się biciem, a który wystawi nasze pionki na niebezpieczeństwo. Można nawet podświetlić bezpieczne lub niebezpieczne pola na szachownicy. Wszystkie te pomoce są nieocenione podczas nabierania doświadczenia. Dzięki nim gracz może nie tylko zobaczyć gdzie popełnił błąd, ale poprzez cofnięcie ruchu naprawić go. Pozwala to na szybkie oduczenie się paskudnego nawyku – pośpiechu i uświadomić, że szachy wymagają spostrzegawczości wspomaganej cierpliwością. I w żadnym wypadku NIE są nudne.
No dobrze Kaziu… na dziś wystarczy tej nauki. Możesz się pobawić.
Aby to udowodnić mam dla was (i Kazia) dwa tryby rozgrywki: rozwiązywanie zadań oraz mini gry. Zacznijmy od tego pierwszego. Mówiąc krótko mamy tu do czynienia z zagadkami nieco większego „kalibru” niż w przypadku szkolenia. Część z nich jest generowana losowo, a 50 najtrudniejszych przygotował niejaki John Nunn (jak to pięknie ujmuje instrukcja – brytyjski arcymistrz). Natomiast w mini grach znajdziemy „owoce na widełkach” (ćwiczenie „widełek”), „pole minowe” (szachy + saper) oraz „tropiciel” (wariacja na temat „węża” z komórki!). Szkoda, że to tylko trzy gry, bo są naprawdę świetną odskocznią od…
A wie pani Goździkowa, że mój Kazio awansował?
…gry rankingowej – moim zdaniem najlepszego elementu Chessmastera. Najprościej rzecz ujmując w każdym starciu z AI możemy zdobyć lub stracić cenne punkty. Ich liczba zależy od tego, z kim gramy. Co ciekawe każdy z wirtualnych przeciwników został szczegółowo opisany. Od stawiającej pierwsze kroki w świecie szachów 8-9 letniej Cassie (utrzymuje ściśniętą pozycję), poprzez próbującego okrążyć Andre, a na zaniedbującej pionki Elli skończywszy. Autorzy wymyślili bardzo ciekawy mechanizm. Jeśli wygramy ze słabszym przeciwnikiem – nie dostaniemy żadnych punktów. Ale jeśli przegramy, stracimy naprawdę dużo. W przypadku zawodników mocniejszych od nas jest odwrotnie. Nic nie tracimy, ale możemy dużo zyskać. Tylko od Was zależeć będzie dobór przeciwnika. Gra rankingowa to jednak nie wszystko. Do kompletu otrzymaliśmy zestaw turniejów oraz możliwość gry w sieci. Tym razem nie miałem żadnych problemów z podłączeniem do serwera Ubi.
Mniejsza o Kazia. Pora na technikalia
Jedną z ostatnich rzeczy, których można oczekiwać po szachach jest stapiająca kartę graficzną oprawa wideo. To chyba oczywiste, prawda? Ale jeśli myślicie, że po uruchomieniu przywita was jakieś paskudztwo… cóż. Błąd. Tym, co robi największe wrażenie są modele figur czy odbicia na lakierowanej szachownicy. A właśnie – autorzy tak jak ostatnio przygotowali kilkadziesiąt różnych zestawów: klasycznych drewnianych, wymyślnych szklanych, dziwacznych… śrub (inaczej nie potrafię ich nazwać) czy bajkowych stworków, do których dołączyły (albo „wprosiły się” przy okazji inwazji na planetę Ziemia – patrz gra Rayman Raving Rabbids 2) kórliki. Zamiast wieży mamy świra siedzącego w muszli klozetowej, skoczek siedzi na koniu na biegunach (i od czasu do czasu buja jak opętany), a każda figura wydaje z siebie dziwaczne odgłosy przy każdej możliwej okazji. Świetny zestaw, ale na początku miałem trudności z rozpoznawaniem, „kto jest kim”. Jeśli ktoś ma słabszy komputer, lub nie lubi „bajerów” może skorzystać z symbolicznych zestawów 2D obserwowanych z góry. I jeszcze jedno. Posiadacze kart NVIDIA mogą włączyć tryb 3D przeznaczony dla specjalnych niebiesko-czerwonych okularów. Niestety nie ma ani jednej pary w komplecie. Skorzystałem z pary dodanej do filmu i prawdę mówiąc nie jestem zachwycony. Sam efekt jest całkiem niezły, ale bardzo szybko męczy oczy. Ot – ciekawostka. Oprawa audio… no dobrze, czego oczekiwać od szachów? Realistycznych odgłosów stawiania pionka na polu? Są. Zwariowanych odgłosów w przypadku bajkowych i kórliczych zestawów? Tego również nie zabrakło. Angielski lektor czyta bardzo wyraźnie, dzięki czemu osoby znające język obejdą się bez czytania podpisów (a przy okazji - kolejna lekcja języka). Brakuje tylko muzyki, ale o to można zadbać samemu uruchamiając coś w tle. Za wydanie gry w Polsce odpowiada Cenega. Co ciekawe wydanie przypomina reedycję gier takich jak Sposób na Misia czy Lego Star Wars. Dostaniemy, więc duże kartonowe pudełko, w nim slim dvd, płytę oraz bardzo dobrą instrukcję. Muszę się do czegoś przyczepić. Wewnętrzna strona okładki jest biała, co wygląda paskudnie.
10/10?
Ale mniejsza o liczbę szachownic, trybów gry i inne bzdury. Najważniejsze jest to, że Chessmaster GE po prostu wciąga. I nie ważne czy walczymy o punkty w rankingu czy bawimy się szukając kolejnej bomby wykorzystując pionka. Za każdym razem zabawa jest świetna. A jak już mówiłem – grywalność się liczy. Nie liczby i cyferki. A teraz muszę wrócić do punktu wyjścia – mojego dylematu. Z jednej strony poprawienie błędów poprzedniczki wychodzi na plus. GE jest lepsze od 10th Edition, ale z drugiej strony liczba zmian jest jednak zbyt krótka, aby wystawić grze najwyższą notę. Mówi się trudno… Chessmaster po raz kolejny otarł się o 10/10, a ja czekam na tytuł, który w pełni na to zasłuży.

Składam podziękowania za współpracę firmie Cenega
Paweł “djsound” Jankowski









