» DeDark | sobota, 12-4-2008 21:20 |
|

O tym, że przygodówki nie umarły staram się powtarzać wszystkim na każdym kroku. Gdy zaś gracze zarzucają mi, że gier pokroju kultowego już Mokney Island, czy choćby wspaniałego Neverhood już się nie robi zawsze mam jakiegoś asa w rękawie, bo są jednak jeszcze tytuły, którymi autorzy zaskakują pozytywnie. Tytuły te to choćby Runaway, Ankh, czy najnowsza gra twórców tego drugiego tytułu – Jack Keane. I nią chciałbym się teraz zająć.
Gra studia Deck 13 przenosi nas w czasy kolonializmu, gdzie posiadanie statku było równoznaczne z posiadaniem klucza do krain przygód, ale i niebezpieczeństw, gdzie rum leje się strumieniami a nie tyle kochające, co przebiegłe kobiety szukają sposobu na tanie życie u boku bogatych żeglarzy. Przy okazji poznając kawał świata i uciekając jak najdalej od dawnego życia, kojarzącego się ze sprzątaniem i przynoszeniem wina mężowi. Do tego świata doskonale, chociaż nieco przewrotnie, wpasowuje się nasz główny bohater – żeglarz Jack. Więcej on ma szczęścia, niźli rozumu, ale nadrabia zaległości ciętym językiem i ambicjami. Wszak Jack Keane wielkim żeglarzem chce być, chociaż nędzny statek, historie z zagubionym towarem, czy problemy z długami twardo trzymają bohatera przy ziemi. To, że Jack nie jest osobą, której byś ślepo zaufał zrozumiałbyś już przy pierwszym z nim spotkaniem… na wieży Big Bena w Londynie… przywiązanego do krzesła… z nożem na gardle.
Sytuacja nie jest jednak stricte beznadziejna a gra wbrew pozorom nie przypomina Manhunta. Wręcz przeciwnie – kolorowe tła, przerysowane postaci, kreskówkowy klimat i nieograniczone niemal pokłady humoru. Wylewa się zewsząd – z dialogów, z sytuacji, w jakich znalazł się nasz dzielny żeglarz, z nawiązań do obecnych realiów. Czasami dostawałem przy grze takich ataków chichrawy, że przepona moja zaczęła wykonywać dziwne akrobacje. No dobrze… ale z czym to się je? Jak wspomniałem we wstępie zostajemy wrzuceni do świata sprzed ponad stu lat. Do Londynu, gdzie po wyjściu z tarapatów nasz Jack otrzymuje niezwykłą szansę od losu, by zakończyć swoją złą passę. Oto rząd brytyjski oferuje mu dziesięć tysięcy funtów szterlingów za zabranie z Kapsztadu tajnego agenta i przetransportowanie go na tajemniczą Wyspę Zębów, skąd pochodzi ulubiona herbata Jej Wysokości Królowej Brytyjskiej… a raczej pochodziła. Cały problem polega na tym, że niejaki Doktor T. prowadził na niej badania genetyczne i wyhodował roślinki, dla których owa herbata stanowi podstawę diety. Imperium Brytyjskie w potrzebie, przygoda się kroi a załoga… hmm… cóż. Tych dwóch majtków żąda rumu. Odkąd zrozumieli, że na pieniądze nie ma co liczyć…
Nietypowa gra w typowej kanwie. Cóż, nie ma co się oszukiwać. Ile twórcy by z siebie nie dali nie mają szans, by w dzisiejszym świecie gier przygodowych nas czymś zaskoczyć. Co prawda zdarzają się perełki pokroju Fahrenheita, czy świeżej jeszcze gry eXperience 112, ale klasyczny point & click klasycznym point & click’iem pozostanie i basta. Co prawda panowie z Deck 13 dorzucili tu niezwykle dziwne i całkowicie niezrozumiałe rozwiązanie, które wywołuje chaos, przynajmniej na początku rozgrywki. Oto właśnie lewy przycisk myszy służy do… przypatrywania się przedmiotom. Nie podniesiemy ich klikając na nie ile wlezie. Do tego służy przycisk z prawej strony. Zaiste – dziwne. Może to jakiś żart ze strony autorów, ale mi się on bardzo nie spodobał. Co prawda, już po pół godzinie gry zdołałem się do tego przyzwyczaić, to jednak pewien niesmak pozostaje. Po cóż na siłę zmieniać coś, co jest dobre? Reszta aspektów technicznych to już standard – od okna prowadzenia rozmów (za każdym razem kilka opcji dialogowych do wyboru – jedna śmieszniejsza od drugiej), przez inwentarz a na systemie zapisu skończywszy. Ten oczywiście dostępny bez ograniczeń w każdym momencie naszej przygody.
Największa zaleta gry, prócz pokładów humoru, to świetne postaci, które napotykamy przez całą rozgrywkę. Łączna ich liczba sięga ponad czterdziestu a każdy z nich posiada własną osobowość, własne spojrzenie na świat i na własny sposób… dolewa do gry kolejne hektolitry humoru, w którym dane mi było się taplać. Naprawdę wielkie brawa należą się za wykreowanie tych wszystkich postaci. Nie tylko Jacka Keane’a, ale chociażby wspominanego agenta Montomery’ego (Johny English ery kolonialnej), czy chociażby naszych majtków, którzy choć niezbyt inteligentni potrafią zdziałać swoje u kapitana. Prócz Jacka w czasie gry wcielimy się także w postać butnej Amandy – piękności, którą poznajemy… w przebieralni sklepu w Kapsztadzie. Z taką ekipą żadna przygoda nie stanowi zbyt wielkiego wyzwania. Pora więc wyruszyć na spotkanie z niewiadomym!
Jak przygodówka to i łamigłówki być muszą. I są! Już od samego początku, by iść do przodu musimy rozwiązać kilka problemów i sznurów więżących Jacka. Wystarczy wspomnieć, że wszystko trzyma poziom i, mimo, że nie zawsze zgodne jest z prawami logiki, czy fizyki, to w kanwę pokrętnego humoru tej pozycji wpisuje się bezbłędnie. Zagadki są dość dobrze zrównoważone i nie powinny stanowić problemu także dla nieco młodszych odbiorców. Głownie, by pchnąć akcje do przodu trzeba wykorzystać znalezione przedmioty i użyć ich w odpowiednim miejscu. Czyli standard. Miłym akcentem jest to, że większość naszych czynności opatrzona jest krótką animacją na silniku gry, która umila grę i wprowadza nutę dynamiki do nieco statycznej rozgrywki. Czyli wszystko jest, jak być powinno.
Do oprawy technicznej również nie będę się czepiał. Chociaż do napędzania produkcji wykorzystano dość leciwy silnik znany nam chociażby z Ankh, to oprawa pasuje do całego założenia. Nie jest to szczyt graficznych możliwości, ale jak na grę przygodową wystarcza. Co prawda czasami aż za dobrze widać ślady zęba czasu i grube szwy, którymi to wszystko składano, ale klimat, jaki jest w tej grze budowany już po kilku minutach sprawia, że przestajemy patrzeć na wszelkie niedoróbki i kanty w postaciach. Czy dzisiejsze kreskówki też są fotorealistyczne? Nie, a takie atomówki wciąż oglądamy z chęcią (przynajmniej ja!). Sfera dźwiękowa zadziwia. O ile często zdarza się, tym bardziej w grach przygodowych, że źli aktorzy potrafią często wbić produkcji nóż w plecy (vide bardzo fajny Black Mirror, gdzie główny aktor czytał tekst z emocjami, jakie towarzyszą meczom szachowym na szczeblu mieszkalnym w pojedynku brat – siostra), o tyle Jack Keane pod tym względem powinien być wzorcem do naśladowania. Początkowo trochę niechętnie patrzący na napis „Polska wersja. Napisy” na pudełku z grą, teraz jestem wdzięczny firmie Cenega, że nie zabrała się za pełną polonizację. Zbyt wiele było do stracenia. A z napisami, każdy powinien sobie poradzić. Wszak gra posiada oznaczenie PEGI 12+ a w tym wieku w miarę płynne czytanie nie jest raczej problemem.
Cóż więcej mówić? Brać, nie patrzeć! Gra stanowi wspaniałą odskocznię od pełnych brutalności strzelanek, czy wymagających taktycznego myślenia strategii. Warto sięgnąć po przygody Jacka Keane’a, gdy dobija nas szara rzeczywistość. Gra starcza na dość długo (grubo ponad dziesięć godzin) i jest to czas w pełni satysfakcjonującej rozgrywki okraszonej humorem wysokich lotów. Polecam. Rekomendacja w pełni zasłużona!


Składam podziękowania za współpracę firmie Cenega Poland
Bartłomiej “SerafiN” Sieja.













