» DeDark | poniedziałek, 14-4-2008 1:38 |
|

Pełna irytujących wad, skrajnie liniowa, do bólu oskryptowana, a mimo wszystko wiecznie żywa w mej pamięci. O Medal of Honor: Allied Assault po prostu nie sposób zapomnieć. Wszak to w końcu pierwszy shooter, w którym przynajmniej stwarzano pozory, że bohater nie wygrywa sam wojny, że wraz z nim - ramię w ramię - walczą też inni żołnierze, że tak naprawdę jest tylko maleńkim trybikiem wielkiej wojennej machiny… Każdy, kto ukończył w Allied Assault misję przedstawiającą lądowanie aliantów na plaży Omaha podczas D-Day, doskonale wie, o czym mówię. Tym jednym, jedynym poziomem gra studia 2015 Inc. na zawsze przeszła do historii gatunku.
Dalsze losy serii aż tak piękne już niestety nie były. Dwa sklecone naprędce dodatki – Spearhead i Breakthrough - wyraźnie odstawały od poziomu prezentowanego przez podstawkę. Na domiar złego drugi z nich ukazał się niemal równolegle z fantastycznym Call of Duty. W efekcie na poletku drugowojennych FPS-ów zapanował nowy porządek. Palmy pierwszeństwa dla cyklu nie udało się odzyskać nawet wydanej kilka lat później, stosunkowo bardzo dobrej Wojnie na Pacyfiku. Po trzech latach oczekiwania Medal of Honor atakuje jednak ponownie. Tym razem z powietrza.
All-Americans
Fabuła najnowszej części wydawanego przez Elektroników cyklu bazuje na historii jednej z najsłynniejszych amerykańskich dywizji powietrzno-desantowych – 82nd Airborne. W przeciwieństwie do popularnej za sprawą serialu „Kampania Braci” - „Sto Pierwszej”, spadochroniarze wchodzący w skład „Osiemdziesiątej Drugiej” wzięli udział we wszystkich alianckich operacjach powietrzno-desantowych podczas drugiej wojny światowej. Medal of Honor: Airborne pozwala nam wcielić się w postać starszego szeregowego (później kaprala) Boyda Traversa i wraz z nim przemierzyć szlak bojowy słynnej jednostki.
Przygodę rozpoczynamy w lipcu 1943 roku pod gorącym, sycylijskim niebem (operacja Husky), biorąc udział w alianckiej ofensywie, podczas której oczyścimy z Niemców niewielkie miasteczko Adanti. Następnie przenosimy się do Włoch, aby w antycznych ruinach nieopodal Salerno wysadzić skład amunicji oraz zniszczyć stację radiową nieprzyjaciela. Podczas D-Day zawitamy oczywiście do Normandii. Tym razem nie szturmujemy jednak plaży. Nasze zadanie polega na sabotażu wrażego systemu umocnień, uniemożliwiających desant właściwych sił aliantów. W grze opiewającej historię 82 dywizji powietrzno-desantowej nie mogło naturalnie zabraknąć Holandii i słynnej operacji „Market Garden”, zrealizowanej tutaj – nie licząc pewnych fanaberii na tle historycznym (przecież do jasnej anielki atak na most w Nijmegen w rzeczywistości zakończył się klęską…) – w iście mistrzowskim stylu. Mnie, wielkiego fana obrazu Richarda Attenborougha „O jeden most za daleko” dosłownie ścięło z nóg! Nie wiem, jak twórcom udało się to osiągnąć, ale pierwsze kilka minut po prostu rzuca na kolana i wyrywa serce z klaty. Po jakimś czasie atmosfera nie udziela się już może aż tak bardzo, ale cóż z tego, skoro głos kompana wykrzykującego tuż przed skokiem „Who do the Nazis fear the most!?” do tej pory pobrzmiewa mi w uszach… Trochę słabiej na tle całości wypadają dwa ostatnie poziomy (Operacja Varsity i Der Flaktűrm). Po niesamowicie klimatycznej „Market Garden” moje oczekiwania względem kolejnych misji zwyczajnie wzrosły. Niestety prócz coraz to większych odstępstw od prawd historycznych i przegięć w postaci dziesiątek niemilców z panzerschrekami w łapie, nie uświadczyłem nic wartego zapamiętania (o kilku rzeczach chciałbym wręcz jak najszybciej zapomnieć). Będąc szczerym, dużo, dużo bardziej podobała mi się końcówka wydanego jakiś czas temu na Playstation 2 Vanguarda, gry pełniącej paradoksalnie rolę preludium do Airborne…
Six-in-six
Sześć kampanii. Wydawać by się mogło, że to całe mnóstwo grania. No cóż, okazuje się, że jednak nieszczególnie… Przy odrobinie determinacji i samozaparcia Airborne da się ukończyć w ciągu jednego (sic!) dnia. Wszystkiemu winna nad wyraz prosta zależność: jedna kampania – jedna misja. I proszę mi tutaj nie tłumaczyć, że celów do zrealizowania jest całkiem sporo i można podchodzić do nich w dowolnej kolejności. Misja to misja, zwłaszcza, że ukończenie pojedynczego etapu to kwestia około godzinki (a czasem nawet mniej) wyciętej z życiorysu. Ja rozumiem, takie czasy. Niemniej jednak, kiedy wydajesz na grę 140 złociszy, a później przechodzisz ją w ciągu jednej sesji, niełatwo pozbyć się tego nieprzyjemnego wrażenia, że coś tu jest jednak nie tak.
Mowa tutaj, rzecz jasna, o normalnym poziomie trudności. Wybierając „eksperta” czas potrzebny na zaliczenie nowego MoHera może się przedłużyć o jakieś dwie godziny, co w efekcie daje nam już całkiem przyzwoity wynik. Szkoda tylko, że w większości jest to skutek tego, że w grze nie zaimplementowano możliwości zapisywania stanu gry w dowolnym momencie. Zamiast tego save’y dokonują się automatycznie i tylko w określonych miejscach (konkretniej dopiero, gdy zaliczysz kolejne zadanie misji). Zwykle nie pochwalam takich praktyk, niemniej jednak w tym konkretnym przypadku dodanie quicksave’ów sprawiłoby, że ujrzelibyśmy napisy końcowe, nim na dobre zdążylibyśmy rozsiąść się w fotelu. Fakt momentami może być przez to irytująco (nawet bardzo irytująco), niemniej jednak w ogólnym rozrachunku trudno mieć do producentów pretensje.
Bohaterowie spadają z nieba
Każda z „kampanii” w Medal of Honor: Airborne poprzedzona jest bardzo fajnie zrealizowanym briefingiem, podczas którego dowiadujemy się o celach misji, widzimy bezpieczne strefy i takie, w których lądować raczej nie powinniśmy. Następnie wybieramy broń, z którą zostaniemy zrzuceni. Jako, że to II wojna światowa, dostępny arsenał nie zaskakuje niczym szczególnym – ot, Thomson, Garand, BAR, Springfield, MP-40, StG-44, Mauser, Panzerschrek etc. Jednocześnie możemy nosić przy sobie dwie podstawowe giwery oraz słabiutki pistolecik z nielimitowaną amunicją. Ekwipunek uzupełniają granaty (maksymalnie trzy rodzaje).
Kiedy już się upory z doborem wyposażenia, mamy dosłownie kilkanaście sekund na pokładzie „Dakoty”, by przyjrzeć się twarzom naszych towarzyszy (swoją drogą animacje postaci wyglądają naprawdę R-E-W-E-L-A-C-Y-J-N-I-E!) i… zaczyna się. Gdy zapala się zielone światło i kompani zaczynają skakać, wiesz już doskonale, co Cię czeka. W chwilę później, opadając, możesz podziwiać widok toczącej się zarówno w powietrzu, jak i na ziemi bitwy. Te kilkanaście sekund, podczas których szybujesz poprzez pociętą snopami szperaczy i smugami pocisków obrony przeciwlotniczej przestrzeń zdaje się trwać i trwać… Cała mapa jest twoja. Możesz lądować, gdzie tylko chcesz. Wieża kościelna, szczelina w dachu, forteczne mury, a może wieżyczka Tygrysa? Jeżeli tylko potrafisz odpowiednio pokierować torem lotu, czemu nie?
Rób, co chcesz
Kiedy już przywalisz o glebę tudzież delikatnie muśniesz stopami o podłoże, w biegu zwijając spadochron i wyciągając z zza pazuchy gnata, nadal możesz robić, co tylko zechcesz. Podczas odprawy dowiedziałeś się, jakie masz zadania, teraz tylko od ciebie zależy, w jaki sposób je wypełnisz. Równie dobrze możesz chodzić ulicami, co śmigać po dachach niczym Altrair z Assassin’s Creed (obowiązkowo z karabinem snajperskim w garści :) ). Projekty poszczególnych lokacji wręcz porażają złożonością. Niemal na każdym kroku natrafiamy na jakieś przejścia, schody i balkony, które możemy wykorzystać do szybszego przemieszczania się. Po prostu miodzio! Szkoda tylko, że same mapy są stosunkowo niewielkie, a niektóre miejsca należy odwiedzać nawet po kilka razy. Doskonałym tego przykładem może być pierwsza „kampania”, kiedy to dwukrotnie należy zabezpieczyć budynek ratusza. Za pierwszym podejściem neutralizujemy wrogą artylerię przeciwlotniczą, a za drugim eliminujemy wysoko postawionych niemieckich oficerów.
Niemiec na 5 levelu
Na uwagę zasługuje też dosyć interesujące podejście do kwestii oponentów. Wraz z kolejnymi misjami rośnie skuteczność bojowa nieprzyjaciela (czyt. pojawiają się nowe jednostki). Poziom wyszkolenia niemilców został opisany liczbami z przedziału od 1 do 10. Na początku eksterminujemy typowych piechocińców (głównie makaroniarzy), później pojawiają się SS-mani, oddziały szturmowe… i tak dalej, aż do momentu, gdy przyjdzie nam stanąć w szranki ze swego rodzaju Terminatorem. Koleś jest odziany w czarny, opancerzony kombinezon, nosi na twarzy maskę gazową i napiernicza z MG-42 jak jakiś Rambo, nic sobie przy tym oczywiście nie robiąc z kilogramów ołowiu, jakie w niego pakujemy. Fajna sprawa, tyle tylko, że to miał być chyba drugowojenny shooter, a nie kolejna gra na motywach filmów z Arnoldem ‘Guberminatorem’ Schwarzeneggerem w roli głównej, prawda? Właśnie…
Co się zaś tyczy samej AI komputerowych przeciwników, to z tą bywa w Airborne różne. Nie uświadczymy tu oczywiście typowego mięcha armatniego, pchającego się z pieśnią na ustach prosto pod lufę. Niemilcy nader często zmieniają swoje pozycje, chowają się za dostępnymi zasłonami, podejmują próby oskrzydlenia, odkopują rzucone granaty itp., etc. Niestety od czasu do czasu zdarzają się im chwile „głupawki”, podczas której bardzo łatwo dają się zaskoczyć, nie reagują stosownie do zaistniałej sytuacji, mają problemy ze wzrokiem i słuchem. Generalnie nie jest może źle, ale przedpremierowe obietnice „oponentów nieprzypominających w niczym zwykłych żołdaków z innych gier, ale raczej żywych ludzi”, śmiało możemy zapisać pomiędzy bajki…
Upgrade your weapons!
Czas wreszcie napisać o rzeczy, która – w moim odczuciu – ma niebagatelny wpływ na przyjemność płynącą z rozgrywki, a która jeszcze do niedawna była w przypadku sztrzelanek FPP prawdziwą rzadkością. Mam tu naturalnie na myśli możliwość ulepszania broni. Całość została przedstawiona w niezwykle prosty, ale zarazem doskonale przemyślany sposób. Używanie danej giwery sprawia, iż widoczna na ekranie ikonka zaczyna się napełniać. Ustrzelenie odpowiedniej ilości szwabów (headshoty są specjalnie premiowane) jest równoznaczne z pozyskaniem jakiegoś upgrade’u, przeznaczonego dla konkretnej pukawki. Początkowo są to standardowe bajery, pozwalające na podwojenie magazynka tudzież zmniejszenie rozrzutu przy prowadzeniu ostrzału. Finalne upgrade’y (dla każdej broni przewidziano trzy modyfikacje) są już jednak bardzo ciekawe. Przykładowo, do karabinów można zdobyć granaty nasadkowe, niezwykle przydatne w starciach z większymi grupami przeciwników.
Technikalia
Jak przystało na produkcję stworzoną oparciu o Unreal Engine 3, wizualna strona programu prezentuje się bardzo okazale. Airborne nie jest może doznaniem estetycznym na miarę recenzowanego przeze mnie kilka miesięcy temu Crysisa, niemniej jednak trudno mu w tej kwestii cokolwiek zarzucić. Mnie szczególnie przypadły do gustu rozmyte blurami sekwencje walki wręcz oraz chwile, gdy „życiomierz” naszego bohatera spada w okolice zera (swoją drogą twórcy zastosowali segmentowy model znany z Halo). Podobać się może także wykonanie elementów ubioru żołnierzy oraz – o czym wspomniałem już wcześniej – mimika ich twarzy. Trochę słabiej wypadły chyba tylko eksplozje.
Skomponowana przez Michaela Giacchino (autora m.in. soudtracka do popularnego serialu „Zagubieni”, filmu „Iniemamocni” a także poprzednich gier z cyklu Medal of Honor) ścieżka dźwiękowa również budzi uznanie. Poszczególne utwory robią naprawdę ogromne wrażenie i na długo zapadają w pamięci. Bardzo dobrze prezentują się także pozostałe dźwięki - kwestie mówione postaci, odgłosy wystrzałów itp.
The end
Medal of Honor: Airborne to nieco dziwna produkcja. Zdawać by się mogło, że jest w niej wszystko, co w świetnej grze być powinno. Bardzo fajna oprawa audiowizualna, fantastyczne lokacje, patent z upgrade’owaniem broni etc. Gra na co najmniej dziewiątkę? Niestety. Jest zdecydowanie za krótka i jakaś taka… nijaka? Adrenaliny niby nie brakuje, ale sama rozgrywka nie budzi aż takich emocji jak chociażby MoH: Alliend Assault czy tytuły z serii Call of Duty. Zagrać jak najbardziej warto, ale nie ukrywam – liczyłem na coś zdecydowanie bardziej grywalnego…

Składam podziękowania za współpracę firmie Electronic Arts Polska
Krzysztof “Havret” Cebula













