» DeDark | środa, 30-4-2008 3:03 |
|

Alarm fur Cobra 11 – niemiecki serial, w którym policjanci jeżdżą niczym Szybcy, co się Wściekli, wyskakują z samochodu jak Spiderman i mają wykupiony pakiet szczęścia na unikanie efektownych wypadków. W ubiegłym roku do polskich kiosków trafiła pierwsza część egranizacji. Kosztowała grosze, a była naprawdę dobra. Autorzy postanowili, więc stworzyć sequel na zasadzie „więcej tego samego”. Zapłacimy za nią „trochę” więcej groszy… ale czy warto?
Zanim zabierzemy się za część drugą pozwólcie, że wyjaśnię, czym (oprócz ceny) urzekła mnie „jedynka”. W czasach, gdy połowa zręcznościówek kręciła się wokół nielegalnych wyścigów, ta poszła w przeciwnym kierunku. Pozwalała wcielić się w Chrisa i Semira z brygady Cobra 11 – czegoś w rodzaju ekstremalnej drogówki. Oni nie machali „lizakiem” tylko taranowali jadąc 200 km/h, a stawiającego opór spychali pod nadjeżdżającego TIRa bądź dobijali wgniatając auto w barierkę. Olbrzymią zaletą była różnorodność misji - nie zdążysz ochłonąć po pościgu za ciężarówką, a już pędzisz autobusem, który wybuchnie, jeśli zwolnisz poniżej określonej prędkości (Speed się kłania). Misje były krótkie, ale dynamiczne i nawet, jeśli trafiała się frustrująca czarna owca można było przemęczyć tych max 10-15 minut. No dobrze, ale przejdźmy do dwójki.
W części drugiej wprowadzono kilka zmian. Pierwszą z nich jest zmiana w systemie misji. Zamiast krótkich „epizodów” mamy znacznie dłuższe zadania (tzw. sprawy) podzielone na kilka mniejszych etapów. Teoretycznie to dobry pomysł, ale… no właśnie. Nie można zapisywać gry pomiędzy nimi. Jeśli zrezygnujecie z zabawy przy dziewiątym etapie z dziesięciu, następnym razem będziecie musieli zaczynać wszystko od początku. Żeby móc wyłączyć grę z czystym sumieniem trzeba ukończyć całą, nie taką znowu krótką misję! A żeby było śmieszniej gra „cośtam” sobie zapisuje. O ile się nie mylę to są to statystyki. Jak widać z perspektywy producentów abstrakcyjne i do niczego nie potrzebne liczby (w końcu to nie RPG) są ważniejsze niż wygoda gracza. Co gorsza niemal każda sprawa rozpoczyna się w taki sam nudny sposób. Wyjeżdżamy z bazy, mamy zrobić coś bardzo podstawowego (dojechać na czas, złapać kogoś etc.) – dopiero kolejne części misji odsłaniają przed nami coraz bardziej pokręcone fragmenty. Domyślam się, że autorom chodziło o zbudowanie klimatycznych wstępów w stylu odcinka serialu: „ Chris i Semir jechali po przecenione kalafiory, gdy nagle…”. Niestety – nie wyszło. Przy czwartej misji miałem tego serdecznie dość i powiedziałem sobie – na szczęście tylko w duchu – „o (brzydkie słowo) znowu?” Przyczynia się do tego monotonia – WSZYSTKO robimy albo na czas, albo z innymi limitami. Nawet w zadaniach typu „dojedź na miejsce X”, gdy nie ma absolutnie żadnego zagrożenia, nie musimy nikogo gonić obowiązuje nas ograniczenie czasowe. Po co? Mnie nie pytajcie. Szczytem było zadanie, które zaczęło się od dotarcia na miejsce, w którym słyszano jak ktoś oddaje strzały. Przyjechałem (rzecz jasna z jęzorem na brodzie – choć tutaj ma to jeszcze sens) i ku swojemu zdziwieniu zobaczyłem sprawcę odjeżdżającego z piskiem opon. Zaraz… to co on robił przez tych kilka minut po oddaniu strzału? Siedział w wozie? Na środku drogi?! Gdybym to ja kogoś zastrzelił wiałbym gdzie pieprz rośnie, a nie czekał aż przyjedzie dwóch największych pomyleńców z lokalnej policji. A gdybym był niewinny? To chyba oczywiste, że nigdzie bym nie uciekał, bo to automatycznie wyznacza mnie, jako sprawcę.
Oprócz misji typu „złap mnie”, „dojedź na czas” znajdziemy bardziej otwarte etapy. Naszym zadaniem jest zaliczenie wszystkich punktów kontrolnych na mapie nim minie czas. Po jaką – za przeproszeniem – cholerę wszędzie wciskać ten nieszczęsny limit czasowy? W przypadku niektórych etapów pasuje jak lukier do śledzia w oleju. Ba, żeby to, chociaż było dobrze wykonane. Mapa jest fatalna, dlatego tego typu misje można wykonać jedynie ucząc się na pamięć położenia kolejnych punktów kontrolnych. Czy muszę mówić, że wymaga to kilku podejść? Aha. Co gorsza możemy natrafić na miejsca, w które nie możemy wjechać. Jeśli to zrobimy – misja zakończy się niepowodzeniem. Dziesiątki razy w poszukiwaniu skrótu pakowałem się na taką „minę” wyklinając twórców tego ustrojstwa pod niebiosa. Podsumowując – system misji jest fatalny. Próba wzbogacenia ich fabułą okazała się równie udana jak odśpiewanie hymnu narodowego przez pewną Edytę, co to nie była Ewą. Co gorsza nawet po ukończeniu gry nie można włączyć dowolnej części „odcinka”. Jeśli będę chciał powtórzyć przedostatni etap piątej misji (bo przypuśćmy, że akurat przypadł mi do gustu… choć tak naprawdę nie ma ani jednego, do którego chciałbym wracać) będę musiał przechodzić całość. Same misje bardzo często są powodem frustracji, dlatego polecam ściągnięcie ukończonego w 100% save’a. Sam tak uczyniłem – przyznaję się bez bicia. Miałem serdecznie dość tego „genialnego inaczej” rozwiązania. Potraktujcie go jak nieoficjalną łatkę. W końcu coś tam naprawia ;) Ale mniejsza o tryb „pseudo-kariery”. Autorzy przewidzieli jeszcze dwa: wyścig oraz multiplayer w formie dzielonego ekranu (widać nie wiedzą, że można połączyć dwa i więcej komputerów w sieć). Omówię tylko ten pierwszy, ponieważ zabawa „dla wielu graczy” to dokładnie to samo, co wyścig, z tą różnicą, że AI ustępuje miejsca człowiekowi. Ale do rzeczy. Wyścig jest bardzo ograniczony. Możemy ścigać się na trasach z „kampanii” tylko na dwa klasyczne sposoby – kto pierwszy do mety na trasie lub kto pierwszy wykręci X okrążeń. Co prawda mamy wpływ na gęstość ruchu ulicznego czy dobór aut przeciwników, ale niewiele to zmienia. Możliwe, że nie odblokowałem wszystkiego, ale wybaczcie mi moi mili – nie będę katował się grając na najwyższym poziomie trudności. Jeśli zechcę zaznać cierpienia zapiszę się do pierwszego lepszego klubu sadomasochistów. Jedyne, co ratuje ten tryb przed kompletną porażką to kilka szalonych modeli aut takich jak bolid F1, limuzyna, autobus czy moja ulubiona zabawka – transporter opancerzony. Wyobraźcie to sobie. Sześć takich bestii pędzi po autostradzie 120km/h nie zważając na nic. Dodajcie do tego całkiem niezły model zniszczeń (tych małych, biednych osobówek – transporter to mocne bydle :) ), a otrzymacie przednią zabawę. Przynajmniej na 2-3 godziny. Później i to się nudzi (co więc zostaje skoro i misje i wyścig się skończyły? Tak jest – nic). Jest jeszcze jedno, nie takie znowu małe „ale”. Tryb wyścigów i dzielonego ekranu trzeba sobie odblokować. Jak? Przechodząc wszystkie misje z kariery… teraz wiecie, dlaczego skorzystałem z cudzego save’a?
Z tego, co napisałem do tej pory wynika, że ta gra to kompletny szmelc. Na szczęście jest kilka rzeczy, które wyciągają ją z dna. Jedną z nich (oprócz wyścigów świrów) jest model jazdy. Mimo wpadek w działaniu fizyki jest naprawdę dobrze. Oczywiście, kto liczy na coś, co choć trochę zbliży się do NFSa, lepiej niech połknie pigułkę z napisem „zdrowy rozsądek”. Wozy mają bardzo dobrą przyczepność i naprawdę trudno stracić nad nimi panowanie. Mimo tej prostoty jazda sprawia dużo przyjemności z jednego prostego powodu – drogi nigdy nie są puste (pomijam wertepy ;) ). Kierowcy sterowani przez AI nie są bierni. Potrafią w ostatniej chwili zmienić pas (ile ja przez to mięsa armatniego wyrzuciłem…), mrugają światłami, gdy wjedziemy na przeciwny pas i trąbią jak opętani. Ten element udał się bardzo dobrze. Ich braki w AI niemal idealnie odwzorowują zachowanie mniej zrównoważonych kierowców… w końcu idiotów na drogach ci u nas dostatek. A wracając do gry. Zasuwanie 200km/h w gęstym ruchu z włączonymi „kogutami” musi bawić. Szkoda tylko, że autorzy nie pomyśleli o pościgach, w których udział brałoby kilka jednostek policji. Może AI było za głupie i nie potrafiło dojechać w jednym kawałku do mety? Nie wnikajmy i przejdźmy do tak zwanych technikaliów. Grafika jest ładna, ale mnie urzekła, czym innym – nie cieniami czy innym technicznym śmieciem, a mapami, na których rozgrywają się te wszystkie dantejskie sceny. Autorzy pogonili wyobraźnię do roboty, czego efektem są bardzo ładne, bogate w detale krajobrazy. Tu mamy jakieś obserwatorium, tam trochę pól „ozdobionych” słupami wielkiego napięcia, czy „kamieniołom” z gigantyczną „koparką” (wielkości przeciętnego bloku mieszkalnego). Najlepsze jest to, że wiele z tych lokacji możemy odwiedzić, co też widać na jednym z moich screenów (dowód na to żeby nie ufać tej przeklętej strzałce) Modele aut są szczegółowe, system kolizji całkiem niezły, ale wyraźnie widać że jest nastawiony na efekciarstwo bo przy każdej okazji z aut wylatuje fontanna śmieci. Aha – najgorsze jest to, że zniszczenia w żaden sposób nie wpływają na osiągi. Nie ma „ściągania na bok”, gorszego przyspieszania – nic. Auto jest albo całkowicie sprawne, albo po przekroczeniu magicznej granicy (np. 30%) totalnie ze złomowane… a to czy odpadło lusterko czy połowa elementów maski? Co za różnica. Oprawa audio jest całkiem niezła. Dziś zacznę nietypowo, bo od muzyki. Jeśli nie spodoba się wam to, co przygotowali twórcy gry (a istnieje duże prawdopodobieństwo, że tak właśnie będzie) możecie bez problemów dodać własne utwory. Przygotowano nawet specjalny folder nazwany „my music”. Świetny pomysł – szkoda, że czasami, nie wiedzieć, dlaczego muzyka zaczynała się ciąć (zapętlało się pierwsze 2-3 sekundy). Kolejny niedopracowany element? W każdym bądź razie, gdy nic się nie gryzło jazda z moimi ulubionymi kawałkami w tle była jeszcze lepsza. A spróbujcie dodać coś z filmów. Na przykład podkład z Gorączki ze sceny pościgu. Pamiętacie ją? Pamiętacie ten znakomity kawałek, który leciał w tle? Cóż – w grze sprawdza się równie dobrze jak w filmie. Za polską wersję językową odpowiada tym razem Cenega, która przygotowała kinowe spolszczenie. Czasy, w których spolszczenia „były_ pelne błędow i literóewk” najwidoczniej minęły, bo jakoś nie doszukałem się niczego, co raziłoby po oczach i zmuszało do zabierania kolejnych szpilek z i tak już niskiej oceny. Niestety musiałbym to zrobić gdyby nasz serwis oceniał współczynnik cena/jakość. Gra została wydana w typowym pudełku DVD w którym oprócz instrukcji i karty rejestracyjnej nie znajdziemy nic więcej. Co gorsza cena jest dość wysoka jak na tego typu produkcję. Przypominam, że poprzednia część w dniu swojej premiery kosztowała około 13 złotych. Ta, prawie 80. Spora różnica prawda? No chyba, że ten wzrost ceny został podyktowany wprowadzeniem – uwaga – JEDNEGO licencjonowanego wozu. Seata.
Podsumowując – najlepszym i najkrótszym określeniem dla tej gry będzie „niewykorzystany potencjał”. Autorzy mieli kilka całkiem niezłych pomysłów, ale wykonanie ich to głównie jakaś paranoja. System misji, zapisywanie gry, model jazdy – wszystko to, co mogło być bardzo dobre jest w jakiś sposób spaczone. Niestety ma to drastyczny wpływ na grywalność. Jedynie mapy trzymają, jako taki poziom. Sequel wypadł o wiele gorzej od pierwszej części. Trudno mi ją polecić komukolwiek, bo nie ma tu nic, co usprawiedliwiłoby wydanie takiej sumy. Pozostaje odpowiedzieć na postawione na wstępie pytanie – krótko, ale konkretnie. Warto? Bez względu na cenę, nie warto.

Składam podziękowania za współpracę firmie Cenega
Paweł “djsound” Jankowski













