» DeDark | środa, 28-5-2008 15:27 |
|

Indiana Jones - kto o nim nie słyszał, kto chociaż raz nie chciał nim być? Przez ponad ćwierć wieku obecności w popkulturze postać doktora archeologii, który sprawniej posługuje się biczem, niż pisze kredą na uniwersyteckiej tablicy zyskała miano kultowej i na stałe wpisała się do kanonu. Popularność dzieła duetu Spielberg & Lucas próbowano nie raz wykorzystać „podrabiając” filmy z udziałem Henry’ego „Indiany” Jonesa (vide Kopalnie króla Salomona). Jak boleśnie przekonać mogli się producenci tych naśladowniczych dzieł, Indiana Jones to legenda, która raz poznana w oryginalnym brzmieniu nie pozwoli słuchać innego, acz może i podobnego wykonania. Nie można się jednak dziwić filmowcom łasym na łatwy sukces – przygody charyzmatycznego awanturnika zdzierającego setki par butów w poszukiwaniu legendarnych i obdarzonych niezwykłą mocą artefaktów to istny dolarowy magnes. Jednak tajemnice jego konstrukcji, ową magiczną recepturę, jak do tej pory znają chyba tylko Lucas i Spielberg. Nikomu innemu bowiem nie udało się stworzyć filmu przygodowego zbliżającego się popularnością do przygód Indiany Jonesa.
Wszyscy fani oryginalnych filmów z Indianą Jonesem od 1989 roku z niecierpliwością czekali na kolejną odsłonę przygód niepowtarzalnego bohatera. Próżno było wśród najnowszych filmowych premier szukać „jonesowskiego” ciętego dialogu, wielopoziomowych gagów, ale przede wszystkim świadomości łączącej widzów i autorów, że oglądany film jest tylko filmem i można się nim bawić wedle prostych zasad gry nawiązań, powtórzeń i aluzji.
Plotki o powstawaniu czwartego filmu z serii krążyły przez całe lata dziewięćdziesiąte, apogeum osiągając pod koniec pierwszej połowy lat dziesiątych dwudziestego pierwszego wieku. Przeciągające się w nieskończoność negocjacje z Harrisonem Fordem i innymi aktorami znanymi ze starych Jonesów, przerabianie scenariusza, a także bardzo napięty kalendarz Spielberga, sprawiły, że początkowo wyznaczony termin premiery - maj 2005 - przeciągnął się aż o trzy lata. Ale oto w końcu jest! Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki!
Zanim przyjrzymy się bliżej samemu filmowi proponuję spojrzenie z nieco ogólniejszej perspektywy. Premiera najnowszego Indiany Jonesa jest już sama w sobie interesującym zjawiskiem, tak zresztą jak wszystkie inne “powroty po latach”. Specyficzna konwencja przygód Indiany Jonesa w niektórych zapewne nie wzbudzała przychylnych uczuć, jednak dla sporej rzeszy kinomanów stała się standardem, do którego od tej pory na polu filmów przygodowych równać musieli wszyscy (oprócz wymienionych już Kopalni króla Salomona próbowali tej sztuki chociażby autorzy cyklu Mumia, czy nie sięgając daleko wstecz twórcy Skarbu narodów). Lekka forma, wartkie tempo i niezobowiązująca fabuła wykorzystująca jednak esencjalne motywy współczesnej kultury (druga wojna światowa, naziści, poszukiwanie elementarnych artefaktów tradycji chrześcijańskiej…) zapewniła cyklowi o Indianie Jonesie ogromną popularność i finansowe powodzenie.
Realizatorzy najnowszego Indiany decydując się po latach powrócić do cyklu stanęli w obliczu podwójnie trudnego zadania – po pierwsze – musieli zrobić kolejny film, który by się spodobał i sprzedał – a po drugie – to już głównie ich własne przeświadczenie, musieli znaleźć sposób, żeby uniknąć posądzeń o odcinanie kuponów od starych sukcesów i powtarzanie schematu. Schematu, którego powielanie i przekształcanie stanowi przecież kościec przygód Indiany Jonesa. I w tym paradoksie leży chyba główny problem Indiany Jonesa i Kryształowej Czaszki. A imię jego Postmodernizm.
Fabuła Indiany Jonesa i Królestwa Kryształowej Czaszki niby niespecjalnie odbiega od tego, co możemy pamiętać z poprzednich odsłon cyklu, jednak to już nie ten sam poziom, co w Poszukiwaczach zaginionej Arki, czy Ostatniej Krucjacie. Oto do Indiany Jonesa zgłasza się pewien młody człowiek z listem, pochodzącym od matki chłopaka, która wraz z dawnym kolegą Jonesa, także wykładowcą uniwersyteckim, wplątała się w aferę, w której stawką jest dotarcie do legendarnego El Dorado – Złotego Miasta. Jones po części motywowany zawodową ciekawością, po części chęcią pomocy koledze, udaje się razem z chłopakiem do Ameryki Południowej i rozpoczyna poszukiwania zaginionej pary. Na miejscu czekają na nich znajomi agenci KGB, którym Indy może podziękować za parę wygojonych już siniaków i obluzowanych zębów. Tak w zarysie można przedstawić bodaj pierwsze pół godziny czasu trwania filmu. Przyznacie sami – opisana sytuacja z powodzeniem mogłaby pojawić się w którymś z poprzednich Jonesów. Poszukiwanie bliskiej osoby motywujące bohatera do wyruszenia w podróż pojawiło się już w Ostatniej Krucjacie. Tam jednak oddziaływanie tego chwytu było dramatycznie silniejsze – chodziło o ojca Indiany, z którym ten nie miał, delikatnie mówiąc, przyjaznych relacji. Słaba fabuła jednak nie przesądza o porażce filmu w oczach stęsknionego fana. Indiana Jones i Świątynia Zagłady, powszechnie postrzegany jako film o najsłabszej historii z pierwotnej trylogii, pozwala mimo mankamentów scenariusza cieszyć się z kaskaderskich smaczków, z Przygody, a przede wszystkim z samej obecności Indiany.
Jeśli patrzeć na najnowszego Indianę Jonesa oczyma ortodoksyjnego fana, to najnowsza przygoda Jonesa – który w ciągu 19 lat nieobecności na ekranie awansował do tytułu profesora archeologii – jest filmem złym. Nieprzyjemnie złym. Nie jest to jednak gniot, tylko film, który się nie udał, a udać się równie dobrze mógł. Nie można tego nie rozumieć i nie mieć tej świadomości podczas seansu – autorzy celowo postanowili nie robić filmu tą samą metodą, jaką zrealizowali poprzednie części. Postanowili zrobić film nie z powodu starej trylogii, ale w pewnym sensie pomimo niej i jej na przekór zamieszczając w filmie więcej odwołań do filmów z Indianą Jonesem niż, jak to było wcześniej, do klasyki kina (co nie znaczy, że nie pojawią się aluzje do „Dzikiego”, „Tarzana”, czy filmów Bustera Keatona).
Dla miłośnika serii głównym problem najnowszego Indiany będzie to, że autorzy bawią się z widzem i jego oczekiwaniami w kotka i myszkę (a oczekiwania, te nie mogą być chyba niesłuszne, skoro wynikają ze znajomości wcześniejszych części cyklu). Na przestrzeni całego czwartego Indiany sugerowane są pewne stałe, konwencjonalne dla cyklu sytuacje i motywy mające ustalone i ukochane przez widownię rozwiązania (kłótnia pomiędzy Indym i jego ojcem kończy się krzykiem sprzeciwu Indiany „Nie nazywaj mnie Junior!” i strzaskaniem szczęki pilnującego ich niemieckiego żołnierza). W Indianie Jonesie i Królestwie Kryształowej Czaszki ten gag zostaje powtórzony, lecz finał znajduje o wiele wcześniej, zupełnie jakby dopiero w połowie trwania kłótni, zanim prawdziwe emocje dojdą do głosu i umotywują wybuch Jonesa (kłótnia między Indianą a Marion w radzieckiej ciężarówce). Finał więc następuje jakby wbrew prawom dowcipu, na mocy założenia, że „widzowie doskonale będą wiedzieć o co chodzi”. Podobnych zabiegów, które zdają się w przewrotny sposób przypominać stare filmy i bazować na ich znajomości w Indianie Jonesie i Królestwie Kryształowej Czaszki jest naprawdę wiele. Część z nich nie ma absolutnie żadnego uzasadnienia w fabule (np. od pomnika nieżyjącego Marcusa Brody’ego w trakcie gonitwy po Uniwersytecie odpada głowa, lecz jedynym tego wytłumaczeniem zdaje się być chęć przypomnienia widzom, jak to Marcus często tracił głowę i że „potrafił zgubić się we własnym muzeum”). Czasem też postmodernistyczna gra polega na w żaden sposób nie tłumaczonym fabularnie wyrastaniu spod ziemi (dosłownie) kolejnych przeciwników Indiany. Bez żadnego uzasadnienia kim są, ani jaka jest ich rola. Zupełnie, jakby wystarczającym powodem ich obecności było to, że Indy od czasu do czasu musi położyć kogoś trupem.
W filmie zredukowano do absolutnie niezbędnego minimum motywacje postaci. Założeniem zapewne było to, że w filmie przygodowym, i to jeszcze o tak powszechnie znanej i akceptowanej konwencji, wystarczą szkicowe, niemal już zupełnie komiksowe charakterystyki postaci. Efekt tych decyzji nie pokrywa się jednak z zamierzeniami autorów, bo w gronie pierwszoplanowych postaci pojawiają się bohaterzy nieciekawi i jednowymiarowi, których los mało widza interesuje i gdyby nie niemalże wrodzona sympatia dla Indiany, ciężko by było znaleźć postać której można by kibicować. Chociaż i tu autorzy nie są bez winy. Zabrakło odpowiedniego podejścia do wieku głównego bohatera. Nikt wprawdzie nie ukrywa zmarszczek Indy’ego, ale można by się spodziewać, że po dwóch dekadach jego sprawność fizyczna ulegnie chociażby lekkiemu osłabieniu. Nic takiego jednak nie następuje i na ekranie zobaczymy stare dobre kaskaderskie wyczyny. Można było się tego wprawdzie spodziewać, ale 58-latek o sprawności młodzieńca budzi niezamierzony komizm. Pogrzebano tutaj interesujące źródło dowcipu, bo czy wyobrażacie sobie coś śmieszniejszego, niż podstarzały, Indiana Jones, który w obliczu niebezpieczeństwa, bezskutecznie, acz uparcie macha swoim biczem nie mogąc zmusić go do właściwego zachowania? Zamknęłoby to także usta narzekającym na to, że Harrison Ford jest już za stary do roli legendarnego archeologa. Czyż nie lepiej bowiem uczynić emerytalny wiek bohatera źródłem dowcipów i integralną częścią opowieści, niż udawać, że Indiana Jones oparł się zębowi czasu i przez 19 lat jedynie posiwiał?
W filmie próżno szukać antagonistów z charakterem. Przez powierzchowny rysunek postaci Irina Spalko agentka KGB, u boku nosząca rapier, a na głowie fryzurę a’la garconne, przyciąga uwagę jedynie o tyle, o ile robią to wspomniane elementy jej wizerunku. Towarzyszący Spalko dziarscy czerwonoarmiści również cierpią na brak wyróżniających się osobowości i chociażby pod tym względem nie sprawiają wrażenia elity ZSRR. Brak pomysłu na zapadających w pamięć przeciwników dziwi, bo przecież Spalko z powodzeniem mogłaby wykorzystać swój kobiecy wdzięk i próbować uwieść Jonesa (i znowu można by wykorzystać wiek Indiany i zaserwować nieco spóźniony kryzys wieku średniego). Nadałoby to jakiegokolwiek smaku spotkaniu po latach Indy’ego z Marion Ravenwood i wyzwoliłoby między nimi iskrzenie, tak jak w Poszukiwaczach zaginionej Arki.
Głębszych uczuć nie budzi też Mutt Williams, postać poszukująca w filmie zaginionej matki. Gniewny chłopak jeżdżący na motorze i tajemnica jego podwójnej tożsamości raczej nie pomogą starym fanom w pokochaniu nowego Indiany. Zwłaszcza, że w ostatniej scenie filmu Mutt o mało nie przejmuje razem z legendarną brązową fedorą pałeczki po Indianie. Nie dochodzi do tego w tym filmie, ale obawiam się, że w którymś z kolejnych z pewnością to się stanie.
Jak się może domyślacie w najnowszym Indianie Jonesie pewne motywy z poprzednich części cyklu znajdują swój ciąg dalszy i zwieńczenie. Tym samym zostaje złamana kolejna zasada serii (w której tak jak w każdej serii, nie występuje fabularna łączność pomiędzy poszczególnymi częściami, a każda z nich jest autonomiczną i zamkniętą całością). Czy to dobrze, czy źle – nie wiem. Wiem, za to, że źle się z tym czuję, bo właśnie tak serie przekształcają się w seriale.
Większość widzów Indiany Jonesa i Królestwa Kryształowej Czaszki zorientowanych we współczesnej popkulturze i trendach nią rządzących, już po pierwszych minutach filmu będzie domyślać się w jakim kręgu tematycznym zamknie się czwarta część cyklu. Nie będę wam psuł zabawy, bo zakładam, że tak jak ja nie bawiłem się na filmie, tak wy możecie mieć odczucia dokładnie odwrotne (chociaż uważam, że rozwiązanie tajemnicy Kryształowej Czaszki jest kroplą przelewającą czarę goryczy i nie pozwala przebaczyć pomniejszych błędów). Jest mi żal, że najnowszy Indiana Jones nie jest tym, na co czekałem. Niektóre naprawdę dobrze wymyślone sceny nie mogą równoważyć ogólnego pomysłu na film. Naprawdę szkoda, że najnowsze dzieła LucasFilmu prezentują zupełnie inną koncepcję, niż tak ukochane przez publiczność na całym świecie stare dobre Kino Nowej Przygody. Chyba nikomu na świecie jeszcze nie wydaje się żeby po zaledwie trzech filmach z Indym należało już odświeżyć formułę cyklu. Zabieg ten był doskonałym posunięciem przy dwudziestoodcinkowych przygodach Jamesa Bonda (na którym zresztą Indiana Jonesa był wzorowany), tutaj jednak zupełnie nie zdaje egzaminu. Publiczność po prostu nie miała okazji znudzić się Indianą Jonesem i chce go takiego, jakim był dziewiętnaście lat temu, kiedy w Ostatniej Krucjacie odjeżdżał ku zachodzącemu słońcu.
Wszystkim rozczarowanym nowym Indianą Jonesem pozostaje czekać na następny film. Lucas i Spielberg bowiem w latach osiemdziesiątych podpisali z Paramountem umowę na pięć odcinków. Indiana zagości więc ekranach jeszcze co najmniej raz. Miejmy nadzieję, że będzie to wizyta udana. A co później? Czy na ekranach naprawdę pojawi się zapisane żółto-czerwoną czcionką nazwisko Mutta Williamsa?
Piotrek „ForceMan” Ochocki













