» DeDark | piątek, 25-7-2008 3:13

Pamiętam. I choć zdarzyło się to w roku 1701, pamiętam nawet jaki to był dzień. Byłem młody i głupi. Wszedłem do sali tronowej. Ot marzyciel, który płonął chęcią wykazania się. Królowa była jednak wyrozumiała i wysłuchała mnie. Potrzebowałem tylko statku i kogoś, kto by mi zaufał. Królowa dała mi obie te rzeczy. Podążyliśmy na zachód. Żeglowaliśmy z delfinami. Często sam siebie pytałem, czy aby nie obiecywałem sobie zbyt wiele, kiedy chełpliwie opowiadałem jej wysokości o perspektywie zyskania nowych ziem. Na szczęście moje obawy okazały się całkowicie nieuzasadnione. Wiele pracowitych rąk zabrało się do pracy i razem zbudowaliśmy kwitnącą osadę z niczego…

Po niepodważalnym sukcesie Anno 1701 (dość powiedzieć, że w samych tylko Niemczech rozeszła się ona w liczbie kilkuset tysięcy egzemplarzy) wydanie dodatku było czymś nader oczywistym. W rok po premierze podstawowej wersji gry, na rynku elektronicznej rozrywki zadebiutowała więc Klątwa Smoka – pierwsze oficjalnie rozszerzenie tytułu. Niestety, z niewyjaśnionych do końca przyczyn, dodatek dotarł do Polski z dosyć znacznym opóźnieniem (wynoszącym notabene bez mała cztery miesiące). Dwadzieścia dni po jego nadwiślańskiej premierze, rodzimy dystrybutor zdecydował się ponadto na wydanie tak zwanej „Złotej Edycji” tytułu, czyli zestawu zawierającego podstawkę oraz addon. W takiej też formie gra trafiła do naszej redakcji (a później zawitała na biurku niżej podpisanego). Czy warto było wyciągać poń rękę? I tak, i nie. Po szczegóły odsyłam jednak do dalszej części recenzji.

Anno 1701
Choć oryginalności nie ma w niej prawie wcale, Anno 1701 to jedna z najlepszych strategii ekonomicznych, jakie kiedykolwiek trafiły na półki sklepowe. Tak, tak wiem. Nie tak powinien wyglądać początek recenzji. Zdaje sobie doskonale sprawę, że może się to komuś wydać cokolwiek nieprofesjonalne z mojej strony. Ale cóż mogę poradzić, skoro produkcji studia Related Designs po prostu nie można nie polubić. Ba! Jeśli tylko gustujesz w grach tego typu, dzieło naszych zdolnych sąsiadów zza zachodniej granicy rozkocha cię w sobie z łatwością godną nadzwyczaj urodziwej białogłowy. Jak na gatunek, który reprezentuje, gra wygląda naprawdę ślicznie, stworzoną ją w oparciu o nad wyraz czytelne, klarowne i co najważniejsze, niebywale logiczne zasady, ponadto opatrzono niezwykle rozbudowanym, a przy tym wyjątkowo prostym w obsłudze interfejsem. W efekcie otrzymaliśmy tytuł, z którym - nawet po przeszło roku od jego światowej premiery – niewiele konkurencyjnych pozycji zdoła stanąć w szranki.

Anno 1701 pozwala bawić się na kilka różnych sposobów. Na początek radziłbym wszystkim (a w szczególności osobom, którym nazwy Anno 1503 czy Anno 1602 mówią tyle, co nic) zapoznać się ze świetnie opracowanym samouczkiem. Zaprojektowany przez twórców tutorial składają się z czterech etapów, w trakcie których z łatwością chłoniemy wiedzę na temat najistotniejszych aspektów rozgrywki. Kiedy już uporasz się z budową swojej pierwszej osady, nie pozostaje nic innego, jak spróbować swoich sił w jednym z trzech właściwych trybów gry. Do wyboru mamy grę dowolną, tryb uproszczony oraz scenariusze. Największe możliwości daje tryb gry dowolnej i to właśnie jego należy uznać za dominującą formę rozgrywki. Przed każdą sesją możemy - za pośrednictwem kilku ekranów konfiguracji - wedle własnych upodobań określić wielkość mapy, kapitał początkowy, poziom trudności gry, ilość przeciwników, a nawet rozbudowane warunki zwycięstwa. Drugi z dostępnych wariantów rozgrywki umożliwia swobodną budowę osady, bez potrzebny martwienia się o szereg „nieistotnych” detali, takich jak dla przykładu złośliwi piraci, którzy jakże odczuwalnie dają nam się we znaki w trybie gry dowolnej. Mamy więc mapę, na niej szereg wysp, które możemy w swoim czasie skolonizować i w zasadzie tyle. Żadnego konkretnego celu, żadnych frustrujących niespodzianek, ale i niestety żadnych emocji. Nie oszukujmy się, takie granie dla grania daje cokolwiek wątpliwą satysfakcję i co za tym idzie, bardzo szybko nudzi.

Na szczęście wachlarz dostępnych w grze atrakcji uzupełniają przygotowane przez developerów scenariusze. Do naszej dyspozycji oddano w sumie dziesięć zróżnicowanych misji, polegających na wykonywaniu ściśle określonych zadań. Z każdą kolejną sukcesywnie rośnie poziom trudności, dzięki czemu - w stosunkowo wyważonym tempie - mamy możliwość odkrywania kolejnych tajników programu. Może się wprawdzie wydawać, że scenariusze pełnią, co najwyżej rolę niewielkich odskoczni od właściwego sposobu rozgrywki, niemniej jednak naprawdę warto je sprawdzić. Choćby ze względu na bardzo pomysłowe historyjki stanowiące ich tło fabularne. Dla przykładu w pierwszym z nich nasze zadanie polega na bezpiecznym sprowadzeniu do portu zaginionej załogi statku Santa Barbara. Aby tego dokonać, najpierw musimy odnaleźć rzeczony statek, następnie dostarczyć rozbitkom żywność, a na końcu zgromadzić odpowiednią ilość surowców potrzebnych do naprawy pokiereszowanej przez sztorm łajby. Innym razem wcielimy się w rolę pirata, którego zadaniem będzie rozbicie floty pewnego zarozumiałego możnowładcy. Jeszcze innym obejmiemy we władanie niewielką osadę, umiejscowioną w niedalekim sąsiedztwie aktywnego wulkanu. Jak nietrudno się domyśleć, naszym nadrzędnym celem będzie ewakuacja osadników z zagrożonego terenu.

Podobnie jak w większości strategii ekonomicznych, polegających na rozwijaniu osad, kolonii bądź innych zbiorowisk ludzkich, początki w Anno 1701 są nad wyraz proste i przyjemne. Pod nasze dowództwo oddany zostaje statek, którego ładownie wypełnione zostały niewielkim zapasem żywności, drewna i narzędzi. Pierwsze zadanie polega na znalezieniu wyspy, na której chcesz się osiedlić. Domyślnie całą mapę opiewa tak zwana „mgła wojny”, przez co odnalezienie wymarzonego skrawka lądu może trochę potrwać. Decyzja o tym, którą wyspę skolonizować, powinna być jednak gruntownie przemyślana, gdyż rzutuje w sposób fundamentalny na kształt dalszej rozgrywki. Nie ma się więc co w tej kwestii spieszyć. Po zbudowaniu magazynu - budynku pełniącego tutaj rolę swoistego przyczółka cywilizacji - rozpoczyna się właściwa, trudniejsza część rozgrywki, w której nasze zadanie sprowadza się de facto do zaspokajania coraz to nowych potrzeb mieszkańców osady.

Wymagania pierwszych kolonistów (pionierów) są bardzo proste – do szczęścia potrzebują jedynie żywności i budowli zaspokajającej ich chęć społecznej integracji - centrum wioski. Gdy zaspokojone zostaną kolejne zachcianki – powstanie farma owiec, chata tkacza i niewielka kapliczka – pionierzy zmienią się w osadników, ich domy staną się bardziej okazałe (i pojemne), a potrzeby – co łatwo odgadnąć – wzrosną. Kolejne poziomy cywilizacyjne to obywatele, kupcy i arystokraci. Oczywiście rozwój kolonii nie byłby możliwy, gdyby nie podatki. Ich wysokość warunkowana jest właśnie przez poziom cywilizacyjny mieszkańców osady. Krótko mówiąc, w im większe luksusy opływać będą twoi podwładni, tym więcej pieniędzy dorzucać będą do wspólnej kasy, a to z kolei pozwoli na dalszą rozbudowę infrastruktury kolonii. Pełny skarbiec to jednak dopiero połowa sukcesu.

Drugim bardzo ważnym czynnikiem decydującym o dynamice rozwoju osady są surowce naturalne. Jako, że na żadnej z map nie znajdziemy wyspy, która oferowałaby wszystkie dostępne surowce, nie sposób ograniczyć się do kolonizacji tylko jednej, trzeba zająć kilka (w zasadzie im więcej, tym lepiej). Jeśli upatrzona przez nas wysepka jest jeszcze dziewicza, to nie ma większego problemu - wystarczy wysłać do niej statek z zapasem odpowiednich surowców i wybudować magazyn. Schody zaczynają się wtedy, gdy krzemowi przeciwnicy ubiegną nas w kolonizatorskich zapędach.

Mamy wtedy dwa wyjścia. Pierwszym jest podpisanie traktatu handlowego z graczem, który zaanektował daną wyspę jako pierwszy. To jednak będzie stanowić znaczne obciążenie dla naszego budżetu, czasami warto więc wypowiedzieć danemu delikwentowi wojnę i odzyskać „co nasze”. Nie można jednakże zapominać, że tak naprawdę Anno 1701 jest grą o rozwoju swojej własnej społeczności z możliwością e w e n t u a l n e g o podboju innych. Nie trzeba być bowiem jakimś wybitnym entuzjastą gier RTS w klasycznej formie, by zauważyć, iż potyczki zbrojne potraktowano tutaj z naprawdę dużym przymrużeniem oka. Ot, dostępnych jest kilka typów okrętów i jednostek, nad którymi góruje znana ze strategii starszej daty zasada: im więcej tym lepiej. Nie wspominając już o tym, iż np. zniszczone koszary można tutaj odbudować w sekundę. Aspekt militarny należy niewątpliwie do najsłabszych punktów recenzowanej pozycji. Na szczęście przeciwnicy są zazwyczaj pokojowo nastawieni (z wyjątkiem, rzecz jasna, piratów). Poza tym handel z innymi nacjami daje o wiele większe korzyści niż podbój (wydatki na armię są na tyle duże, że w większości przypadków cała ta zabawa w konkwistadorów a la Cortez i spółka, zwyczajnie przestaje się opłacać), jeśli więc sytuacja tego nie wymaga, można ograniczyć się do defensywy, otaczając miasto murami i umieszczając w wieżach kilka dział chroniących nas przed najazdami znajomych kapitana „Jacka Wróbelka”.

Może nazwanie go idealnym, byłoby trochę na wyrost, jednakże nie ulega wątpliwości, iż handel w Anno 1701 został rozwiązany naprawdę dobrze. Sprzedawać możemy nadmiar towarów wyprodukowanych przez naszą osadę oraz kupować te, których mamy za mało. Olbrzymim plusem gry jest możliwość tworzenia automatycznych szlaków handlowych - zamiast ręcznie sterować naszą flotą wystarczy zdefiniować skąd i dokąd mają być transportowane określone dobra i wybrać ich ilość. AI wywiązuje się z tego zadania znakomicie, pozwalając skupić nam uwagę na innych (nierzadko ważniejszych) aspektach rozgrywki. Trzeba przy tym zaznaczyć, że – dzięki obecności niezależnego kupca - transakcji możemy też dokonywać nie posiadając własnych okrętów. Wystarczy zdefiniować w magazynie, które towary chcemy kupić, bądź sprzedać, a odwiedzający naszą przystań handlarz załatwi całą resztę. Gdy już dorobisz się własnych statków handlowych, będziesz mógł na własną rękę pływać od portu, do portu w poszukiwaniu nowych rynków (głównie zbytu, gdyż, jak się okazuje, przepełnione magazyny, to – prócz pustych magazynów :P – jedna z największych bolączek na dalszym etapie rozgrywki). Oczywiście ekonomiści z prawdziwego zdarzenia (w tym miejscu chciałbym pozdrowić redakcyjnego kolegę joszka, studenta ekonomii), dostrzegą pewne luki i w tym aspekcie rozgrywki. Najbardziej rzucą im się w oczy pewne problemy z działaniem prawa popytu i podaży. Prawie nigdy towary stricte deficytowe nie drożeją, mimo ogromnego nawet na nie zapotrzebowania. Pozostałe niedoróbki w „module” handlowym pozostawmy już jednak ekonomistom, ok? Przeciętny gracz, nie będzie sobie przecież darł włosów z głowy, bo pomimo, że jest monopolistą w dziedzinie produkcji marmuru, nie zbija na tym takiej fortuny, jakby chciał, prawa?

Choć nie jest pozbawiona wad, produkcja Related Designs niesamowicie wciąga, absorbując przy tym gracza do tego stopnia, że zapomina na czas zabawy o całym świecie, w tym o najbardziej podstawowych czynnościach, takich jak jedzenie czy sen (mnie dla przykładu zdarzyło się kilka razy z rzędu zarwać dla niej nockę). Składowych niesamowitej wręcz miodności tytułu jest oczywiście dużo i nie sposób ich wszystkich wymienić w tak krótkim tekście. Z całą jednak pewnością, do już opisanych dołączyć musi oprawa audiowizualna. Nie oszukujmy się, jak na strategię, Anno 1701 prezentuje się ślicznie. Sami twórcy musieli sobie zresztą zdawać z tego sprawę, gdyż zaimplementowali do swojej produkcji opcję specjalnego trybu do zrzucania screenshotów, w którym interfejs nie zasłania widoku, a my możemy dowolnie oddalać, przybliżać i obracać kamerę! Grafika jest naprawdę świetna. Widać, że odpowiedzialni za nią ludzie przyłożyli się, dopieszczając wszystko z dbałością o każdy detal. Wspaniałe widoki sprawiają, że można po prostu siedzieć i patrzeć na to, co dzieje się na ekranie monitora. A dzieje się sporo. W ocenach, z gracją przesuwają się kształty olbrzymich wielorybów, ławice ryb przepływają w jasnobłękitnych wodach, a spienione fale delikatnie omywają złocisty piasek, pokrywający plaże karaibskich wysepek. W grze wykorzystano olbrzymią ilość animacji - doskonale widać to, po dokonaniu największego zbliżenia kamery i przyglądnięciu się typowemu zachowaniu mieszkańców naszej osady. Zazwyczaj koloniści zajęci własnymi sprawami, krzątają się wokół swoich domostw, gdy jednak w okolicy wybuchnie pożar czy do wioski zawita wóz z piwem oferujący wszystkim darmowe trunki; reagują jak prawdziwi ludzie, a nie oskryptowane zbitki trójkątów.

O ile na oprawie graficznej programu da się już zauważyć delikatny ząb czasu, o tyle ścieżka dźwiękowa to wciąż totalne mistrzostwo świata! Nagrany przez Brandenburdzką Orkiestrę Symfoniczną dyrygowaną przez Bernda Rufa, soundtrack to miód dla uszu każdego rozkochanego w filmowych utworach słuchacza. Co ciekawe, do polskiego wydania Anno 1701, nasz rodzimy dystrybutor – firma Cenega – dołączył dodatkową płytę audio, zawierającą 32 utwory z gry. Czapki z głów! Szkoda tylko, że ścieżka dźwiękowa wydana została w dość nietypowym formacie DVD-Audio, przez co, by rozkoszować się jej pięknem, potrzebujemy napędu DVD.

Koniec końców muszę stwierdzić, iż choć od premiery Anno 1701 minął już dobry kawał czasu, w trakcie którego na rynku zadebiutowało wiele naprawdę bardzo dobrych tytułów, realizujących podobne założenia, w moim prywatnym rankingu gra Niemców z Related Designs nadal rządzi! A jak na jej tle wypada wydany niedawno dodatek?

Anno 1701 – Klątwa Smoka
Szczerze powiedziawszy dość blado… Już pierwsze minuty po odpaleniu Klątwy Smoka nie nastrajają zbyt pozytywnie. Grę otwiera dokładnie to samo intro co w podstawce. Owszem, bardzo ładne, ale – nie oszukujmy się – cokolwiek nie na miejscu, bo co do jasnej Anielki ma wspólnego kolonizacja nowego świata z poszukiwaniami zaginionego artefaktu. W końcu addon to przede wszystkim nowe scenariu… ops… przepraszam nowa kampania. Konkretniej 11 spiętych ze sobą fabularną klamrą misji, w trakcie których „podążymy tropem wielkiej przygody, zmierzymy się z siłami natury i ochronimy nasze posiadłości przed nieprzyjacielem”. Tak przynajmniej twierdzą producenci (których to pozwoliłem sobie zacytować), rzeczywistość nie jest niestety, aż tak kolorowa… Przepraszam bardzo, ale co ja mam napisać, skoro wszystko powyższe sprowadza się do zwyczajnego rozwijania osady? Tyle tylko, że w tle mamy naciąganą jak w polskiej komedii historyjkę i zadania, które wykonujemy niejako przy okazji. Dzięki wielkie, ale o niebo lepiej bawiłem się w trybie gry dowolnej.

A bawiłbym się pewnie jeszcze lepiej, gdyby nie kompletny brak powiewu świeżości w samej mechanice rozgrywki. Chyba, że za takowy uznamy dodanie dwóch nowych zleceń od wolnych kupców. Przy czym pierwsze z nich polega na dotarciu do dryfującego statku, drugie zaś na odeskortowaniu takowego do krańca mapy. Zaiste brzmi „imponująco”, nieprawdaż?

Nieszczególnie przypadł mi też do gustu nowy rodzaj katastrofy. Do grona znanych z podstawowej wersji gry „wybryków matki natury” (m.in. trzęsienia ziemi, wybuchu wulkanu, huraganu, plagi) dołączył upadek meteorytu. Nie ukrywam, samo zdarzenie wygląda dość efektownie: najpierw pojawia się narastający cień, potem spadają coraz to większe odłamki skalne (uszkadzając budynki znajdujące się w polu rażenia), aż w końcu następuje uderzenie, które potrafi zrównać z ziemią sporą część terenu wokół epicentrum. Problem w tym, że dla w miarę dobrze rozwiniętej osady (której magazyny bynajmniej nie świecą pustkami), uporanie się z powstałymi w skutek tego szkodami, nie stanowi praktycznie żadnego problemu… Co innego znalezienie w Klątwie Smoka jakichś nowych budynków czy łańcuszków produkcyjnych. Postawić możemy zaledwie trzy nowe budowle - różany żywopłot, woliera i ptaszarnia. Żeby było śmieszniej, wszystkie z wymienionych, to struktury o charakterze czysto dekoracyjnym, ponadto dostęp do nich uzyskujemy dopiero na ostatnim poziomie cywilizacyjnym. Z oczywistych względów nowych gałęzi produkcji nie ma więc w ogóle.

Do nielicznych zalet rozszerzenia zaliczyć należy dołączony edytor map, dzięki któremu w kilku prostych krokach możemy stworzyć własną mapkę. Oprawa graficzna w niczym nie różni się od tej zaprezentowanej w podstawce, wzbogacona została za to - i tak już fantastyczna - ścieżka dźwiękowa. Rozszerzenie przynosi kolejne 30 minut wspaniałej symfonicznej muzyki. Szkoda tylko, że tym razem nie pokuszono się już o wydanie osobnej płyty audio.

Klątwa Smoka to jedno wielkie rozczarowanie. Prócz nudnej jak flaki z olejem kampanii, wspomnianego wyżej edytora i kilkudziesięciu minutowego soundtracka nie wnosi praktycznie żadnych istotnych zmian. Nie byłoby sprawy, gdyby została wypuszczona w formie darmowego uaktualnienia, dostępnego do pobrania za darmo z Internetu. W obecnej formie nie sposób polecić jej jednak nawet najwierniejszym fanom serii.

Podsumowanie
No to się nam porobiło. Genialna podstawka i dodatek jakością wołający o pomstę do nieba. Czy mogę z czystym sumieniem polecić taki zestaw? Nieszczególnie… Tym bardziej, że za połowę jego ceny można nabyć Anno 1701 w wersji bez rozszerzenia.

PS. Ocena która widnieje w stopce jest wypadkową dwu not: dziewiątki w przypadku Anno 1701 i piątki w przypadku Anno 1701: Klątwa Smoka.

Info:
Gatunek: strategia ekonomiczna
Oficjalna strona gry: http://www.anno1701.com/
Producent: Related Designs
Wydawca: Deep Silver / Koch Media
Wydawca PL: Cenega Poland
Cena: 99,90 zł




Wymagania:
Procesor: 2,2 Ghz Intel Pentium 4 lub równoważny
Pamięć: 512 MB RAM
Karta grafiki: 64 MB (Pixel Shader 1.1)
Napęd: 4X DVD-ROM
Miejsca na HDD: 3,5 GB
System operacyjny: Microsoft Windows 2000/XP

Składam podziękowania za współpracę firmie Cenega Poland

Krzysztof ”Havret” Cebula

Podyskutuj na forum

Podziel się z innymi: These icons link to social bookmarking sites where readers can share and discover new web pages.
  • Digg
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Gwar

« 8-warstwowe pamięci Mushkin X-Line Trzy nowe gry od twórców Halo »

Zostaw komentarz