» Basza | czwartek, 14-8-2008 0:14 |
|

Wydawałoby się, że recepta na udanego FPSa jest dość prosta - wystarczy dobry pomysł na rozgrywkę i najlepsza dostępna na rynku technologia, która zapewni wrażenia graficzne na najwyższym poziomie. To wszystko przekazać grupie zdolnych programistów i mamy murowanego hiciora. Czy aby na pewno? Otóż przedstawiciele firmy Midway wyszli z założenia, że powinno to się udać, a następnie przekazali niezwykle potężne narzędzie do pracy, jakim jest silnik graficzny Unreal Engine 3 kilku grupom deweloperskim. Efekty ich pracy były jednak dość odmienne – od bardzo dobrego Strangleholda po wręcz skandalicznie słabego Hour of Victory. W międzyczasie pracowano również nad innym, niezwykle ciekawym i zdecydowanie najbardziej wyczekiwanym przez graczy projektem, będącym nie tyle kontynuacją, co raczej nawiązaniem do wydanej w 2005 roku całkiem niezłej gry o nazwie Area 51. O tym, czy solidne podstawy na fabułę oraz świetny engine graficzny wystarczą do stworzenia udanej produkcji możecie dowiedzieć się czytając recenzję gry Blacksite: Area 51.
Fabuła gry na początek rzuca gracza w sam środek konfliktu zbrojnego w Iraku. Wcielamy się w skórę Aerana Pierce’a, by wraz z dwoma kumplami z grupy do zadań specjalnych wykonać misję, której celem jest odnalezienie broni masowej zagłady. Jak się jednak okazało, takowej nie znaleźli, lecz w tajnych, podziemnych laboratoriach natrafili na całą armię bliźniaczo podobnych do siebie mutantów, którzy skutecznie starają się skopać ich amerykańskie tyłki. Oczywiście, jak to zwykle bywa, misja zakończyła się niepowodzeniem (szczegółów nie zdradzę), a akcja przenosi nas dwa lata w przód, w pustynne tereny Newady, gdzie podobno doszło do starć z ekstremistami, którzy zajęli wojskowe placówki w Strefie 51. Wraz z dwoma komandosami zostajemy wysłani w sam środek tej zadymy, a naszym zadaniem będzie nic innego, jak posłanie jak największej liczby kosmitów do piachu.
Sami pewnie już zauważyliście, że fabuła gry Blacksite: Area 51 nie jest najmocniejszą jej stroną, bowiem z powodzeniem podobna historyjka oklepywana była w dziesiątkach innych produkcji. Co gorsza, dość często nie trzymała się ona kupy, zaskakując nas dziwnymi zwrotami akcji, lecz z drugiej strony, nie wymagajmy zbyt wiele od zwyczajnego w świecie FPSa – tu ma być szybka akcja, dużo strzelania i wciągająca rozgrywka. Szkoda tylko, że w każdym z tych elementów bez nadmiernego szukania można zauważyć niemałe, miejscami mocno uciążliwe błędy.
Zacznijmy od naszego bohatera. Jak już wcześniej wspomniałem, w grze Blacksite: Area 51 wcielimy się w postać Aerana Pierce’a, który jest najprawdziwszym komandosem z krwi i kości. Szkoda tylko, że jego ruchy ograniczają się jedynie do najprostszych czynności, a o chociażby wspinaniu się możemy po prostu zapomnieć. Potrafi on jedynie przykucnąć, porządnie wycelować z ramienia, czasem gdzieś wyżej podskoczyć – ot standard. Pojawia się również system wydawania rozkazów swoim kompanom – można ich wysłać w określone miejsce, nakazać im otworzyć drzwi, włączyć przycisk na ścianie, bądź też wskazać cel do ataku. Sprawdza się on całkiem nieźle, choć raczej rzadko kiedy z niego korzystałem i ogólnie wydaje mi się zbędny.
Twórcy zachwalają zaawansowany system morale naszych towarzyszy broni, który w zależności od poziomu podobno znacząco wpływa na ich sposób walki. Jedyne co zauważyłem to fakt, że rzeczywiście morale się zwiększa, gdy dobrze nam idzie, a zmniejsza w momencie, gdy ktoś z naszych zginie (tym faktem i tak nie ma się co martwić, po ok. 30 sekundach jak gdyby nigdy nic wstaje), ale żeby nagle zwiększali siłę ognia bądź też odważniej zaatakowali pozycje przeciwnika – absolutnie nie. AI sterowanych przez komputer kompanów stoi raczej na niskim poziomie i nie mamy co od nich wymagać, że za nas całą grę przejdą, przez co cały ten system mógłby w ogóle nie istnieć.
Aeran w swoje ręce może wziąć jedynie dwie bronie naraz, co dość często jest mocno uciążliwe, gdyż w niektórych momentach aż chciałoby się przywalić komuś z wyrzutni rakiet, a tą zostawiliśmy pięć minut temu zmieniając na snajperkę. Skoro już o arsenale mowa, to oprócz dwóch wymienionych dochodzi jeszcze zwykły pistolet (dość skuteczny zresztą), karabin szturmowy, futurystycznie wyglądająca strzelba działaniem przypominająca obrzyna oraz strzelba plazmowa, która o dziwo pojawia się jedynie w ostatnich 10 minutach gry. Szczerze jednak przyznam, że niemal całą kampanię dla jednego gracza można przejść używając karabinku szturmowego z celownikiem, rzadko wymieniając go na snajperkę czy też wyrzutnię rakiet. Na braki amunicji raczej nikt nie powinien narzekać, gdyż ta wylatuje z zabitych przeciwników lub też możemy ją znaleźć w porozrzucanych po mapie skrzynkach. Czasem przyjdzie nam zasiąść na stacjonarnej wieżyczce i wziąć w swoje ręce potężny karabin, by poprowadzić ciągły ogień w napierające z każdej strony wrogie oddziały.
W Blacksite: Area 51 pojawiają się również pojazdy, którymi przyjdzie nam pokierować w trakcie rozgrywki. Jednak programiści ze studia Midway mogli się nieco bardziej postarać, bowiem zasiądziemy za kierownicą tylko dwóch pojazdów: samochodu terenowego oraz amerykańskiego Hummera z karabinem maszynowym na dachu. W dodatku kwestię sterowania rozwiązano w dość niefortunny sposób, gdyż skręcanie za pomocą myszki jak dla mnie jest średnio trafionym pomysłem – nie można było zostać przy WSADzie czy też ostatecznie „strzałkach”? Raz czy dwa wskoczymy także na pokład helikoptera i skorzystamy z zamontowanego na pokładzie działka, by siać popłoch w szeregach wroga.
Wszystkie te narzędzia zagłady będziemy mogli wypróbować na kilku rodzajach przeciwników. Od początku do końca rozgrywki pojawiać się będą sklonowani komandosi w dwóch odmianach – w maskach lub bez. „Sklonowani”, gdyż każdy z nich wygląda jak brat bliźniak poprzedniego – szkoda, że autorzy gry nie pokusili się o kilka różnych skórek, zawsze by to było jakieś urozmaicenie, lecz z drugiej strony po raz kolejny powiem – nie wymagajmy za wiele od FPSa. Na naszej drodze stanie także wysoki na ponad 2 metry robot na metalowych nóżkach, strzelający do nas z dwóch karabinów maszynowych. O dziwo za pierwszym razem mocno mnie on zaskoczył, gdy po wpakowaniu w niego jednego magazynka w końcu położyłem go na łopatki, a ten po raz kolejny pognał na mnie, tym razem pełznąc po ziemi, wcześniej odrywając tułów od mechanicznych kończyn. W Blacksite: Area 51 pojawią się również przeróżne maszkary, począwszy od „wybuchowych” pajączków, czy wyskakujących spod ziemi i miotających ognistymi kulami olbrzymich dżdżownic w dwóch odmianach, aż po sporej wielkości paskudztwa przypominające wyglądem Arachnidy z filmu „Żołnierze Kosmosu”. Szkoda jednak, że absolutnie żaden z przeciwników nie jest dla gracza jakimkolwiek wyzwaniem, piechota potrafi jedynie chować się za przeszkody, skutecznie jednak wystawiając czy to swój „zakuty” łeb czy też tylną część ciała, pajączki właściwie same się wykańczają, gdyż zwykle biegają w grupie, także jeden celny strzał w zupełności wystarczy, a przerośnięte glizdy właściwie stoją w miejscu czekając na anihilację. Pojawiają się też potworki udające bossów, choć po raz kolejny są jedynie statystami w tej zabawie, a pokonanie ich nie powinno nikomu sprawić żadnych problemów.
Zadania czekające na gracza to absolutny standard dla większości obecnych na rynku FPSów. Przeważnie będziemy szli do przodu jak po sznurku od jednego celu do drugiego, a niemal zza każdego rogu będą wyskakiwać „oskryptowani” do bólu przeciwnicy – za każdym razem pojawiają się dokładnie w tym samym miejscu i nic nie jest w stanie wpłynąć na zmianę ich zachowań. W kilku przypadkach zdarzyło się również, że skrypty nie zadziałały we właściwy sposób, przez co jedynym ratunkiem było ponowne wczytanie zapisanego wcześniej stanu gry. Wyobraźcie sobie sytuację – małe osiedle domków jednorodzinnych, trzeba wyczyścić plac budowy jednego z nowopowstających budynków. Wchodzimy do środka, strzelamy gdzie popadnie, potem na pierwsze piętro „sprzątając” pokój po pokoju. Po wykonanej robocie wychodzimy wraz z dwoma członkami ekipy na balkon, z którego to należało zeskoczyć, a następnie jeden z nich po krótkiej rozmowie powinien otworzyć nam drzwi w drewnianym płocie, co jest jednoznaczne z przejściem do kolejnej lokacji. Jakież było moje zdziwienie, gdy ów kompan… przeskoczył z balkonu za płot, a ja mogłem sobie wówczas co najwyżej soczyście zakląć, bowiem otwarcie drzwi zarówno przez drugiego z nich jak i przeze mnie było niemożliwe.
Do minusów zaliczyłbym też uciążliwy system zapisu stanów gry. Otóż w Blacksite: Area 51 mamy niezwykle popularne głównie na konsolach „checkpointy”, które w dodatku rozsiane są w bliżej niezidentyfikowany sposób po poszczególnych poziomach gry - to rozwiązanie doprowadza jedynie do niepotrzebnego marnowania czasu, gdy przyjdzie potrzeba ponownego wczytania takiego “save’a”.
Strona graficzna gry Blacksite: Area 51 to bez wątpienia najmocniejszy punkt tej produkcji, lecz nawet i tutaj programiści ze studia Midway do końca się nie popisali. Jak wspomniałem we wstępie, zastosowano tutaj niezwykle potężny silnik Unreal Engine 3, co widać od pierwszych minut spędzonych z tym tytułem. Doskonałej jakości tekstury, świetnie wykonane modele oraz genialna gra świateł i cieni działają jak magnes, który solidnie przyciąga do monitora i nie pozwala odejść. Gorzej jest z projektami niektórych map – zdarzają się mocno nieciekawe, otwarte poziomy (szczególnie w późniejszych etapach), tak jakby twórcom zabrakło inwencji. Denerwują także niewidzialne ściany, które pojawiają się wręcz nagminnie – czy rzeczywiście tak trudno było wstawić tam jakiś głaz, płotek czy ławkę? Silnik graficzny pozwala również na niszczenie niektórych elementów otoczenia, choć ogranicza się to jedynie do odstrzelenia tynku z filarów budynków, rozwalania balustrad, czy też niszczenia samochodów. Strona dźwiękowa to duży plus tej gry, choć o pianiu z zachwytu nie ma tutaj mowy. Muzyka jest raczej przyjemna dla ucha, podobnie jak wszelkiego rodzaju dźwięki – zarówno wystrzały jak i kwestie dialogowe wykonano nad wyraz profesjonalnie i nie można się do niczego przyczepić.
Blacksite: Area 51 w naszym pięknym kraju pojawił się pod koniec marca bieżącego roku, a zaledwie trzy miesiące później rodzimy dystrybutor – firma CD Projekt postanowiła obniżyć jej cenę aż o 50%, co akurat w tym przypadku odpowiednio świadczy o jakości tej gry. Niestety w trakcie zabawy dość często zdarzają się momenty, gdy zdrowo wieje nudą, a to za sprawą powolnej oraz zdecydowanie nazbyt łatwej rozgrywki, która nie stanowi większego wyzwania. Produkcja ta jest co najwyżej przeciętna, jedynie miejscami potrafi nieco bardziej zaskoczyć, lecz mnie jako fana gier FPS wciągnęła na tyle, by całkiem nieźle się przy niej bawić. Dlatego myślę, że za połowę ceny (czyli niecałe 40 zł) i mniej warto dać jej szansę.
Radosław “Basza” Szewczyk













