» djsound | wtorek, 12-8-2008 20:45 |
|

Pamiętacie jeszcze WCG czyli W Co Gramy? Redaktorzy VG w kilku(set) słowach odpowiadali na niezmiernie proste pytanie: „w co gramy dla przyjemności?”. Z różnych przyczyn „dział” ten zniknął na kilka miesięcy, ale najważniejsze że wraca wzbogacony o świeżą krew i nowe platformy (XBOX 360 oraz Wii) Nie pozostaje mi nic innego jak powiedzieć: miłej lektury i do zobaczenia za miesiąc.
Basza

Oj, wiele się działo w tym miesiącu… Mogę wręcz powiedzieć, że mój mały, growy świat wywrócił się może nie od razu o trzysta sześćdziesiąt, ale przynajmniej o sto osiemdziesiąt stopni. W końcu nastąpiła długo wyczekiwana (choć nieco przymusowa) zmiana komputera, co zaowocowało tym, że po wielu miesiącach udręki mogłem zagrać w najnowsze, jeszcze cieplutkie produkcje. Na pierwszy ogień poszły uwielbiane przeze mnie FPSy i już po krótkiej przygodzie z jednym tytułem wiedziałem, że szybko od niej nie odejdę. Bynajmniej nie był to Crysis, czy Call of Duty 4, a… Timeshift! Tak, ta właśnie gra wręcz przyssała mnie do klawiatury i myszki, a ja niemal jak zahipnotyzowany siedziałem nad nią całymi godzinami przedzierając się przez kolejne poziomy. Długa, niezwykle dynamiczna i wciągająca rozgrywka, do tego świetna, choć nie rewelacyjna grafika i ciekawa fabuła to wszystko, co znajdziemy w tej produkcji. Szkoda tylko, ze zarówno w Polsce jak i na świecie jej premiera przeszła bez większego echa, a to z prostego powodu – wydawca wprowadził ją na rynek w najbardziej nieodpowiednim momencie, gdy na półki sklepowe trafiły dwa wymienione przeze mnie wcześniej tytuły. Jednak aktualnie sezon ogórkowy w pełni, dlatego wszystkim proponuję nadrobić zaległości, bo zabawa z czasem w grze Timeshift wciąga bez reszty!
djsound

Gdy tylko ustaliliśmy, że WCG wraca wiedziałem o czym napiszę – o Stalkerze (daruję sobie te bzdurne k.r.o.p.k.i.) Ale wiecie co? Zmieniłem zdanie. Nie napiszę. W trakcie mojej podróży na północ Zony rozpocząłem zupełnie inną – podwodną. Gdy tylko kupiłem Wii zostałem wręcz zasypany lawiną pytań typu „a dlaczego nie XBOX 360? Przecież (i tu lawina argumentów)”… a niech sobie gadają. Gry takie jak Endless Ocean utrzymują mnie w przekonaniu, że mój wybór był słuszny. W EO wcielimy się w płetwonurka, który ma łódkę, spory kawałek morza do zbadania, pełną swobodę oraz wiecznie uśmiechniętą, atrakcyjną partnerkę (niestety jej rola ogranicza się do udzielania zbędnych podpowiedzi i pilnowania, aby żaden pingwin z Madagaskaru nie ukradł łodzi;) ). Na szczęście 99% czasu spędzimy pod wodą. A tam… cóż. Słowa tego nie opiszą: setki ryb, niesamowite lokacje (nie da się ich opisać w tak krótkim tekście), piękne rafy koralowe i ta cudowna muzyka, za którą odpowiada między innymi Hayley Westenra. Polecam YouTube – hasło – „Hayley Westenra Prayer”. Czy znajdujecie inne określenie dla jej głosu niż „anielski”? Ja nie. A co możemy robić w samej grze? Poza wspomnianym odkrywaniem mapy możemy szukać skarbów, oprowadzać turystów, robić zdjęcia na zamówienie, penetrować jaskinie (w nocy – wrażenia bezcenne tak jak i spotkanie płetwala błękitnego). Niestety muszę już kończyć. Mam tak wiele do powiedzenia, a tak niewiele miejsca. (i tak przekroczyłem już limit) Do zobaczenia za miesiąc. Do zobaczenia w recenzji EO.
Havret

Wakacje! Słońce, plaża, zimne drinki, gdzie nie spojrzeć skąpo odziane bóstwa i oczywiście masa wolnego czasu, którego grzechem byłoby nie spędzić w towarzystwie tychże, tudzież – jak kto woli – przy komputerze czy konsoli (ktoś tu nie czuje jak rymuje :P). Jako, że czytają nas także nieletni,wywód na temat moich relacji z płcią piękną pozwolę sobie zakończyć (a co żeście myśleli!), skupiając się na tym co – może mniej pasjonujące – ale tutaj bardziej… na miejscu. Tak więc, w co też, w tym miesiącu grałem? Ojoj moje oczęta widziały w ostatnim czasie doprawdy wiele pozycji. Jedne gorsze (np. Turok, o którym szerzej pozwoliłem sobie napisać na naszym forum), drugie lepsze oraz jeden twór tak niezwykły, iż dalibóg ciężko mi stwierdzić czy to wciąż gra, czy też coś… więcej… Wiecie o czym mowa,prawda? Tak - Grand Theft Auto IV. Najbardziej oczekiwana gra tego roku. Produkcja tak piekielnie dobra, że powinien weń zagrać każdy, kto śmie tytułować się graczem! Chłopaki z Rockstar dokonali czegoś niewyobrażalnego.(drogi kolego, dlaczego zakładasz że nie mają tam kobiet? dop. djsound :) ) Niestety, w tym jakże króciutkim tekściku nie sposób omówić, choćby pokrótce szeregu doznań i odczuć składających się na obcowanie z grą. W związku z czym, musicie mi uwierzyć na słowo, GTA IV jest jedną z najlepszych (jeśli nie najlepszą!) produkcji w historii branży elektronicznej rozrywki. Jeśli jeszcze nie grałeś, to… na co do cholery czekasz?! Nie masz konsoli? Kup albo pożycz od kumpla, który ma! Naprawdę warto. No chyba, że wolisz czekać do planowanej na listopad premiery PeCetowego portu. Ja nie dałem rady, ale cóż, skoro jesteś taki wytrwały…
Joszko

Ostatnio w ramach nadrabiania zaległości wziąłem się za serię F.E.A.R. ukończyłem już podstawkę, dodatek Extraction Point a teraz zabrałem się za stosunkowo niedawno wydany Perseus Mandate. Gra FEAR to moim zdaniem prawdziwe arcydzieło więc uznałem, że zanim ukaże się Project Origin warto by było „zaliczyć” to co aktualnie dostępne jest na rynku. Najpierw była prawdziwa uczta, potem przystawka, teraz przyszła pora na deser. Deser ponieważ nie przypomina za bardzo dania głównego. Niby nadal mamy do czynienia z tymi samymi przeciwnikami, nadal fabuła rozkręca się w podobny sposób lecz coś zmieniono. Trudno to nazwać lecz wpływa to na rozgrywkę tak, że jestem nawet w stanie zrozumieć decyzję o zrobieniu z Perseus Mandate samodzielnego dodatku. Nie znaczy, że jest gorzej, jest po prostu… inaczej. Najważniejszy jest jednak fakt, że nadal chce się grać, czego nie można było powiedzieć o Extraction Pont, w którym po pewnym czasie traciło się wszelką ochotę na kontynuację. Podsumowując mamy coś lepszego od pierwszego dodatku lecz mimo wszystko gorszego od podstawki. Tak czy inaczej zachęcam do uzupełniania zaległości. Czasem można złapać się za głowę patrząc jakie perełki ci umknęły.
zc82

Ostatnio mój wolny czas upływa w błyskawicznym tempie za sprawą gry Puzzle Quest: Challenge of the Warlords. Ta mała gierka początkowo wydana tylko na konsole przenośne (DS i PSP) jest skierowana głównie do niedzielnych graczy, ale z powodzeniem można przy niej zarywać nocki. PQ jest wybuchową mieszanką gry logicznej, strategii oraz erpega. Ogólnie gra ma formę erpega – gracz wybiera jedną z 4 profesji i wyrusza ratować świat przed hordami nieumarłych. Fabuła jest tutaj sprawą drugorzędną, liczy się swobodne zaliczanie questów. Rozgrywa odbywa się w dwóch trybach – mapa krainy (tak jak w serii HoM&M) oraz ekran walki (plansza podzielona na 8×8 pól). Walka oparta jest o minigierkę logiczna polegająca na łączeniu od 3 do 5 identycznych elementów – są to 4 rodzaje many potrzebnej do rzucania zaklęć, czaszki zadające obrażenia przeciwnikowi, monety i gwiazdki doświadczenia. O zwycięstwie decyduje zmysł logiczny, taktyka oraz oczywiście szczęście. Walczymy nie tylko z napotkanymi potworami, ale także oblegamy miasta, uczymy się czarów, wykuwamy artefakty oraz próbujemy pojmać naszych wrogów. Oprócz tego możemy rozbudowywać naszą stolicę, odwiedzić karczmę, by dowiedzieć się najnowszych wieści oraz kupić coś w sklepie. W gruncie rzeczy PQ łączy w sobie bardzo wiele sprawdzonych patentów, ale żadnego z nich nie nadużywa. Wszystko jest tutaj doskonale wyważone, a gra jest tak miodna, że nikt nie zwróci uwagi na archaiczną, kolorową, dwuwymiarową grafikę. Miłośnicy epickich erpgów nie mają w PQ czego szukać, bo gra stawia przede wszystkim na czysty mód. Grając w PQ czuję się jakbym włożył głowę do ula pełnego miodu, z którego wyciągam ją dopiero wtedy, gdy różnokolorowe żetony zaczynają mienić mi się w oczach.













